"Multum, non multa" czyli Multimedia a prawa autorskie

Od tego, co rozumie się pod pojęciem multimediów, zależy ich klasyfikacja, przyznanie im skromniejszej lub szerszej ochrony z tytułu praw autorskich. Konsumentom kultury masowej kojarzą się z nim produkcje zdominowane przez dużą ilość dynamicznie zmieniających się dźwięków i obrazów (w tym grafiki, animacji i sekwencji filmowych). Należą do nich wideoklipy czy spoty reklamowe, które można określić jako multimedia tylko do odbioru (bierne). Czasem twórcy pozwalają nam wpływać, np. na kształt fabuły przez wybór spośród gotowych propozycji. Ich bogactwo jest często pozorne, obliczone przede wszystkim na oszołomienie nas wizualnoüdźwiękową feerią.

Od tego, co rozumie się pod pojęciem multimediów, zależy ich klasyfikacja, przyznanie im skromniejszej lub szerszej ochrony z tytułu praw autorskich. Konsumentom kultury masowej kojarzą się z nim produkcje zdominowane przez dużą ilość dynamicznie zmieniających się dźwięków i obrazów (w tym grafiki, animacji i sekwencji filmowych). Należą do nich wideoklipy czy spoty reklamowe, które można określić jako multimedia tylko do odbioru (bierne). Czasem twórcy pozwalają nam wpływać, np. na kształt fabuły przez wybór spośród gotowych propozycji. Ich bogactwo jest często pozorne, obliczone przede wszystkim na oszołomienie nas wizualnoüdźwiękową feerią.

Bernd Steinbrik, w książce Multimedia u progu technologii XXI wieku pisze: "Technologia multimediów integruje w sobie trzy dziedziny: techniki publicystycznoüwydawnicze, elektronik, (sprzęt - przyp. autora) [...] oraz zastosowania komputerowe - w jedno medium służące wymianie informacji". Są bowiem wśród dzieł multimedialnych także pozycje ciekawe artystycznie i inne, ukierunkowane na rozwój intelektualny człowieka. Rosnące wciąż możliwości techniki komputerowej są pożytkowane nie tylko w celu usprawnienia wyszukiwania informacji, ale jako swoisty katalizator, ułatwiający przekształcanie informacji w wiedzę. I tu docieramy do sedna funkcjonalnego multimediów - interaktywności tj. włączenia - dotychczas biernego odbiorcy - do udziału w kierowaniu przebiegiem podawania informacji. Staje się to realne przede wszystkim za sprawą nieliniowego dostępu do tekstu (hipertekst) czy szerzej - informacji. Sprowadza się to do bezzwłocznego prezentowania na ekranie monitora komputerowego tych treści, obrazów czy dźwięków, które danej osobie, w konkretnej chwili, wydają się logiczną kontynuacją wcześniej odebranych informacji. Oczywiście wyboru można dokonać tylko spośród tych informacji, które zgromadzono w pamięci komputera i w sposób zdefiniowany przez twórców aplikacji. O wartości poznawczej komputerowego programu multimedialnego decydują jego zasoby.

Ogromne bazy danych w postaci tekstów, nagrań, filmów, animacji itp. byłyby tylko archiwami, gdyby nie kreatywność autorów procedur informatycznych do ich wyszukiwania i udostępniania w niezliczonych układach oraz korelacjach.

Sieć powiązań między poszczególnymi informacjami jest w stanie opracować jedynie zespół ludzi - dysponujący bogatą, często interdyscyplinarną wiedzą - jako wynik niezaprzeczalnie twórczej czynności umysłu, jaką jest kojarzenie i przyporządkowywanie. Taka koncepcja dzieła multimedialnego wymaga istnienia czegoś więcej aniżeli tylko symbiozy między warstwą informacyjną a konstrukcją informatyczną. To zamysł twórczy całości. Częściową jego materializacją jest scenariusz.

Struktury informatyczne i treści informacyjne - ściśle splecione ze sobą - podporządkowane są nadrzędnemu celowi poznawczemu. Przyjęta metodyka oraz wizja artystyczna całości, będące wynikami twórczych przemyśleń zespołów ludzi, składają się dopiero, wraz z omówionymi elementami, na ostateczny kształt dzieła.

Toteż trudno się zgodzić z opinią Teresy Drozdowskiej, dyrektor Departamentu Prawa Autorskiego Ministerstwa Kultury i Sztuki, zaprezentowaną w Computerworld z 19 lutego 1996 r.

Dając wyraz swemu subiektywnemu przekonaniu o niskiej wartości kulturotwórczej "kompilacji wielu różnych elementów powiązanych w całość dzięki zastosowaniu wymyślnych technik komputerowych", T. Drozdowska odmawia dziełom multimedialnym miana utworu (w rozumieniu prawa autorskiego). Argumentuje, że "ich powstanie wiąże się [...] bezpośrednio z wykorzystaniem urządzeń elektronicznych, a nie twórczą pracą człowieka". Jak zatem należałoby zakwalifikować kompozycję, w której wykorzystano syntezatory albo grafikę tworzoną przy użyciu maszyny do pisania?

Tymczasem artykuł 1 ustęp 1 ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dn. 4 lutego 1994 r. nie pozostawia cienia wątpliwości: Jest utworem "każdy przejaw działalności twórczej", jeśli tylko wykazuje oryginalność i nosi ślady indywidualności twórczej autora, "niezależnie od wartości, przeznaczenia i sposobu wyrażenia".

Nie stanowi przeszkody dla ochrony utworów multimedialnych prawem autorskim także podnoszony w wywiadzie argument, że są one "nałożeniem różnego rodzaju utworów jak muzyka, film, proza", z których każdy z osobna jest chroniony, "multimedia zaś są specyficznym rodzajem ich opracowania". Ustawodawca uczynił bowiem (art. 2 ust. 1) opracowanie - w tym tłumaczenie, przeróbkę i adaptację - przedmiotami prawa autorskiego, co ważne: "bez uszczerbku dla prawa do utworu pierwotnego". Zwrócił więc uwagę na konieczność nabywania praw autorskich do każdego, najskromniejszego nawet utworu, w zakresie, w jakim zamierzamy go wykorzystać we własnym opracowaniu. Jedynie wygaśnięcie praw autorskich do pierwotnie istniejącego utworu może nas z tego - i

następnego - obowiązku zwolnić. A jest nim uzyskanie zgody twórców wszystkich utworów, włączonych do opracowania (choćby we fragmencie), na rozpowszechnianie tak powstałego dzieła i czerpanie z tego korzyści. Ich nazwiska powinny się znajdować na każdym egzemplarzu opracowania chyba nie muszę wspominać.


TOP 200