Mi-Ya-Goo czyli 2 x 3 x 3, albo Ya-Goo-Mi, a wtedy 40 x 4 x 2

Nie chciałbym od razu, samym nagłówkiem, zniechęcić do lektury tych, którzy niezbyt przyjaźnili się z matematyką. Będzie więc, jak widać, trochę o liczbach i jakaś arytmetyka nawet.

Nie chciałbym od razu, samym nagłówkiem, zniechęcić do lektury tych, którzy niezbyt przyjaźnili się z matematyką. Będzie więc, jak widać, trochę o liczbach i jakaś arytmetyka nawet.

A wszystko przez to, że America On-Line (AOL), właściciel przeglądarki Netscape Navigator zapowiedział, że od marca zawiesza obsługę tego programu, co jest odbierane jako początek jego końca. Twórca Navigatora, Marc Andreessen, w niedawnym wywiadzie dla tygodnika "Spiegel" stwierdził jednak, że ten początek końca miał miejsce już 9 lat temu, kiedy Navigatora przejęła AOL i dalej był już tylko zjazd w dół o cechach katastrofy.

Nie tak łatwo się z tym zgodzić, szczególnie gdy było się i jest użytkownikiem tego programu, i to niemal od początku jego istnienia, po stosunkowo krótkim epizodzie z wcześniejszą przeglądarką Mosaic. Dziś, co prawda, korzystanie z przeglądarek przybrało u mnie cechy wielowymiarowej schizofrenii, bo uwzględniając wersje to korzystam aż z... siedmiu, z czego tak naprawdę dopiero teraz zdałem sobie sprawę.

A jest to tak: w pracy mam nie najnowszą wersję Internet Explorera, bo taka jest firmowa norma. Najnowsze jego wydanie mam na komputerze domowym w Poznaniu, ale sięgam po nie tylko wtedy, gdy coś nie działa z inną przeglądarką (z zasady porzucam takie strony, więc przymus musi być naprawdę bardzo silny...).

No to mamy już dwie. Dalej idzie starszy (kwatera we Wrocławiu) i najnowszy (Poznań) oraz rzeczona Netscape, której mam ostatnią wersję 8.1, ale najmilsza w tej rodzinie jest mi stara szóstka. A gdy to wszystko mi się znudzi (i tylko w Poznaniu), to dla odtrutki na krótko przesiadam się na Operę.

Gdyby próbować wycenić to liczbowo, to na Firefoxa przypada 50% czasu, a Netscape i IE mają po 25%. Opery nie wymieniam, bo miało nie być ułamków.

Zdaję sobie sprawę, że taką, opartą li tylko na rachunku czasu, ocenę można kwestionować, tak jak próbuje się ostatnio podważać rachunki intensywności odwiedzin stron internetowych oparte wyłącznie na liczbie wyświetlonych stron. Powodem tego są z jednej strony techniki typu AJAX, pozwalające wymieniać fragmenty stron (co na terminalach znakowych było możliwe jakieś 40 lat temu), a z drugiej - coraz częściej używane materiały wideo, czy nie mające struktury stron internetowe dzienniki.

Wywraca to wszystkie stosowane dotąd mechanizmy pomiarowe, które i tak przecież są dość zgrubne. Ale są też już tacy, którzy, jak ja przed chwilą, liczą czas spędzony na oglądaniu materiałów wideo, a nawet liczą zatrzymania, cofnięcia i wznowienia obrazu.

Nie trudno zauważyć, że i te najnowsze metody liczbowej oceny aktywności w internecie są jednak dalekie od precyzji. Ale tak właśnie dokonuje się oceny skuteczności przekazów reklamowych i wyprowadza z tego wartość związanego z nimi rynku. No i tak dotarliśmy do liczb tytułowych i podchodów firmy Microsoft do zdetronizowania internetowego potentata reklamowego, jakim jest Google, środkiem do czego miałoby być przejęcie firmy Yahoo.

W bardzo przybliżonym rachunku Microsoft ma rocznie z reklamy ponad 2 mld dolarów (niewiele więcej ma AOL). Gdy pomnożyć to przez trzy, wychodzi wartość rynku reklam Yahoo, a kolejne mnożenie przez trzy daje to, co ma Google. Nie przekłada się to jednak nijak na tzw. kapitalizację rynkową tych firm, bo tu Yahoo ma 40 mld., cztery razy tyle ma Google, a Microsoft - jeszcze dwa razy więcej. No - prawie dwa razy.


TOP 200