List do Pana Stefana Bratkowskiego

Chociaż dla mojego pokolenia Pana felietony były w czasach komuny źródłem objawionej prawdy, kiedy wzięłam do ręki styczniowy Computerworld i zagłębiłam się w 'Notatkach nieuleczalnego optymisty', stało się oczywiste, że mamy kompletnie różne zdanie na ten sam temat. Coś podobnego!

Chociaż dla mojego pokolenia Pana felietony były w czasach komuny źródłem objawionej prawdy, kiedy wzięłam do ręki styczniowy Computerworld i zagłębiłam się w 'Notatkach nieuleczalnego optymisty', stało się oczywiste, że mamy kompletnie różne zdanie na ten sam temat. Coś podobnego!

Natura analityka, takoż i dusza żurnalisty, nie pozwoliły mi przejść nad tym do porządku dziennego bez - przynajmniej myślowej - polemiki z Panem. Nie dając za wygraną, postanowiłam w końcu do Pana napisać, jako że poruszona w felietonie problematyka jest mi bliska.

Z telekomunikacją stykam się co najmniej od siedmiu lat nie tylko jako użytkownik: pracowałam w Państwowej Inspekcji Telekomunikacyjnej, w dużych firmach handlowych i operatorskich. Jedna z tych firm zatrudniała studentów jako handlowców; ci młodzi ludzie na uczelni pisali prace magisterskie, we wspomnianej firmie sprzedawali centrale telefoniczne, a "w międzyczasie" byli doradcami zarządów spółdzielni telekomunikacyjnych i - przy okazji - moimi informatorami. Chodzi tu o Tuczyn i Łąkę, czyli o słynne na całą Polskę "wsie operatorskie", które sobie tak ładnie - wg Pana - "poradziły z TP S.A." i "zachowały swoją własność".

Czy sobie poradziły? W pewnym sensie tak. Tam przede wszystkim zasady telefonizacji były zupełnie wyjątkowe: z jednej z tych wiosek pochodzi niejaki pan Ślisz (były senator), z drugiej - jego żona. Dostali z USA (nie dla siebie oczywiście, tylko "dla polskiej wsi") centrale telefoniczne i inne urządzenia, które zainstalowano społecznym sumptem, podobnie jak lokalne łącza. "Business plan" tych przedsięwzięć był oczywiście nietypowy: tutaj nie było kredytów na inwestycje, nie były więc konieczne i zyski. Kto miałby zresztą zostać kapitalistą i według jakich kryteriów: obdarowana wieś przyłączona do sieci czy może właśnie (po części) TP S.A., konsekwentnie w tym czasie wspierająca inicjatywę? - Tak więc, rada w radę, wyszło na to, że najlepiej pozostać spółdzielnią. Dziwne to i nietypowe, ale wzorce na świecie są, jakoś więc się ten interes kręci - całkiem bez zysku.

Do operatorskiego business planu i "progu kredytowego", który tak trudno osiągnąć, jak również do późniejszej realizacji inwestycji (czyli: wykonywania krok po kroku planu przyłączeń) te przykłady spółdzielni telekomunikacyjnych nijak się oczywiście mają. Tu odpadał cały ciężar i dramatyzm sytuacji, w której operator (jak szuler) ryzykuje ogromne pieniądze. Można więc zdecydowanie skonstatować, że chodzi tu o coś najzupełniej innego.

To wspaniale, że Pan zachęca do lepszej, doskonalszej telefonizacji, podając przykład ww. spółdzielni. Ale jak się ma przypadek Tyczyna (a nawet Świdnika - z operatorem RP Telekom) do możliwości TP S.A., czyli krajowego operatora, jeśli chodzi o wielkość przyłączanych do sieci obszarów i poprawę krajowej infrastruktury telekomunikacyjnej? Przede wszystkim to są proporcje typu Dawid - Goliat, nie tylko pod względem areału, ale również potencjału finansowego, ludzkiego, intelektualnego, organizacyjnego - mimo wszystkich popełnianych błędów (tych - u nowych operatorów - jest jeszcze wiecej).

Nadto - proszę się uważnie przyjrzeć dzisiejszej TP S.A.: czy naprawdę Pan nie zauważa stelefonizowanych ostatnio połaci kraju, światłowodów, docierających już do każdej bez mała pipidówki? To są wiadomości z ostatniej chwili; proszę się łaskawie przejechać po Polsce powiatowej! (Jednakże odpowiedź na pytanie, jak szybko będziemy mieli tego efekty, pozostawiam monopolisty specom od marketingu).

Tyle, jeśli chodzi o rzeczy podstawowe, o infrastrukturę. A co z usługami, z całą tą "nałożoną" warstwą nadbudowy, tak zależną od bazy? Łatwo sobie - po zastanowieniu - na to odpowiedzieć: przecież transfer danych zależy w jeszcze większym stopniu niż rozmowa od jakości i przepustowości łączy. Jakże więc tu "wziąć sprawy w swoje ręce" jako użytkownicy, by poprawiać jakość telekomunikacji od strony usług? Podobnie jak operatorzy prywatni świadczący usługi podstawowe długo jeszcze będą stanowili mniejszość, wprowadzanie usług ponadpodstawowych będzie postępowało opornie, "wyspa" po "wyspie". Internet jest, jak wiadomo taką właśnie usługą. Nie jest "kapitalistą" polskim, a dający do dostęp niego - jaki by nie był - oczywiście w sferze fizycznej zależy od TP S.A. I to w relacji wprost, jak każdy operator telekomunikacyjny, "otoczony" przez środowisko TP S.A., ale także jako service provider. Alians hardware'u, software'u i usług występuje tu na każdym kroku, ba! są jeszcze "zintegrowane" cele finansowe, a często wspólne i strategia, i marketing. Nie jest chyba łatwo być pierwszym polskim usługodawcą sieciowym na taką skalę.

Pan zachęca do organizowania się w spółki i spółdzielnie "jako niezależni operatorzy telefoniczni", do uruchomienia "samodzielnej sieci poza NASK-iem", do "prywatyzacji na rzecz związku lokalnych spółek i spółdzielni". To nie fair, czytelnicy nie powinni myśleć, że wystarczy się skrzyknąć, żeby sprywatyzować telekomunikację - jest to zadanie więcej niż trudne. Nadto - prywatyzacja musi być przecież zgodna z ustawą o łączności i spełniać drakońskie zależności finansowe. Do tej banalnej uwagi o prywatyzacji (temat wymaga potraktowania w osobnym opracowaniu) dodam jeszcze myśl "na temat", autorstwa drugiego Wielkiego Guru czasu komuny (od Techniki i Nauki) Stanisława Lema:

"Prócz pomysłów, drogie dzieci, diabeł winien mieć pieniądze!"

Ewa Nowak