Na szczycie fali

Internet przypomina ślizgacz, który bardziej mknie w powietrzu niż płynie po wodzie, zaś w miejscach jego zetknięcia z wodą tworzą się fale, które stanowią źródło inspiracji dla firm starej gospodarki, pragnących wejść w świat e-biznesu.

Internet przypomina ślizgacz, który bardziej mknie w powietrzu niż płynie po wodzie, zaś w miejscach jego zetknięcia z wodą tworzą się fale, które stanowią źródło inspiracji dla firm starej gospodarki, pragnących wejść w świat e-biznesu.

Tak zwane firmy internetowe okazały się kosztownym dla wielu inwestorów niewypałem. Teraz zainteresowanie rynku zwraca się w kierunku firm starej gospodarki, które postanowiły zainwestować w biznes elektroniczny. Przyszłość jednak nie należy ani do jednych, ani do drugich. Należy do firm mocno osadzonych w realiach biznesu, ale działających w zupełnie nowy, nie znany dotychczas sposób. Aby jednak zrozumieć, na czym polega nowy model działania, niezbędne jest zrozumienie różnicy pomiędzy tradycyjnym biznesem a biznesem ery Internetu.

Biznes internetowy przebiega w innej skali czasowej. Projekty internetowe realizowane są szybciej, a planowanie długofalowe jest niezwykle trudne. W tradycyjnym biznesie zwykle można skorzystać z doświadczeń innych, którzy przeszli podobną drogę. Na przykład rynek napojów - wiadomo jaka jest pojemność rynku, jakie są preferencje konsumentów, jak promować nową markę. Jeśli ktoś wymyśli nowy napój, na przykład colę o smaku jabłkowym, ma duże szanse na skonstruowanie wiarygodnego biznesplanu i jego zrealizowanie. natomiast jest zjawiskiem nowym i niezawodne modele działania w nim jeszcze się nie wykształciły. Szybko zmieniają się nie tylko oczekiwania klientów i ich percepcja rozwiązań internetowych, ale także Internet. Dlatego jakiekolwiek planowanie biznesu internetowego w skali dłuższej niż rok lub dwa lata graniczy z futurologią. Co prawda są firmy, którym się udało i to w wielkim stylu; na przykład firmie Cisco, która do zarabiania na infrastrukturze dla Internetu przymierzała się już w 1984 r., kiedy globalna sieć kojarzyła się raczej z Wielkim Bratem z "Roku 1984" Orwella niż z Internetem, który znamy dzisiaj. Cisco jest jednak wyjątkiem.

Kluczem do zrozumienia specyfiki Internetu, a tym samym zrozumienia tytułowej trzeciej drogi, jest właśnie jego szaleńcze tempo rozwoju, do którego zdążyliśmy się już przyzwyczaić na tyle, że dziś nikt chyba nie zadaje sobie pytania, dlaczego tak się dzieje.

Otóż, o ile w tradycyjnym modelu działania o kierunkach rozwoju usług biznesowych (zwłaszcza rozwoju oprogramowania) decydowały potrzeby biznesowe, a technologia była sprawą drugorzędną (wystarczy wspomnieć niezwykłą "żywotność" aplikacji napisanych w Clipperze), o tyle biznes internetowy napędza właściwie wyłącznie technologia. Internet przypomina ślizgacz, który bardziej mknie w powietrzu niż płynie po wodzie, zaś miejsca jego zetknięcia z wodą tworzą fale, które stanowią źródło inspiracji dla firm starej gospodarki, pragnących wejść w świat e-biznesu. Problem jednak w tym, że ślizgacz po chwili jest już zdecydowanie dalej niż fala, którą pozostawił. Podobnie jest z adaptacją rozwiązań e-biznesowych do istniejących i utrwalonych struktur biznesu - efekt daje się zauważyć, ale jest on daleki od optymalnego i już na starcie mocno spóźniony, zaś wiara, że internetowy ślizgacz w końcu zwolni, nie ma uzasadnienia. Internet rozwijał się dynamicznie bez pieniędzy inwestorów giełdowych i nie ma powodu, dla którego miałby przestać się rozwijać, kiedy to źródło zasilania wyschnie.

