Nałóg

Zaczęło się wszystko niewinnie. Ot, czasami, w wolnej chwili, tylko troszeczkę. Niby nic, przecież mi nie zaszkodzi. Potem rozsmakowałem się. To już nie były przypadkowe okazje, raczej celowe próbowanie. Aż do oporu. Obudziłem się któregoś dnia i poczułem, że muszę. Drżącymi rękami próbowałem znaleźć znajome miejsca, ale szło mi jak po grudzie. Jaka była przyjemność, gdy się wreszcie udało!

Zaczęło się wszystko niewinnie. Ot, czasami, w wolnej chwili, tylko troszeczkę. Niby nic, przecież mi nie zaszkodzi. Potem rozsmakowałem się. To już nie były przypadkowe okazje, raczej celowe próbowanie. Aż do oporu. Obudziłem się któregoś dnia i poczułem, że muszę. Drżącymi rękami próbowałem znaleźć znajome miejsca, ale szło mi jak po grudzie. Jaka była przyjemność, gdy się wreszcie udało!

A potem okazało się, że muszę codziennie. Mówiłem sobie, że mam silny charakter, że przecież kto tu dla kogo. Ale już nie potrafiłem inaczej żyć. To był nałóg. Na szczęście któregoś dnia wyłączono mi telefon. Nie mogłem dłużej udawać, że nic mnie to nie obchodzi. Byłem uzależniony. Od Internetu.

Teraz, jako członek klubu AI (Anonimowi Internauci), wiem, że powinienem był zgłosić się na leczenie dużo wcześniej. Moje schorzenie nie jest przypadkiem. Zostało opisane w literaturze medycznej jako IAD (Internet Addiction Disorder). Lekarze twierdzą, że jest ono tak samo realne i groźne jak alkoholizm. A może nawet bardziej. Towarzyszy podobnym problemom osobistym i społecznym: utracie samokontroli, samotności, rozpadowi małżeństwa. Powoduje izolację społeczną, załamanie kariery zawodowej, narastanie długów, często porzucenie pracy. Każdy obserwujący u siebie niepokojące objawy uzależnienia powinien zgłosić się do lekarza. Nigdy nie jest za późno na leczenie.

Niestety, niewielu lekarzy zna tę chorobę. Pacjenci z IAD nie pojawiają się w gabinetach. Czasami próbują wysłać list elektroniczny. W odhumanizowanym świecie coraz trudniej po prostu porozmawiać. Wszędzie odzywają się elektroniczne gadarynki. Niektóre firmy mają złożone systemy prowadzenia klienta do poszukiwanego zasobu informacyjnego, na ogół w postaci faksu na żądanie. Żadnego przy tym kontaktu osobistego. Jeden z największych koncernów komputerowych, który zainwestował swego czasu miliony dolarów w taki system, dziś dumnie ogłasza, że każdy kontakt telefoniczny z firmą odbywa się poprzez prawdziwą, żywą osobę. Takie podejście obniża koszty, bo człowiek jest bardziej inteligentny niż najbardziej złożone systemy eksperckie. A poza tym ma duszę.

W sieci, nawet w centrum dyskusyjnym, kontakty międzyludzkie są pozbawione jakiegokolwiek elementu osobistego. Ba, niektórzy podejrzewają, że programy typu ELIZA są masowo wykorzystywane do prowadzenia "ludzkich" pogawędek. Któż to sprawdzi?! Jeśli trzydzieści lat temu komputerowi udawało się oszukiwać połowę rozmówców, to dzisiejsze, poprawione wersje prawdopodobnie łatwo wpasowują się w dyskusję sieciową. Sami tego chcieliśmy.

Badania osób mających dostęp do sieci wykazują, że 55% z nich czyta regularnie zwykłe, papierowe gazety - grupa kontrolna robi to tylko w 50%. Podobnie 61% internautów ogląda telewizyjne wiadomości (59% zwykłych respondentów czyni tak regularnie). Jeszcze większa różnica pojawia się przy słuchaniu wiadomości radiowych: 52 do 44%. Prawdopodobnie dlatego że radia można słuchać, gdy się surfuje po sieci!

Najgorsze jednak jest jeszcze przed nami. Rośnie pokolenie, które nasiąkało subkulturą sieciową od kołyski. Ci młodzi nie wiedzą, że w ogóle można chcieć z kimś porozmawiać, powygłupiać się, posiedzieć razem. Nie wiedzą nawet, jak trafić do prawdziwego lekarza - znają tylko lekarzy wirtualnych. W sieci.


TOP 200