Najważniejszy wynalazek

Możliwości stosowania technologii informatycznych w polityce wykraczają poza ich czysto narzędziowy charakter. Jesteśmy świadkami pierwszych, praktycznych eksperymentów na drodze do elektronicznej demokracji bezpośredniej.

Możliwości stosowania technologii informatycznych w polityce wykraczają poza ich czysto narzędziowy charakter. Jesteśmy świadkami pierwszych, praktycznych eksperymentów na drodze do elektronicznej demokracji bezpośredniej.

Niedawny przełom wieków obfitował w przeróżne listy i sondaże, które miały wyłonić najważniejszy wynalazek ubiegłego stulecia. Branży technologicznej udawało się w tych "zawodach" zajmować wysokie, a nieraz nawet "medalowe", miejsca takimi osiągnięciami jak tranzystor, układ scalony, czy komputer. Zwycięzcy byli różni, ale często na pierwszym miejscu wymieniano penicylinę, względnie w szerszym ujęciu antybiotyki. Taka kolejność nie powinna wzbudzać dużego zdziwienia. Wszak zdrowie i życie jest rzeczą niezwykle cenną dla każdego z nas. Truizmem byłoby też wskazywanie na nonsens udowadniania wyższości medycyny nad techniką czy też zależności odwrotnej. To jasne, że lekarzowi potrzebne są nowoczesne technologie, a każdy technik już w momencie narodzin ma do czynienia ze służbą zdrowia.

Warto jednak zauważyć, że i świat medycyny, i techniki, a także inne obszary naszej działalności i cywilizacji są bardzo zależne od świata polityki. Takie stwierdzenie nie zawsze budzi wyłącznie pozytywne skojarzenia, ale w demokratycznym państwie prawa to właśnie istniejące ustawodawstwo, wraz ze zbiorem pochodnych i szczegółowych przepisów oraz decyzji wykonawczych, współdecyduje o praktycznym wymiarze rozwoju nauki i techniki. Niezwykła siła narzędzia, powstałego z połączenia teorii matematycznych z empiryczną fizyką, doprowadziła do spektakularnych sukcesów w dziedzinie mechaniki kwantowej w pierwszej połowie XX w. Ale laboratoryjne okiełznanie atomu byłoby tylko ciekawostką dla specjalistów, gdyby nie decyzje polityczne w sferze wojskowej czy energetycznej. Te miały już bardzo konkretne skutki o znaczeniu dla całej ludzkości.

Demokracja z krzyżykiem

Podobnie jest i dziś. Nadal mamy nieograniczone potrzeby i ograniczone środki ich zaspokajania. Stajemy zatem przed trudnym wyborem, na jaki cel je przeznaczać. Czy budować elektrownie atomowe, czy też inwestować w alternatywne źródła energii? Czy wysyłać człowieka na inne planety, czy też najpierw poszukać na Ziemi efektywniejszych rodzajów napędów dla rakiet kosmicznych? Strategiczne decyzje w tym zakresie należą do świata polityki i w tym sensie pełni ona rolę nadrzędną dla świata nauki i techniki. Może by zatem zastanowić się nad wynalazkami usprawniającymi działanie sfery politycznej? Z reguły nie stawiamy takich pytań, gdyż nie kojarzymy obszaru technologicznego z polityką. Tymczasem mówimy tu o sposobie funkcjonowania nowoczesnego społeczeństwa, a to już wiąże się z określonymi technologiami.

Taką technologią w starożytnej Grecji były "rządy społeczeństwa", czyli demokracja. Zwróćmy uwagę, że mówimy tu o idei demokracji bezpośredniej. Wszak starożytna agora, w jednym miejscu i czasie, mogła gromadzić uprawnionych obywateli, wyrażających bezpośrednio polityczną wolę. Tymczasem demokracja współczesna określona jest przez paradygmat pośredniości. Raz na kilka lat wyborca może postawić swój krzyżyk przy nazwie określonej partii bądź nazwisku kandydata. Potem pozostaje mu już tylko obserwować, czy jego wybrańcy stworzą zaskakujące konstelacje bądź podejmą niespodziewane decyzje, postępując według własnej już woli. W praktyce głosujący może dać wyraz swej dezaprobacie dopiero podczas następnej elekcji, stawiając swój znaczek w innym miejscu.