Trzecia droga

Sukces w Nowej Gospodarce odniosą firmy, które swój model biznesowy podporządkują imperatywowi ewolucji wewnętrznych systemów informatycznych w tempie pozwalającym dotrzymać kroku ewolucji Internetu - firmy, w których szef informatyki będzie ważniejszy nawet od dyrektora finansowego. Nie trzeba dodawać, iż jest to rozwiązanie skrajnie trudne do realizacji. Pomijając herezję, jaką dla wielu praktyków zarządzania stanowi podobne umocowanie głównego informatyka w firmie, takie tempo rozwoju oprogramowania jest dzisiaj nierealne. Czas wdrożenia dowolnego, nietrywialnego systemu informatycznego w przedsiębiorstwie liczy się w miesiącach, w ciągu których jego funkcje są praktycznie zamrożone. Aby można było realnie myśleć o trzeciej drodze, potrzebny jest więc przede wszystkim nowy paradygmat szybkiego wytwarzania i rozwoju systemów wspomagających zarządzanie przedsiębiorstwem. Paradygmat, który będzie się prawdopodobnie opierał na następujących założeniach:

System informatyczny nie będzie monolitem, lecz zbiorem miniaplikacji, dostosowanych do potrzeb poszczególnych użytkowników. Nie będzie więc oddzielnego systemu sprzedaży, finansowego, księgowego, magazynowego, będą natomiast dziesiątki programów realizujących te elementy funkcji dużego systemu, które są potrzebne na danym stanowisku pracy. Programy te będą działały niezależnie, wymieniając między sobą dane za pomocą systemu wymiany komunikatów, z wykorzystaniem języka typu XML.

W proces rozwoju miniaplikacji i systemu informatycznego jako całości zaangażowani będą, oprócz zewnętrznego wykonawcy, przede wszystkim pracownicy przedsiębiorstwa, na których spoczywać będzie ciężar odpowiedzialności za analizę potrzeb biznesowych i miniprojekty zmian w systemie w obrębie swoich komórek organizacyjnych. Jest to oczywista konsekwencja faktu, iż przedsiębiorstwa Nowej Gospodarki budują swoją wartość na podstawie kompetencji i wiedzy pracowników.

Zewnętrzny wykonawca będzie zajmował się pisaniem kodu systemu, zaś szef projektu będzie w tym modelu pełnił raczej rolę animatora niż dowódcy, czyli osoby, która - zamiast rozdzielać zadania - zapewni synergię działań sumy takich miniprojektów. Będzie to wymagać od szefów projektu nowych umiejętności, bliższych raczej psychologii społecznej niż inżynierii oprogramowania.

Technologia będzie ewoluować także przez cały czas początkowego wdrożenia, to jest od chwili rozpoczęcia realizacji systemu informatycznego, do chwili osiągnięcia założonego zakresu funkcji, który zakończy okres budowy systemu, a rozpocznie okres jego ewolucji. W takim modelu może się okazać, iż w chwili oddania systemu do użytku zdążył on już przeżyć kilka upgrade'ów technologicznych.

Aby ciągła ewolucja technologii była możliwa, w technikach implementacji funkcji biznesowych musi nastąpić podobna rewolucja, jaka miała miejsce w programowaniu, kiedy model strukturalny zastąpiono modelem obiektowo- -zdarzeniowym. Funkcje biznesowe muszą być realizowane jako obiekty posiadające "własną tożsamość" i własne interfejsy komunikacji z innymi obiektami w systemie.

Otwarte pozostaje pytanie, kiedy powyższy paradygmat stanie się obowiązujący. Z pewnością warunkiem jego upowszechnienia jest zmiana modelu edukacji i pojawienie się na rynku pracy liczniejszej i bardziej wykwalifikowanej kadry pracowniczej. To zaś jest niemożliwe do osiągnięcia bez odpowiednich programów rządowych, stymulujących rozwój kultury internetowej w społeczeństwie, co - wziąwszy pod uwagę polskie realia - nie nastraja optymistycznie. Jeśli takich programów zabraknie, po raz wtóry okaże się, iż hasło "trzecia droga" jest iluzją.

--------------------------------------------------------------------------------

Leszek Buczkowski jest dyrektorem ds. e-business w firmie Kom-Pakt sp. z o.o.


TOP 200