Nie wiedzą, co czynię

Nie ma dla zapracowanego człowieka nic bardziej denerwującego niż słowa innego pracownika: ''Co ty właściwie robisz tyle godzin, przecież to powinno zająć ci parę minut'', poparte lekceważącym wzruszeniem ramion.

Nie ma dla zapracowanego człowieka nic bardziej denerwującego niż słowa innego pracownika: ''Co ty właściwie robisz tyle godzin, przecież to powinno zająć ci parę minut'', poparte lekceważącym wzruszeniem ramion.

Kiedyś przeglądałam wyniki badań przeprowadzonych jednocześnie w krajach skandynawskich, Wlk. Brytanii i USA, a dotyczących stosunku pracownika do własnej pracy, do swoich i cudzych obowiązków. Wynikało z nich wiele różnic regionalnych i tylko kilka wniosków jednakowych dla wszystkich krajów. Dwa z nich wydały mi się szczególnie interesujące. Pierwszy mówił o tym, że pod każdą szerokością geograficzną niewiele osób potrafi opisać co robi w pracy, czym się zajmuje, czego wymagają od nich przełożeni, co oznaczają suche sformułowania zawarte w zakresie obowiązków. Ludzie ci wymieniają nazwę zawodu, kilka podstawowych czynności dających się łatwo ująć w potocznym języku, kilka zawodowych sloganów i na tym kończą swoją wypowiedź. Najczęściej podsumowują: albo "nie ma o czym mówić", albo "długo by o tym opowiadać". Oba sformułowania, choć sugerują krańcowo różną zawartość potencjalnej opowieści o pracy, tak naprawdę mówią jedno. Ten człowiek nie umie wyrazić, co robi codziennie przez umowne osiem godzin, mimo że pracuje rzetelnie, intensywnie, a jego współpracownicy i przełożeni są zadowoleni i korzystają z wyników jego pracy.

Drugi wniosek jest lustrzanym odbiciem pierwszego. Ludzie nie mogą zrozumieć, jak to się dzieje, że innym pracownikom ich obowiązki zajmują tyle czasu, bo ich zdaniem oni niewiele mają do roboty i powinni uporać się ze swoimi zadaniami dużo szybciej. Każdy jest przekonany o ogromie własnego wkładu w firmę i nieustająco podejrzewa, że inni się obijają.

Oczywiście, to podejrzenie jest konsekwencją braku umiejętności opowiadania o swojej pracy zarówno tych, którzy są podejrzewani, jak i tych, którzy podejrzewają. Jest to podwójne kalectwo: nie umiem wyrażać siebie i nie rozumiem innych, jeśli mi jasno o sobie nie opowiedzą. I koło się zamyka. Ja nie opowiadam o swojej pracy, bo i tak jest ona wartościowa, ja znam swój wysiłek. Wiem, co i ile robię, mimo że nie opowiadam. A inni? Jeśli nie mówią o swojej pracy, to znaczy, że nie pracują. Bo pracują tak samo, jak o tym opowiadają. Można powiedzieć, że jest to prostackie rozumowanie. Pewno, że jest, tylko co z tego. Ważniejszy jest fakt, że jest ono powszechne.

Poważne są konsekwencje tego zjawiska. Najważniejsza jest nie najlepsza atmosfera. Jest to atmosfera wzajemnej obserwacji w celu ustalenia, czy praca - i wynagrodzenie - została rozdzielona sprawiedliwie czy nie. Pochłania to tyle energii, że czasem nie zostaje jej na twórcze działanie. Oczywiście, załoga i kadra zarządzająca stanowią społeczność, która rządzi się na równi ekonomicznymi i społecznymi prawami. Ustalanie zasad sprawiedliwości i śledzenie, czy są realizowane, należą do reguł każdej społeczności i nie można jej za to potępiać. Ona i tak wiele składa na ołtarzu ekonomicznej racjonalności. Jednak chodzi o intencje. Nie można uznawać za prawidłową zwykłej podejrzliwości opartej na niewiedzy. Jeśli wykonujemy takie prace, które wykonują wszyscy, np. prace domowe, to one są wszystkim znane i nie formułujemy sądu na podstawie opisu i opowieści. Znamy realia z własnego życia. Ale w pracy zawodowej istnieje daleko posunięta specjalizacja. Nie wiemy, co robi ten drugi, nie mamy osobistego doświadczenia z jego zakresu obowiązków. Ponadto on nie umie nam przekazać tej wiedzy, opisać swojego wysiłku. Do formułowania sprawiedliwych wyroków jest naprawdę mało podstaw. Dlatego w pracy ważniejsze są ekonomiczne wskaźniki efektywności - lub inne - ale nie subiektywne odczucia.


TOP 200