Mit nowej ekonomii

Gospodarka amerykańska już od kilku lat utrzymuje stabilny wzrost na poziomie ok. 3% rocznie. Jednocześnie notowane jest rekordowe, niskie bezrobocie, ale firmy mają trudności z zatrudnieniem wykwalifikowanych pracowników. Do tego, wbrew wydawałoby się przyjętym regułom ekonomicznym, nie widać znamion inflacji. Optymiści ogłosili więc, że w Stanach Zjednoczonych rodzi się Nowa Ekonomia.

Gospodarka amerykańska już od kilku lat utrzymuje stabilny wzrost na poziomie ok. 3% rocznie. Jednocześnie notowane jest rekordowe, niskie bezrobocie, ale firmy mają trudności z zatrudnieniem wykwalifikowanych pracowników. Do tego, wbrew wydawałoby się przyjętym regułom ekonomicznym, nie widać znamion inflacji. Optymiści ogłosili więc, że w Stanach Zjednoczonych rodzi się Nowa Ekonomia.

Optymizmem zaraziły się czołowe tytuły ekonomiczne, z Wall Street Journal włącznie. Uległ mu nawet ostrożny w wypowiedziach szef Rezerwy Federalnej Allan Greenspan. Niedawno wszystkich ostudził Robert Gordon, znany specjalista od pomiarów produktywności amerykańskiej gospodarki.

Twierdzenie o narodzinach Nowej Ekonomii jest oparte na kilku przesłankach. Po pierwsze, argumentują jej rzecznicy, lata inwestycji w infrastrukturę informatyczną muszą w końcu przynieść wymierny efekt i ten czas właśnie nadchodzi. Po drugie, stabilny wzrost gospodarczy przy wysokim zatrudnieniu i niskiej inflacji pokazuje jakościowo nowe zjawisko. Po trzecie, i to ma być argument najważniejszy, produktywność amerykańskiej gospodarki (z wyłączeniem rolnictwa) poprawia się od 1996 r. średnio o 2,2% rocznie. To duży skok w porównaniu ze średnią z 25 lat o wartości tylko 1%. Co więcej, produktywność w ostatnim czasie rośnie coraz bardziej. W drugiej połowie ub.r. wzrosła o 3,4% w skali roku, w pierwszym kwartale br. aż o 3,5%. Najważniejsze, że wzrost produktywności obserwuje się w fazie rozwojowej cyklu gospodarczego, czego wcześniej nie notowano.

Bezwzględna statystyka

Robert Gordon, ekonomista z Northwestern University, wylał na wszystkich optymistów kubeł zimnej wody. 14 czerwca br. podzielił się wynikami swych najnowszych badań. Przeprowadził on prosty zabieg. Wydzielił z danych zbiorczych wielkości charakteryzujące branżę teleinformatyczną oraz resztę przemysłu. Wyniki są zdumiewające. W okresie od końca 1995 r. do I kwartału br. w przemyśle komputerowym produktywność wzrastała aż o 42% rocznie! Mimo więc że przemysł ten stanowi tylko 1,2 % amerykańskiej gospodarki, był w stanie "zarobić" na wizerunek całości. Jeśli bowiem ocenić inne sektory, okaże się, że produktywność wręcz malała, a nie rosła.

Czyżby więc biznes IT był głównym motorem sprawczym napędzającym gospodarkę i jednocześnie najważniejszym beneficjantem wzrostu? Czyżby powrócić należało do tzw. paradoksu Roberta Solowa, noblisty w dziedzinie ekonomii, który stwierdził, że "nadejście epoki komputerów widoczne jest wszędzie, poza statystykami"?

Nie należy ulegać pochopnym wnioskom, należy natomiast odrzucić ideologiczne uprzedzenia. Złudą jest nadzieja na to, że zastosowanie technologii informatycznych wpłynie na gospodarkę, tak jak na początku stulecia upowszechnienie energii elektrycznej i silników elektrycznych. Tamte wydarzenia miały rzeczywiście skokowy wpływ na wytwarzanie dóbr. Produktywność rosła gwałtownie, trochę na zasadzie, iż najłatwiejsze są przyrosty, gdy zaczyna się od zera.

Obecnie gospodarka jest nasycona dobrami materialnymi. Rzecz już nie w masowości produkcji, ale jej różnicowaniu i indywidualizacji. Wzrost produktywności polega na tym, że coraz mniej osób potrzeba do bezpośredniej produkcji dowolnego wyrobu. Nie potrzeba natomiast w zasadzie większej liczby tych wyrobów. Zauważyli to m.in. Hans-Peter Martin i Harald Schumann, podając to spostrzeżenie w książce Pułapka globalizacji i głosząc formułę 20:80. Oznacza ona, że 20% populacji wystarczy na zaspokojenie potrzeb gospodarczych. Tym samym 80% ludzi pozostanie bez pracy.

Wartość informacji

Na szczęście, wszystko wskazuje na to, że wnioski niemieckich autorów zatroskanych o przyszłość państwa opiekuńczego są nieprawidłowe. Miejsca tracone przy produkcji wypełniane są w nadmiarze w towarzyszących tej produkcji mniej i bardziej wyrafinowanych usługach. Dane na temat zmian rynku pracy pod wpływem zastosowania w gospodarce technologii informatycznych, zebrane przez Manuela Castellsa, socjologa z Berkeley University, pokazują, że wbrew pesymistom - nie widać, by liczba miejsc pracy ulegała w ogólnym bilansie redukcji. Gdyby dobrze policzyć, to może się okazać, że w całym tzw. łańcuchu dodawania wartości w produkcji i sprzedaży samochodu pracuje obecnie więcej ludzi niż przy wyprodukowaniu forda model T.