Czy zatem starożytne wzorce bezpośredniej demokracji mogłyby stanowić panaceum na nasze demokratyczne utrapienia? To jasne, że we współczesnych, wielomilionowych społeczeństwach nie ma możliwości, aby obywatele gromadzili się często w jednym miejscu i głosowali. Tę właśnie trudność są zdolne usunąć nowoczesne środki techniczne. Wyobraźmy sobie system, w którym obywatel może głosować podobnie jak podczas przesyłania wiadomości SMS-owej, co zresztą ma miejsce w praktyce, np. podczas konkursów rozrywkowych. Technicznie nie ma istotnych przeszkód dla przeniesienia tej metody do sfery polityki, istnieją nawet prototypy stosownych rozwiązań, które wypróbowywane są w różnych krajach na skalę lokalną.

Pierwsze pytanie, jakie się w związku z tym często pojawia, dotyczy możliwości manipulowania wynikami wyborów. Czy nie są one większe od tych, jakie mają sporadycznie miejsce w demokracji korzystającej z technologii klasycznych? Jaka jest gwarancja, że oddany głos pochodzi faktycznie od obywatela i nie będzie zmanipulowany komputerowo? Jeśli chodzi o tę ostatnią kwestię, to dysponujemy już bardzo dobrze sprawdzonymi wzorcami bankowości elektronicznej. Tym sposobem, codziennie, w skali globu, transferowane są miliardy i biliony euro, dolarów czy złotówek, zmieniając konta i przynależność do podmiotów gospodarczych. Bezpieczeństwo tych systemów, przy ich właściwym użytkowaniu, nie budzi wątpliwości.

Internetowe referendum

Prawdopodobieństwo złamania systemu bankowości elektronicznej jest mniejsze niż szansa dokonania przestępstwa drogą konwencjonalną, np. z wykorzystaniem fałszywego dowodu tożsamości. Co zatem z bezpośrednią manipulacją samej osoby wyborcy? Trzeba tu powiedzieć, że zdarza się to niezależnie od technologii głosowania, choć bardzo rzadko. To właśnie sam system demokratyczny jest największą gwarancją przestrzegania procedur wyborczych. Dodajmy przy tym, że niekonwencjonalne metody głosowania stosowane są od lat i na szeroką skalę w wielu krajach, również u naszych zachodnich czy wschodnich sąsiadów. Chodzi tu na przykład o możliwość głosowania zwykłą pocztą, co jest pierwszym krokiem na drodze przechodzenia do demokracji bezpośredniej, bowiem czyni bardziej elastyczną podstawową zasadę wyborczą, jaką jest jedność miejsca i czasu aktu wyborczego.

Wyborca, który może głosować listownie, nie musi robić tego osobiście w kabinie wyborczej, ale może to uczynić w dowolnie wybranym przez siebie miejscu, po czym wrzuca kopertę ze swoim głosem do skrzynki pocztowej. Nie ma tu również przymusu głosowania w dniu wyborów, w określonym czasie, lecz można głosować spokojnie w wybranym przez siebie momencie, od czasu otrzymania dokumentów do zamknięcia komisji wyborczych. Model taki jest oczywiście bardzo wygodny ze względów praktycznych, przyczynia się do podniesienia frekwencji wyborczej, uwalniając od dylematów związanych z nagłą chorobą, podróżami czy pobytem za granicą, gdzie obecnie głosować można tylko w placówkach konsularnych.

Zauważmy, że głosowanie za pomocą poczty elektronicznej jest z prawnego punktu widzenia podobną technologią, jak użycie zwykłej poczty papierowej, tyle że na platformie komputerowej. Niezależnie od tego czy społeczeństwa zechcą przejść do form demokracji bezpośredniej, same technologie głosowania będą stawać się coraz bardziej przyjazne dla wyborcy, tzn. będą przybierać również formy elektroniczne. Jeśli więc będzie można oddać głos wyborczy praktycznie w dowolnym miejscu i czasie, cóż stanie na przeszkodzie, aby częściej organizować referenda, które są konstytucyjnie dopuszczalne, ale jednocześnie wymagają obecnie dużych nakładów sił i środków?

