Modele do przewietrzenia

Ekspansja rozwiązań open source budzi strach producentów oprogramowania przed zmianami rynkowymi, których mogą paść ofiarą. Ten strach, choć w sumie irracjonalny, wyjdzie im - i klientom - na dobre.

Ekspansja rozwiązań open source budzi strach producentów oprogramowania przed zmianami rynkowymi, których mogą paść ofiarą. Ten strach, choć w sumie irracjonalny, wyjdzie im - i klientom - na dobre.

Nawet jeżeli do niedawna niektórym producentom oprogramowania wydawało się, że ich nisza rynkowa pozostanie nietknięta przez konkurencję ze strony rozwiązań open source, dziś nie mają raczej złudzeń. Sytuacja nie jest jednak jasna. Sprawdzonych modeli biznesowych opartych na oprogramowaniu open source jak nie było, tak nie ma. Rośnie przekonanie, że zmiana jest nieunikniona, jednak to, w jakim kierunku należy się udać, by przetrwać, wcale nie jest oczywiste.

Pierwsza myśl, jaka może przyjść do głowy, to "ucieczka" w usługi i serwisy, które nie raz okazywały się dobrą bronią w walce ze spadającymi marżami. Jednak wspominając losy LinuxCare i patrząc na dotychczasowy finansowy dorobek w dziedzinie open source firm takich jak Novell czy Red Hat - nawet na największym z rynków, jakim jest rynek amerykański - można mieć wątpliwości, czy jest to dobry pomysł. Pojawia się też pytanie, jaką rolę pełni na rynku oprogramowanie open source i w jakich dziedzinach jego popularność ma szanse utrzymać się, a nawet rosnąć, a w jakich raczej zaniknie.

Modele  do przewietrzenia

Ruch open source to nie jedyne wyzwanie dla producentów oprogramowania. Interesujące użytkowników rozwiązania zaczynają powstawać w modelu bezpłatno-reklamowym. Trudno z nim konkurować nawet usługami, zwłaszcza gdy oprogramowanie jest oferowane poprzez sieć i nie wymaga w zasadzie żadnych usług związanych z instalacją czy utrzymaniem. W segmencie dużych klientów takie propozycje z pewnością nie przejdą, ale na rosnącym rynku SMB z pewnością istnieją szanse powodzenia. Być może odpowiedzią na pytania dręczące producentów jest podejście Microsoftu, który zamierza zastosować "mieszankę licencyjną" dostosowaną do potrzeb różnych odbiorców.

Open source i aplikacje

Oprogramowanie open source trudno przekuć na realne pieniądze w sposób bezpośredni, co wynika w dużej mierze ze specyficznej motywacji klientów zainteresowanych tym typem oprogramowania. Firmy decydujące się na wdrażanie rozwiązań open source muszą mieć zaplecze kadrowe zdolne rozwiązywać bieżące problemy samodzielnie lub mieć dostęp do rozsądnie wycenionych zewnętrznych usług wsparcia. W obu przypadkach biznes usługowy nie zapewni równowartości utraconych przychodów.

Oprogramowanie biznesowe stanowi nieco inny przypadek niż systemy operacyjne czy narzędzia. Systemy powstają w projektach, których ramy czasowe są określone tylko zgrubnie, a ponadto, z punktu widzenia administratora, zmiany wprowadzane do nich (za wyjątkiem aktualizacji związanych z bezpieczeństwem) można aplikować rzadko, np. raz na miesiąc, a nawet raz na kwartał. Aplikacje tymczasem to twory znacznie bardziej skomplikowane, wymagające większej wiedzy dziedzinowej i rozwijane w krótszych cyklach.

Praktyka pokazuje, że z problemami w systemach operacyjnych można sobie poradzić łatwiej niż w przypadku problemów z aplikacjami, co wynika chociażby z rozpowszechnienia wiedzy fachowej na temat systemów i ograniczonej wiedzy aplikacyjnej. Z punktu widzenia biznesu potrzeby zmian w aplikacjach pojawiają się nagle i nie sposób czekać na ich wykonanie - czasem nawet kilka tygodni. Dodatkowo, wycena oprogramowania według czasu zużytkowanego na jego opracowanie, demotywuje wytwórcę do wywiązania się z umowy tak szybko, jak to możliwe.

Z kolei próba zlecenia wykonania funkcjonalności środowisku open source może spotkać się z zainteresowaniem lub też nie, a już na pewno nie w terminie, na którym zależeć może zlecającemu. Dla aplikacji biznesowych model open source, który działa w miarę dobrze, dla narzędzi administracyjnych czy programistycznych prawdopodobnie nigdy się nie sprawdzi, co nie znaczy, że nie wpłynie na sposób działania producentów aplikacji.

Eksperymenty kontrolowane

Eksperymentem, który ma szansę powodzenia, jest model subskrypcyjny, godzący rozdźwięk między kosztami a czasem. Zapoczątkowany na większą skalę przez Sun Microsystems został właśnie zarzucony na rzecz usług wsparcia technicznego - trudno do końca stwierdzić dlaczego. Być może Sun uznał, że na kluczowych dla siebie rynkach tak naprawdę konkuruje z oprogramowaniem open source, a nie komercyjnym. Trzeba jednak pamiętać, że Sun oferował w ten sposób nie , lecz pakiet infrastrukturalny - owszem, bardzo bogaty, ale jednak. Co więcej, miał dodatkową przewagę w postaci certyfikowanego sprzętu, którego sprzedaż uzupełniała marżę.

