Na wyjazd do Niemiec zdecydowało się ok. 100 polskich informatyków

Po pierwszych trzech miesiącach od wprowadzenia przyspieszonej ścieżki wydawania pozwoleń na pracę w Niemczech osiedliło się niewiele ponad 3 tys. informatyków z zagranicy.

Po ogłoszeniu przed trzema miesiącami przez kanclerza Gerharda Schroedera projektu wydania 20 tys. pozwoleń dla informatyków, zainteresowanych zatrudnieniem na terenie Niemiec, w polskiej prasie zawrzało. Przedstawiciele najważniejszych stowarzyszeń branżowych mówili wręcz o "drenażu mózgów", który spowolni rozwój gospodarczy kraju. Menedżerowie głośno wyrażali obawy co do przyszłości polskich przedsiębiorstw. Sprawą zainteresowali się nawet politycy, dla których niemiecka propozycja stała się okazją do dyskusji o stanie polskiego szkolnictwa wyższego.

Po pierwszych trzech miesiącach od wprowadzenia przyspieszonej ścieżki wydawania pozwoleń na pracę u naszych zachodnich sąsiadów osiedliło się niewiele ponad 3 tys. informatyków z zagranicy. "Co miesiąc nasze urzędy wydają ok. 100-200 zielonych kart. Jak przewidujemy, do połowy przyszłego roku wydanych zostanie 10 tys." - mówi Stephan Pfisterer z Niemieckiego Stowarzyszenia Teleinformatyki i Nowych Mediów (BITKOM).

Biorąc pod uwagę nagłośnienie tej akcji, a także skalę ułatwień wprowadzonych przez niemiecką administrację (wykwalifikowani specjaliści otrzymują wizy już po 2 tygodniach od złożenia wniosku przez pracodawców), trudno uznać, że zakończyła się sukcesem. Trudno także traktować ją jako poważne zagrożenie dla polskiego rynku pracy. "Już po raz drugi przypadła mi w udziale rola Kasandry, która musi celowo wyolbrzymiać pewne rzeczy po to, by zwrócić na nie uwagę opinii publicznej" - mówi Wacław Iszkowski, prezes Polskiej Izby Informatyki i Telekomunikacji, który przestrzegał przed konsekwencjami niemieckiej inicjatywy dla rodzimej gospodarki.

<B>Fiasko czy sukces</B>

Wyniki badań przedstawionych kilka dni temu przez przedstawicieli BITKOM-u są dość zaskakujące. Najmniej zainteresowani ofertą niemieckiego rządu okazali się informatycy z krajów ościennych. Jak wynika z danych zebranych przez stowarzyszenie, wśród przyjezdnych najwięcej jest Hindusów (19%), Rosjan i obywateli byłej WNP (15%), Rumunów (9,4%), obywateli byłej Jugosławii (6,8%), a także informatyków z państw Afryki Północnej - przede wszystkim Algierii, skąd przybyło ok. 5%.

Niewielkie zainteresowanie zielonymi kartami jest tym bardziej zaskakujące, że na rynku niemieckim brakuje od 75 tys. do 300 tys. specjalistów, z czego tylko w Bawarii nie obsadzonych pozostaje prawie 38 tys. stanowisk. Co więcej, wszystko wskazuje na to, że sytuacja ta w najbliższym czasie ulegnie dalszemu pogorszeniu. Jak zakłada niemiecki rząd, w ciągu 10 lat powstanie ponad 750 tys. nowych miejsc pracy na stanowiskach związanych z rozwojem technologii informacyjnych. Tylko w ciągu najbliższych 5 lat liczba wakatów będzie wzrastać o prawie 40 tys. rocznie.

<B>Bariera językowa</B>

Dlaczego więc, mimo takich perspektyw, informatycy nie spieszą się z wyjazdem? Na pewno poważną barierą jest nieznajomość języka niemieckiego, konieczna chociażby w kontaktach z użytkownikami i klientami. Znacznie poważniejszą jest jednak "jakość" oferty, która zwłaszcza z punktu widzenia Polaków nie jest oszałamiająca. Kwoty oferowane wykwalifikowanym informatykom są, przy uwzględnieniu różnic w kosztach utrzymania, niewiele wyższe od zarobków w renomowanych warszawskich firmach. Coraz bardziej z tych ograniczeń zdają sobie sprawę także przedstawiciele BITKOM-u. "W najbliższym czasie chcemy zgłosić kilka poprawek do projektu. Zamierzamy obniżyć ze 100 tys. do 78 tys. marek brutto rocznie minimalny próg pensji, którą niemieccy pracodawcy muszą zaoferować informatykom bez wykształcenia kierunkowego, by mogli oni otrzymać wizę. Planujemy także zwiększyć okres, na jaki będą przyznawane pozwolenia na pracę. Informatycy przyjeżdżający do nas muszą mieć możliwość długofalowego planowania kariery zawodowej" - mówi Stephan Pfisterer.