Mobilność nowej generacji

W ponad 120 krajach powstaje 500 sieci komórkowych, ale to wciąż wczesna faza rozwoju systemu o niejednoznacznych perspektywach biznesowych. Tymczasem rozgrzewa się debata nad kolejną, piątą już generacją sieci mobilnych.

Ostra konkurencja operatorów sieci komórkowych zmusza ich do zmagania się z podstawowym dylematem technologicznym, strategią wprowadzania kolejnych generacji sieci. W Europie dobrze to widać po ostrożnym tempie rozwoju sieci LTE, nazywanym czwartą generacją, czyli 4G. Według opublikowanych ostatnio danych Analysis Mason, w Europie na koniec roku 2012 tylko 1,7% połączeń było zestawianych z wykorzystaniem nowych sieci LTE, co wygląda słabo w zestawieniu z 19% w Stanach Zjednoczonych. Jeszcze trudniej byłoby porównać się z bogatymi krajami Dalekiego Wschodu, np. Koreą Południową, gdzie trzech inwestujących w LTE operatorów osiągnęło już 100% pokrycia kraju i teraz rozbudowuje funkcjonalności systemów LTE na bazie kolejnych wersji technicznych. Ameryka wyprzedziła Europę w tej dziedzinie po raz pierwszy, korzystając z historycznych opóźnień w rozwoju własnych sieci komórkowych, w tym eksperymentowaniem z wieloma innymi systemami, takimi jak AMPS, CDMA, iDEN czy mobilną wersją WiMAX. W takich warunkach wprowadzenie LTE daje spektakularny efekt przeskoku do następnej generacji, co pozwala przebojem zdobywać nowy rynek szybciej niż w Europie, pomimo że korzenie technologii mobilnych GSM. UMTS i LTE są w Europie. Europejskie firmy technologiczne oddały prawie bez walki pole takim graczom jak Apple, Samsung czy Huawei, a operatorzy przespali eksplozję rynku aplikacji do smartfonów. Europejscy operatorzy zmagają się z problemem wymiany dobrego na teoretycznie lepsze. Trudniej im rozwijać sieci LTE, pomimo że kraje skandynawskie zaczęły budowę nowych sieci wcześniej niż amerykański Verizon. Unowocześniane wersje sieci 3G, czyli HSPA+, dają efekty niewiele gorsze niż można zaproponować abonentom w pierwszej fazie rozwoju LTE.

Ile G jeszcze?

Kolejne generacje sieci komórkowych nie są chwytem marketingowym. Chodzi rzeczywiście o kompletnie nowe rozwiązania technologiczne. W radiokomunikacji ruchomej muszą one mieć charakter „generacyjny”, bo oznaczają wymianę nie tylko urządzeń końcowych, ale bardzo kosztowną przebudowę całej sieci. Pewnie najłatwiej było to zrozumieć zwykłym użytkownikom, kiedy sieci cyfrowe zaczęły zastępować wprowadzane mniej więcej 10 lat wcześniej systemy analogowe, ale przejście do generacji 3, a teraz do 4 jest nieco mniej efektowne, przynajmniej dla tych, którzy sami jeszcze niezupełnie dojrzeli do aktywnego korzystania z aplikacji cyfrowego świata. A przynajmniej nie na tyle, by zaakceptować, że nie będą płacić taniej, skoro operatorzy muszą przeznaczyć część zysków na ambitne programy unowocześniania i przebudowy sieci. Większość operatorów europejskich zainwestowała bardzo dużo stosunkowo niedawno w rozwój sieci 3G i nie czuje uzasadnienia kolejnej zmiany. Prawdziwie szerokopasmowe efekty LTE wymagają nie tylko uzyskania pokrycia radiowego nowymi stacjami bazowymi, ale również konieczność rozbudowy sieci światłowodowych łączących je z siecią szkieletową.

Zobacz również:


TOP 200