Mija rok od spotkania Donalda Tuska z przedstawicielami organizacji zajmujących się wolnością Internetu

Ranga debaty obudziła wtedy na krótko nadzieję na szersze wykorzystanie społecznościowych mechanizmów sieci w procesie stanowienia prawa i demokratyzowaniu państwa.

Chyba po raz pierwszy zdarzyło się, że środowiska polskich organizacji pozarządowych i indywidualnych internetowych aktywistów potrafiły się zmobilizować do wspólnego protestu tak spektakularnego i na tak dużą skalę, że premier Donald Tusk postanowił ich osobiście wysłuchać, zapraszając do siebie. To było nietypowe wydarzenie, nie tylko ze względu na precedens zwrócenia przez rząd uwagi na społeczne zachowania w Internecie. Było to wyjątkowe również w ogólniejszym sensie, bo nieczęsto bywa, że protestująca, ad hoc zorganizowana grupa obywateli może liczyć na kilka godzin rozmowy z premierem.

Granie hazardem

Debatę sprowokowały przepisy w przygotowanej przez rząd naprędce poprawce do ustawy hazardowej. Nerwową reakcję rządu sprowokowało posądzenie kilku prominentnych działaczy Platformy Obywatelskiej o nielegalny lobbing na rzecz biznesu publicznych automatów do gier pieniężnych. Protest internautów miał jednak niewiele wspólnego z hazardem. Przy okazji potyczki rządu z biznesem hazardowym, gdzieś w kręgach ministerialnych pojawiła się koncepcja stworzenia podstawy prawnej dla rejestru stron zakazanych. Urzędowy rejestr, do którego zorganizowania miał być zobowiązany prezes Urzędu Komunikacji Elektronicznej, miałby być podstawą administracyjnego blokowania wszelkiego rodzaju potencjalnie szkodliwych treści w Internecie. Premier i zgromadzeni wokół niego w sali świetlikowej KPRM urzędnicy przyjęli do wiadomości, że reprezentujące bardzo różne stanowiska i poglądy organizacje pozarządowe łączy wspólny, wręcz pokoleniowy front oporu przeciw stosowaniu wobec Internetu nieprzemyślanych administracyjnych narzędzi regulacyjnych, tym bardziej, jeżeli ich techniczna skuteczność budzi wątpliwości.

Obiecano usunąć kwestionowane przepisy z projektu ustawy, ale to nie zakończyło dyskusji. Trudno było pominąć fakt, że najpierw rząd zdziwił się pojawieniem wylobbowanego w podejrzanych okolicznościach przepisu o automatach hazardowych, a w chwilę później w tym samym projekcie nie wiadomo skąd znalazły się przepisy o zupełnie innej, bardziej ogólnej sprawie wolności korzystania z Internetu, w której nie da się zbliżyć do żadnych sensownych rozstrzygnięć bez szerokiej debaty, wykonania rzetelnych analiz i pogodzenia wielu sprzecznych racji.

Zabawa w głuchy telefon

Praźródłem problemu jest głęboko zakorzeniona w systemie administracji rządowej, wręcz immanentna niechęć do publicznego tłumaczenia się urzędników rządowych z zamysłów legislacyjnych, a tym bardziej dzielenia się z szeroką publicznością zaszczytem autorstwa nowych rozwiązań. Mogło się wydawać, że dyskusja z internautami to dobry przyczynek do podjęcia skuteczniejszych działań nad poprawą przejrzystości procesu legislacyjnego.