Tymczasem głosowanie elektroniczne, z wykorzystaniem permanentnie istniejącej infrastruktury internetowej, jest w tym kontekście praktycznie bezpłatne. Jak zatem mogłaby konkretnie działać demokracja bezpośrednia? Podstawowe struktury znanego nam systemu demokratycznego nie uległyby zmianie. Działałaby nadal egzekutywa (rząd), władza sądownicza funkcjonowałaby także na dotychczasowych zasadach, ale uległaby zmianie rola parlamentu. Byłby on nadal odpowiedzialny za przygotowywanie ustaw, sam jednak końcowy akt ich zatwierdzania mógłby dokonywać się referendalnie w bieżących głosowaniach. Należałoby przy tym zdefiniować, jakie ustawy wymagałaby wyrażenia woli przez ogół obywateli.

Pośrednia elektronika

W tym miejscu nasuwają się kolejne pytania. Czy przeciętny, szeregowy wyborca jest w stanie podejmować decyzje dotyczące nieraz bardzo złożonych problemów rzeczywistości? Czy nie lepiej zostawić je w gestii grupy specjalistów? Teoretycznie, to ostanie rozwiązanie mogłoby być nawet bardziej optymalne. Ale który parlament można uznać za takie eksperckie gremium, podejmujące decyzje w sposób idealny, nieskażony grą polityczną, populizmem czy samowolą? Jaka jest, poza tym, gwarancja, że ci, którzy są autorytetami w wycinkowych zakresach, nie stworzą razem czegoś w rodzaju politycznej mieszanki wybuchowej o destruktywnym społecznie charakterze?

Z kolei generalne podważanie kompetencji wyborców byłoby, z definicji, zaprzeczeniem fundamentalnych założeń demokracji, gdzie głos społeczeństwa jest decyzją najbardziej zobowiązującą. Czy zatem ewentualne wprowadzenie demokracji bezpośredniej uwolniłoby nas od wszelkich kłopotów politycznych? Z pewnością nie. Decyzje podejmowane referendalnie nie są gorsze od tych, jakie zapadają na drodze reprezentacyjnej, choć niekoniecznie lepsze. Najistotniejszy będzie jednak efekt psychologiczny. Wyborca zyska wrażenie, może nawet graniczące z pewnością, że ma wpływ, i to właśnie bezpośredni, na bieżący kształt sfery politycznej również na szczeblu centralnym, a więc w skali państwa.

Takiego efektu nie gwarantuje e-voting, czyli elektroniczne głosowania w sferze klasycznej demokracji pośredniej. Są one jednak ważnym testem dla nowych technologii w tym obszarze i jedyną możliwością wyeliminowania pojawiających się jeszcze niedociągnięć technicznych. Już podczas najbliższych wyborów prezydenckich we Francji ponad milion obywateli odda swój głos elektronicznie. W majowych wyborach samorządowych w Wlk. Brytanii będzie możliwe głosowanie internetowe, a nawet za pomocą telefonów komórkowych (w pięciu okręgach). Ponad dziesięcioletnie doświadczenia z głosowaniami elektronicznymi mają Belgowie i Holendrzy, gdzie ok. 40% wyborców korzysta z systemu Digivote. Natomiast Kongres USA uruchomił niemal 4 mld USD na implementację systemu HAVA (Help America Vote Act).

Kiedy możemy spodziewać się, teoretycznie, pojawienia się demokracji bezpośredniej? Nie nastąpi to szybko. Najpierw stopniowo zwiększy się liczba krajów, które zechcą skorzystać z możliwości głosowania zwykłą pocztą papierową. Później zostaną wprowadzone elektroniczne technologie wyborcze w ramach tradycyjnej demokracji pośredniej. Już tylko każdy z tych procesów będzie trwał od kilku do kilkunastu lat. Dopiero po masowym rozpowszechnieniu się pokazanych rozwiązań można będzie myśleć o nowych przepisach prawnych. Widzimy zatem, że decyzja o przejściu od demokracji pośredniej do bezpośredniej dotyczy następnych pokoleń.

Początki e-wyborów

Już podczas najbliższych wyborów prezydenckich we Francji ponad milion obywateli odda swój głos elektronicznie. W majowych wyborach samorządowych w Wlk. Brytanii będzie możliwe głosowanie internetowe, a nawet za pomocą telefonów komórkowych (w pięciu okręgach). Ponad dziesięcioletnie doświadczenia z głosowaniami elektronicznymi mają Belgowie i Holendrzy, gdzie ok. 40% wyborców korzysta z systemu Digivote. Natomiast Kongres USA uruchomił niemal 4 mld USD na implementację systemu HAVA (Help America Vote Act).