Nie dmuchać na ciepłe

Zagrożeniem dla gospodarki nie jest wysoka inflacja, lecz rosnący deficyt na rachunku obrotów bieżących bilansu płatniczego. Niektórzy ekonomiści uważają, że zamiast schładzać gospodarkę, należałoby podnieść cel inflacyjny.

Motorem wzrostu gospodarczego jest popyt wewnętrzny i nic nie wskazuje, by miało się to zmienić. Niezagrożone jest tempo inwestycji, stymulowane dotacjami z funduszy Unii Europejskiej. Również popyt gospodarstw domowych będzie się zwiększał, bo rosną płace i zdolność kredytowa konsumentów. Mimo spadku światowej koniunktury, spowodowanymi perturbacjami na amerykańskim rynku nieruchomości, nasz PKB będzie więc rósł. Niektórzy uważają, że w ciągu najbliższych dwóch-trzech lat w tempie około 6%. Rosła będzie także inflacja, bo tempo wynagrodzeń przewyższa dynamikę wydajności pracy, co jest oczywiście zjawiskiem niepokojącym.

Nikt jednak nie spodziewa się gwałtownego wybuchu inflacji. Zwłaszcza, że pod kontrolą są również finanse publiczne. W tym roku deficyt budżetowy będzie niższy niż zaplanowano, co osłabia presję na reformę finansów publicznych. Przedterminowa kampania wyborcza uniemożliwiła wprowadzenie nawet małej reformy, porządkującej i konsolidującej finanse, nie mówiąc już o trudnych z politycznego punktu widzenia cięciach sztywnych wydatków socjalnych. Nawet bez tego w 2009 r. mamy zredukować deficyt do poziomu 2,9% PKB, co otworzy drogę do przyjęcia euro. Wysoki wzrost gospodarczy i rosnąca inflacja zwiększają dochody budżetu powyżej planowanych, co sprawia, że możliwość stopniowej redukcji deficytu budżetowego jest wielce prawdopodobna.

Nowym zagrożeniem dla gospodarki staje się deficyt na rachunku bieżącym, który się powiększa. Powodem jest dynamicznie rosnący import. W ciągu ośmiu miesięcy tego roku eksport wzrósł o 14,8%, a import o 16,8%. Deficyt w handlu zagranicznym wyniósł 10,1 mld euro. Nie równoważy tego napływ inwestycji zagranicznych. Deficyt na rachunku obrotów bieżących bilansu płatniczego wyniesie w tym roku zapewne więcej niż 5% PKB. Jeśli tendencja ta się utrzyma, w przyszłym roku będzie jeszcze wyższy i może stać się przeszkodą wejścia do strefy euro, bo trudno będzie utrzymać stabilny kurs złotego ciągu dwóch lat w tzw. wężu walutowym.

Rosnący deficyt na rachunku obrotów bieżących jest efektem wysokiego wzrostu gospodarczego. Nie dość, że rodzi wzmożone zapotrzebowanie na import, to jeszcze rosnące płace obniżają konkurencyjność eksportu. W naszej sytuacji schładzanie gospodarki byłoby jednak lekkomyślnością. Mamy szansę dzięki ogromnym funduszom unijnym szybciej nadrabiać zaległości rozwojowe i powinniśmy z niej skorzystać. Jerzy Osiatyński, wybitny ekonomista, minister finansów w rządzie Hanny Suchockiej, przestrzega przed zbyt ostrą walką z inflacją. Uważa on, że Rada Polityki Pieniężnej powinna raczej podwyższyć cel inflacyjny (o 0,5-1 pkt. proc., obecnie 2,5%), niż decydować się na kolejną rundą schładzania gospodarki za pomocą stóp procentowych. Zwłaszcza że inflacja rośnie również w Eurolandzie. Polska nie musi być w czołówce krajów o najniższej inflacji.

Pozostaje jednak problem rosnącego deficytu na rachunku obrotów bieżących. Importu zatrzymać się nie da, można jednak próbować stymulować eksport i inwestycje zagraniczne. Kluczowe znaczenie mają koszty pracy. Z powodu szybko rosnących płac Polska traci przewagę konkurencyjną tak w eksporcie, jak i w przyciąganiu inwestycji zagranicznych. Rząd powinien więc powstrzymać wszystkie decyzje, które napędzają wzrost płac, a także starać się ograniczać pozapłacowe koszty pracy. Drugim równoległym kierunkiem działania powinno być wspieranie firm, które się modernizują, które wprowadzają nowe technologie, bo one decydują o wzroście wydajności pracy. W tym powinny pomóc fundusze unijne. Polskie firmy stoją więc przed kolejnym etapem modernizacji, władze zaś przed rozsądnym wyważeniem między możliwie niską inflacją, a możliwie wysokim wzrostem gospodarczym.


TOP 200