Mocne postanowienie poprawy

Tak się składa, że formalnie pierwszy tegoroczny numer CW powinien ukazać się w pierwszy wtorek roku, czyli z datą pierwszego stycznia. Nie wiem, jak to będzie w praktyce, ale początek roku zawsze skłania mnie do przyjmowania mocnych postanowień zmiany trybu życia.

Tak się składa, że formalnie pierwszy tegoroczny numer CW powinien ukazać się w pierwszy wtorek roku, czyli z datą pierwszego stycznia. Nie wiem, jak to będzie w praktyce, ale początek roku zawsze skłania mnie do przyjmowania mocnych postanowień zmiany trybu życia.

Wprawdzie palenia papierosów nigdy nie udało mi się rzucić na początku roku (pomogło zapalenie płuc żony na wiosnę oraz mój katar), ale raz udało mi się coś rzucić. Obiecałem sobie w Nowy Rok, że przestanę słodzić herbatę oraz kawę i już od 40 lat dotrzymuję słowa. W tym roku postanawiam, że nie będę więcej pomagać ludziom w ich problemach komputerowych.

Pisanie do CW w moim przypadku ma tę niedobrą stronę, że wszystkim znajomym wydaje się, że wystarczy, iż dotknę ich komputera, a uzdrowiona będzie dusza jego. Zdarzało się, że dotykałem, a raczej wtykałem kabelki i komputer zaczynał pracować, co jednak nie miało cech cudownych. Znacznie częściej na widok padniętego rzęcha rozkładałem bezradnie ręce i zalecałem wymianę dysku albo reinstalację systemu. Niestety, jeśli człowiek miał szczęście i wskazał na prawdziwą przyczynę złego działania komputera oraz, nie daj Panie Boże, usunął ją, to zwykle jest potem posądzany o wszelkie inne problemy, które pojawią się nawet i w rok po cudownym ozdrowieniu. Mój własny Ojciec uważa mnie za winnego zanikaniu dostępu do internetu w jego domu, choć w żadnym przypadku nie mogę odpowiadać za działalność TP SA, a raczej za jej brak. Żonę oraz syna wyszkoliłem o tyle, że sami sobie radzą, ale z nimi sprawa była prosta - jako Amerykanie mają w sobie ducha pionierskiej samopomocy. Gorzej poszło mi z córką-Polką, która problemy komputerowe zrzuca na ojca, nawet gdy jest on oddalony o kilka tysięcy kilometrów. Prawdziwie nachalni są jednak przypadkowi znajomi, to jest tacy, którym udzieliłem (darmowej) porady, odwiedzając ich z zupełnie innych powodów. Zdecydowanie najgorsi są zaś ci, którym kiedyś pomogłem przywożąc komputer, korzystając ze znacznej różnicy cen pomiędzy USA oraz Polską. Uważają oni, że w związku z tym powinienem raz na zawsze odpowiadać za wszelkie problemy urządzenia, którego nawet nie rozpakowywałem.

Końcówka roku 2007 była dla mnie traumatyczna, gdyż tym razem siedząc w Warszawie nieco dłużej, miałem więcej okazji do ujawniania talentów komputerowych. Znajoma (pozdrowienia Aniu!), na której historycznym P3 z zegarem 386 MHz zainstalowałem 2.6 zamiast ostatniego 3.5, co nagle pozwoliło jej zacząć normalnie rozmawiać ze wspólną znajomą ze Szwecji (pozdrowienia Danusiu!), w dalszym ciągu uważa, że był to cud. Ja zaś wiem, że jeśli, to cud mniemany, który powinien zakończyć się zakupieniem nowego blaszaka. Cóż, trudno jednak przekonywać ludzi do wyrzucenia działającego komputera tylko dlatego, że ma on 7 lat. Pewnie lepiej byłoby, gdyby ów komputer padł całkowicie. No, ale wtedy nie zostałbym uznany za cudotwórcę. Mam jeszcze kilka znajomych z podobnymi kłopotami ze Skype - w tym przypadku korelacja z płcią piękną wskazywałaby na lukę rynkową, którą jak sądzę powinni wypełnić sprzedawcy. Bez cudów.

Tak więc oświadczam publicznie, że nigdy więcej nie będę dotykał się do cudzych komputerów. Boję się jednak, że tak jak to było z innymi mocnymi postanowieniami noworocznymi, także tym razem nie wytrzymam długo i widząc zmartwioną twarz jakiegoś znajomego, znowu zakaszę rękawy. Czego będę serdecznie żałował. Ciekawe, dlaczego nikt nie każe znajomym inżynierom od kanalizacji przetykać zatkanych zlewów ani kucharzom poprawiać potraw przypalonych przez domorosłe kuchty. Bycie informatykiem to jednak ciężki kawałek chleba. Życzę Państwu spokojnego Nowego Roku!


TOP 200