Na komputer patrz!

Im bliżej kwietnia 1999 r., kiedy to Polska stanie się członkiem Paktu Północnoatlantyckiego, tym więcej firm teleinformatycznych włącza do swojej oferty rozwiązania dla wojska pod modnym hasłem interoperacyjności. Specjaliści od rynku obronnego w IBM, ICL, Optimus Lockheed Martin, PolSPARC, Siemens Nixdorf, Sun Microsystems Federal i wielu innych, nie ustają w wysiłkach, aby przekonać wojskowych decydentów o najwyższej klasie oferowanych systemów. Tymczasem wymarzony klient w mundurze zachowuje się jak panna na wydaniu: chciałaby, ale się boi.

Im bliżej kwietnia 1999 r., kiedy to Polska stanie się członkiem Paktu Północnoatlantyckiego, tym więcej firm teleinformatycznych włącza do swojej oferty rozwiązania dla wojska pod modnym hasłem interoperacyjności. Specjaliści od rynku obronnego w IBM, ICL, Optimus Lockheed Martin, PolSPARC, Siemens Nixdorf, Sun Microsystems Federal i wielu innych, nie ustają w wysiłkach, aby przekonać wojskowych decydentów o najwyższej klasie oferowanych systemów. Tymczasem wymarzony klient w mundurze zachowuje się jak panna na wydaniu: chciałaby, ale się boi.

Ministerstwo Obrony Narodowej wciąż nie sfinalizowało restrukturyzacji armii. Nadal nie wiadomo, kiedy powstaną 2 okręgi wojskowe - "Północ" i "Południe" - w miejsce 4 działających obecnie. Wciąż nie ustalono - wobec planowanej reorganizacji w Sztabie Generalnym WP - kto będzie koordynował powstawanie i rozwój systemów wspomagania dowodzenia: czy tak, jak dotychczas Zarząd Łączności i Informatyki Sztabu Generalnego WP (ZŁiISG), czy też na wzór armii węgierskiej nowo powstała komórka ds. systemów dowodzenia. Wiąże się z tym pytanie o sens utrzymywania struktury ZŁiISG, skoro poszczególne dowództwa rodzajów sił zbrojnych - z założenia autonomiczne - mają samodzielne ośrodki informatyki. Takich pytań pojawia się wiele. Bez odpowiedzi na nie trudno mówić o ogłoszeniu przetargów na systemy dowodzenia czy też wdrożeniu modułów do istniejących systemów, a pozwalających na współdziałanie ze strukturami NATO.

Karty na stół

Trudno wyliczyć, jakie pieniądze wchodzą w rachubę, gdyby doszło do podjęcia upragnionych decyzji. Analitycy amerykańskiego Kongresu w raporcie o kosztach rozszerzenia NATO przewidują, że w ciągu najbliższych 10 lat trzeba wydać ok. 1,5 mld USD (kwota do podziału między Polskę, Czechy i Węgry) na systemy dowodzenia i kierowania (51 mln USD na implementację i 79 mln USD na utrzymanie i konserwację); obronę powietrzną (odpowiednio: 560 mln USD i 21 mln USD); stworzenie zaplecza w celu przyjęcia ewentualnego wsparcia (odpowiednio: 694 mln USD i 5 mln USD); szkolenie i ćwiczenia (6 mld na wdrożenie ujednoliconego systemu szkoleń i 36 mln USD na ich prowadzenie przez 10 lat).

Są to sprawy priorytetowe dla strategów NATO. Zakup uzbrojenia schodzi na dalszy plan przy konieczności jak najszybszego zapewnienia działania systemów C4I (Command, Control, Communications, Computers and Intelligence), połączenia siecią dowództw NATO i sztabów nowych członków, budowie Jednolitego Systemu Obrony Powietrznej, wspólnej infrastruktury, zmianie metod dowodzenia. Można ubolewać nad tym, że opinia publiczna w Polsce jest nieustannie wprowadzana w błąd opowieściami o konieczności szybkich zakupów nowych samolotów czy rakiet. Bez sprawnego systemu teleinformatycznego, którym są w gruncie rzeczy systemy dowodzenia i kierowania, nie uniesie się w powietrze żaden samolot i żadna rakieta.