Ta ostatnia kwestia jest bardzo istotna dla zrozumienia silnej relacji między IBM a Red Hat i Novell. Znamienne, że niedługo po ogłoszeniu otwarcia oprogramowania serwerowego przez Sun Microsystems wspomniane firmy ogłosiły informację o zacieśnieniu współpracy. Tak jak Intel dofinansowywał dotychczas Della, tak IBM dofinansowuje Red Hat i Novell. IBM bardzo korzysta na popularności Linuxa, ale nie dlatego, że uzyskuje marżę na licencjach Red Hat czy Novell, ale dlatego że z automatu powstają szanse na sprzedaż jego własnych produktów idących w parze z Linuxem. IBM nie rozdaje swojego oprogramowania - inni robią to za niego.

Efekty widać w ostatnich badaniach IDC, w których IBM ma prawie 30% udziału rynku serwerów Linuxowych na rynku amerykańskim. IBM otwiera produkty, które i tak nie przysparzają mu istotnych przychodów (baza danych Cloudscape), coś, co pozwala mu odeprzeć konkurencję open source (serwer aplikacji Gluecode) lub też coś, co musi otworzyć, by zyskać lepsze warunki konkurowania (otworzony właśnie rozproszony system plików GPFS, co pomogło w utrzymaniu dobrej relacji z Lawrence Livermore Laboratory, gdzie wykorzystuje się dużo sprzętu i oprogramowania IBM). W przypadku Eclipse celem było stworzenie niezależnego od Sun i Microsoft pakietu narzędziowego na bazie narzędzi, które nie przysporzyły IBM pieniędzy ani chwały.

Produkty w miksie

Firmy, które nie są w stanie traktować oprogramowania jako dodatku premiowego do własnego sprzętu, będą poszukiwać innych opcji. Microsoft postanowił uciec przed falą open source, uderzając w słabe punkty tego modelu. Firma dąży do stworzenia architektury, w której system operacyjny czy jego podstawowe usługi rozumiane tradycyjnie wyglądają blado w porównaniu z możliwościami tkwiącymi w infrastrukturze wyższego rzędu.

Microsoft będzie bronić platformy Windows, jednak z biegiem czasu Windows będzie oznaczać znacznie więcej niż to, co znamy dotychczas. Firma zdaje sobie sprawę, że jej oprogramowanie musi dostarczać klientom rzeczywistą wartość, a nie jedynie powierzchowne zmiany i naprawy błędów udające nową funkcjonalność. To znacznie trudniejsze, ale wyboru nie ma.

Ta droga wymagać będzie bardziej przełomowych innowacji oraz doskonałości w dziedzinie jakości i bezpieczeństwa, a więc w dziedzinach fundamentalnie trudnych dla całej branży. Zwiększy także koszty rozwoju oprogramowania, co będzie musiało znaleźć oddźwięk w cenie licencji. Przeczuwając skutki rozwoju wypadków, Microsoft już dawno zaczął eksperymentować z modelem subskrypcyjnym, którego dotychczasową popularność - ze względu na specyficzną pozycję firmy na rynku - trudno jednak uznać za probierz dla reszty branży.

Microsoft rozsądnie zakłada, że nie musi ograniczać się do jednego modelu licencyjnego. Klienci o różnej sytuacji finansowej, preferencjach i skali otrzymają różne propozycje. Ostatnia wiadomość w tej sprawie to informacja o usługach Live, łączących model subskrypcyjny i/lub rozdawniczo-reklamowy. To oczywiste, że usługi Live są adresowane do niższych segmentów rynku, skłonnych korzystać z dowolnego - byle taniego - rozwiązania. Lepiej jednak uzyskać jakieś dochody, nawet dużo mniejsze, ale stałe, niż oddać pole piratom. Model stojący za projektem Live przewiduje zresztą wiele źródeł przychodów i możliwość skrośnej sprzedaży produktów i usług - swoich i obcych. Wszystkie te wątki przebrzmiewają w słynnym już liście Raya Ozzy'ego, pełniącego obecnie rolę dyrektora technicznego w Microsoft.

Pomysły i pieniądze

Model otwarty (niekoniecznie open source) sprawdza się jako forma doskonalenia oprogramowania sprzedawanego komercyjnie, co jednak wymaga dostatecznie dużej grupy zainteresowanych. Microsoft, choć nie udostępnia powszechnie źródeł, pilnie słucha opinii klientów i doskonali swoje produkty w ramach procesu wersji beta. Nie jest to formalnie model open source, jest jednak wystarczająco otwarty, by spełnić cel, jakim jest dostosowanie produktu do potrzeb jego potencjalnych użytkowników. Być może warto zastosować ten model na własnym podwórku.

