Między zerem a jedynką; Facet z sikawką

Historia ta działa się w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych, kiedy jeszcze słowa takie jak "host internetowy" oraz "online" nie mówiły nic osobom spoza wąskiego grona entuzjastów technologii informatycznych...

Historia ta działa się w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych, kiedy jeszcze słowa takie jak "host internetowy" oraz "online" nie mówiły nic osobom spoza wąskiego grona entuzjastów technologii informatycznych...

Na jednej z polskich uczelni, które wówczas stopniowo podłączały się do sieci, pojawił się spór, który - jak się wydaje z dzisiejszej perspektywy - miał charakter fundamentalny dla dalszego rozwoju Internetu.

Otóż na uczelni działała jednostka tzw. zakładowej straży pożarnej. W myśl regulacji, które wówczas obowiązywały, urządzenia elektryczne pod napięciem wyższym niż bodaj 80 V mogły działać jedynie pod stałym nadzorem kwalifikowanego personelu. Oczywiście, nikt nie przejmowałby się tym, gdyby nie osobiste ambicje szefa straży pożarnej. Ogłosił on, że strażacy podczas inspekcji laboratoriów zauważyli, że niektóre komputery nie są wyłączane na noc i że jest to niedopuszczalne. I on - szef zakładowej straży pożarnej - będzie od dziś chodził i takie maszyny wyłączał i plombował, bo tak każe rozporządzenie takie a takie, punkt taki a taki.

Były to czasy, gdy na jednym serwerze chodziły obliczenia naukowe, serwery poczty, ftp, USENET itd., nie wspominając o użytkownikach telnetowych sesji. Nadgorliwość strażaka oznaczałaby nie tylko odłączenie użytkowników z owej uczelni, ale i problemy z pocztą i newsami w całym polskim Internecie. Sprawa miała oprzeć się o rektora, aż wtedy ktoś poszedł o rozum do głowy. Elektrycy ze stosownego instytutu wykonali ekspertyzę, z której wynikało, że należy uśrednić napięcie zasilające serwery (220 V) oraz znikome napięcia w kablach sieciowych łączących komputery (standardowo był to tzw. cienki kabel koncentryczny 10Base-2). W wyniku takiej operacji otrzymuje się napięcie poniżej 80 V, z czego prosty wniosek, że serwery mogą działać całą dobę i nikt nie musi ich pilnować. Na takie dictum, na dodatek podpisane paroma skrótami "dr hab." i okraszone pieczątkami Stowarzyszenia Elektryków Polskich, "facet z sikawką" zmiękł.

Hosty internetowe zostały więc uratowane. Na otarcie łez strażak otrzymał nowe wyposażenie przystosowane do gaszenia urządzeń elektronicznych oraz półroczny plan szkoleń, w myśl którego miał przygotować wszystkich administratorów do działania w razie ewentualnego pożaru. Ci zaś - rozumiejąc, że to cena, którą płacą za rozwój ich ukochanej technologii - bez szemrania stawili się, by pooglądać sikawki i posłuchać o niebezpieczeństwach płynących z palenia w pracy.

Wkrótce potem idiotyczne przepisy zniesiono i Internet mógł się rozwijać bez omijania prawa. Czego korzystne skutki odczuwamy do dziś i na wieki wieków, amen.