Firmy teleinformatyczne muszą być cierpliwe. Mogą sobie na to pozwolić, ponieważ w ramach przygotowań do NATO, Wojsko Polskie przechodzi przyspieszony kurs nowoczesnego zamawiania produktów i usług. Zgodnie z zaleceniami przyszłych sojuszników, WP ma wdrażać koncepcję COTS (Commercial Off-The-Shelf) - zakupów produktów komercyjnych "z półki" i adaptowania ich na potrzeby wojskowe. Wiąże się z tym outsourcing usług informatycznych, np. budowa systemu dowodzenia - tak jak na Zachodzie - powinna być zlecona zewnętrznej firmie, a nie resortowej jednostce badawczo-rozwojowej. Czas więc zacząć ograniczać do minimum wciąż obowiązujący, kosztowny model produkcji we własnym zakresie, w którym droga od pomysłu do realizacji trwa latami.

Jednak nowa filozofia z trudem zdobywa uznanie wśród wojskowych i polityków. Ci boją się stracić kuratelę nad kilkunastoma instytutami naukowymi i ośrodkami badawczo-rozwojowymi. W ich kadrze pokutuje wciąż mniemanie, że tylko pracownicy na etatach MON są w stanie dostarczyć nowoczesne rozwiązania z dziedziny obronności. W konsekwencji prace nad systemami wspomagania dowodzenia wloką się niemiłosiernie długo, a w chwili oddania do użytku są już przestarzałe albo niespójne ze standardami NATO.

O jakich kontraktach mówimy?

Załóżmy, że ten drugi argument nabiera znaczenia dopiero dzisiaj, gdy znamy już większość tzw. stanaagów (normy i standardy NATO). Nic więc dziwnego, że hasłem przewodnim w marketingu firm teleinformatycznych staje się interoperacyjność, aby istniejące systemy mogły komunikować się z ich odpowiednikami w NATO. System Obrony Wybrzeża musi wymieniać informację z dowództwami NATO i okrętami sprzymierzonych marynarek wojennych. System Obrony Powietrznej ma informować sojuszników o obrazie sytuacji powietrznej nad Polską, a stamtąd otrzymać stosowne rozkazy i wiadomości. Ma także zarządzać ruchem lotniczym i koordynować loty bojowe. Planowany system dowodzenia dla wojsk lądowych powinien zapewnić kierowanie siłami lądowymi na terenie kraju i współdziałanie oddziałów wojskowych.

Najbardziej zaawansowane są prace w Wojskach Lotniczych i Obrony Powietrznej, które sfinalizują na jesieni br. budowę Narodowego Centrum Wspomagania Operacji Powietrznych tzw. ASOC (Air Sovereignty Operation Center). Chociaż oficjalnie ASOC jest przedstawiany jako system łączący naszą Obronę Powietrzną z systemami NATO, okazało się po fakcie, że dar rządu USA ma problemy w uzyskaniu certyfikatu natowskiej agencji NC3A, uprawniającego do współpracy z sojuszniczymi systemami dowodzenia operacjami powietrznymi i kierowania (CAOC - Combined Air Operations System).

COTS (Commercial Off-The-Shelf)

Koncepcja wykorzystania produktów komercyjnych w zastosowaniach militarnych długo nie mogła zdobyć aprobaty wśród przedstawicieli Pentagonu. Rosnące koszty prac badawczo-rozwojowych i błyskawiczny rozwój technologii teleinformatycznych uświadomiły amerykańskim decydentom, że należy odejść od dotychczasowej polityki. W 1994 r. Bill Clinton zalecił Departamentowi Obrony jak najszersze korzystanie z produktów komercyjnych. Odtąd przy wyborze sprzętu i usług miały bardziej liczyć się najlepsze rozwiązania niż najtańsze.

COTS pozwolił wojsku zakupywać komercyjny sprzęt i oprogramowanie oraz dostosowywać go do własnych potrzeb. Uznano, że struktura systemów C4I powinna bazować na rozwiązaniach o jak najlepszym współczynniku ceny do wydajności; a także na szerszym wykorzystaniu systemów otwartych, w tym właśnie produktów komercyjnych zgodnych z COTS.

Producenci i usługodawcy mogli też zacząć traktować armię jak normalny rynek, w którym obowiązuje tradycyjne prawo popytu i podaży. Większość firm teleinformatycznych opatrzyła swoje produkty i rozwiązania etykietą "zgodne z COTS".