Niezależnie od tego można się zastanawiać, w jakim kierunku pójdą zmiany w samym środowisku open source. Obserwowane obecnie silne zainteresowanie firm venture capital rynkiem rozwiązań open source sugeruje, że są na nim pieniądze. Z pewnością, lecz nie w formie produktów, ale raczej pomysłów. Szansa na zysk dla inwestorów dużego ryzyka powstaje tylko wtedy, gdy różnica między zainwestowanymi środkami a zwrotem z nich jest ponadprzeciętna, a ponadto gdy na zysk nie trzeba czekać wiele lat. Finansowanie rozwoju produktów, ich dystrybucji, sprzedaży i serwisu do działalności ponadprzeciętnie zyskownych nie należy.

Jest prawdopodobne, że inwestorom chodzi o jak najwcześniejsze przechwycenie ciekawych pomysłów, zinstytucjonalizowanie ich i sprzedanie udziałów większym graczom działającym na rynku rozwiązań komercyjnych. Nawet najbardziej zagorzali zwolennicy open source zakładają rodziny i oczekują godziwego wynagrodzenia za swoją pracę. Poświęcanie dużej ilości czasu na zajęcia hobbystyczne nie pachnie "dobrym pożyciem". Ten model może okazać się trwały, ponieważ zaspokaja zarówno potrzebę nieskrępowanej innowacji, jak i potrzeby finansowe twórców.

Jeśli traktować open source nie jako bezpośrednią konkurencję, lecz jako kopalnię dobrych pomysłów, świat wygląda dla producentów oprogramowania nieco bardziej pozytywnie. Są firmy, które na barkach inicjatyw open source budują własne produkty komercyjne, będące ich udoskonaleniem i rozszerzeniem. Są też takie, które zainspirowane pomysłem zrodzonym na "otwartej giełdzie innowacji" idą własną drogą. Choć się do tego nie przyznaje, wiele firm komercyjnych czerpie garściami z dorobku open source - i dobrze na tym wychodzi.

Zmiany muszą być

Środowisko open source nie zaniknie - nic na to nie wskazuje. Spełniło ono doniosłą rolę, polegającą na udrożnieniu kanału komunikacji między pomysłodawcami innowacji i wytwórcami opartych na nich rozwiązań. Wprowadziło także pojęcie dobrej jakości i bezpieczeństwa do słownika producentów oprogramowania. Przy okazji, na skutek chaosu wywołanego strachem o przyszłość, przywrócona została równowaga sił między twórcami oprogramowania i jego użytkownikami. Nie wydaje się natomiast, aby - w ostatecznym rozrachunku - całkowicie otwarte oprogramowanie zdało egzamin w zastosowaniach biznesowych (aplikacyjnych).

Licencje według taryfy

Interesującą propozycją zmiany modelu oferowania oprogramowania jest jego wynajem. Firma Business Objects proponuje np. klientom możliwość skorzystania z jej narzędzi za cenę 1,99 euro za dzień. Taka konstrukcja może być wynikiem konstatacji, że analizy i raporty nie są generowane codziennie, lecz tylko w określone dni, np. w każdą noc z niedzieli na poniedziałek i dwa ostatnie dni miesiąca. Jeśli klient kupi oprogramowanie licencjonowane na tę modłę i zapozna się z jego funkcjonalnością, wątpliwe, aby poszukiwał alternatyw. Jest też prawdopodobne, że z biegiem czasu część klientów wykupi pełne licencje, więc choć przychody jednostkowe spadną, masa urośnie. Jeśli ta oferta znajdzie zainteresowanie, może się wkrótce okazać, że ofertami licencyjnymi będziemy atakowani tak jak reklamami operatorów komórkowych, starających się przekonać nas do zmiany aktualnej taryfy na nowszą - jeszcze lepszą. "Dwie godziny analiz OLAP dziennie i trzy raporty dziennie w abonamencie" - czemu nie?

Przesada rodzi przesadę

Open source jako ideologia znajduje zainteresowanie głównie w środowiskach akademickich, których nie stać na zakup rozwiązań komercyjnych. Przenoszenie tej filozofii na grunt biznesowy rodzi ferment intelektualny, podsycany dotychczasową postawą producentów oprogramowania. Można by nawet założyć, że nie byłoby szerokiego ruchu open source, gdyby dostawcy oprogramowania wykazywali się w przeszłości większym umiarem w dążeniu do osiągania monopolistycznych pozycji na swoich rynkach i wykorzystywaniu tego faktu. Pogratulować mogą sobie wszyscy wielcy - Microsoft przede wszystkim, ale także firmy pozujące dziś na wielkich przyjaciół open source, jak IBM, Sun Microsystems czy Novell. Ruch open source to także próba wyzwolenia się przez środowiska konsumentów informatyki od narzuconego przez branżę zwyczaju ustalania standardów i programowego unikania ich stosowania w praktyce. Wypadałoby też wspomnieć o - niekiedy bardzo słabym - stosunku jakości do ceny. Tu żadna firma informatyczna nie jest bez winy i to właśnie powinno dać im wiele do myślenia. Jednak co się stało, to się nie odstanie - rozwiązania open source nie znikną i nie przestaną być rozwijane.


TOP 200