Liderom do sztambucha

Tegoroczne zaszczyty "Lidera Informatyki" zostały rozdane. Nagrodzeni mają nie tylko swoje pięć minut chwały, ale i coś znacznie ważniejszego - potwierdzenie sensu i słuszności obranej drogi.

Bo nie kończy się ona przecież wraz z uzyskaniem prestiżowego wyróżnienia, a wytyczony kierunek trzeba utrzymywać, by nie zaprzepaścić tego, co już dało się uzyskać. Będąc liderem, łatwiej odpierać próby zepchnięcia z tej drogi, których nie szczędzi przecież szeroko rozumiane otoczenie zewnętrzne, a i wewnątrz firm i organizacji, szczególnie tych większych, bywa z tym rozmaicie.

Bo to jest jak z jazdą samochodem - na widok nagłej dziury w jezdni można mocniej uchwycić kierownicę, starając się przede wszystkim utrzymać kierunek jazdy, ale można też wyczyniać nagłe - i w tej nagłości niebezpieczne - manewry.

Dla tych zaś, którzy o liderowe zaszczyty dotąd tylko się otarli, wyniki są wskazaniem co do dalszej drogi, która może zaprowadzi ich na premiowane miejsce za rok czy za dwa lata. A jeżeli nawet nie, to pozwoli z bliska przyglądać się zmaganiom i brać z tego wskazania dla siebie. Również te z kategorii "Czego nie robić i unikać", często cenniejsze i bardziej pouczające niż tzw. dobre przykłady, których pełno na stronach i w serwisach internetowych i o których mówi się na konferencjach i seminariach.

Na początku tego roku rozmawiałem o tym i owym z branży z kolegą z dalekiej zagranicy, który ciągle pilnie tej branży się przygląda, mimo że czynnie już nie uczestniczy. W jakiejś chwili rozmowa zeszła też na branżowe konkursy i naszego Lidera Informatyki. Nie mógł ów kolega pojąć, że u nas sponsorzy konkursu nie mają swoich przedstawicieli w sądzie konkursowym. Chyba go przekonałem, że właśnie to konkurs nasz wyróżnia i czyni decyzje jury bardziej jeszcze wiarygodnymi.

A sponsorzy, świadomi przecież wagi swoich dokonań, mogą - i zapewne to czynią - namawiać i zachęcać swoich klientów do stawania w konkursowe szranki, by chwalić się potem współudziałem w ich sukcesach i pokazać się u ich boku w scenicznym blasku.

Złośliwcy zaś, ale ci życzliwi, powiadają, że z Liderem i z jego Galą jest trochę jak ze słynną komedią z lat 50. "Dinner for one", z niepowtarzalną kreacją Freddie Frintona. W filmie głównie chodzi o to, by zachować "the same procedure as every year". I tu muszę zaprotestować. W przypadku Lidera po pierwsze realni są sami uczestnicy, tak Konkursu, jak i jego Gali, po drugie zaś co roku jest jednak inaczej. Zmieniają się reguły, kategorie, jurorzy, prowadzący, przybywają nowi uczestnicy i nawet zmieniają się miejsca Gali.

A że pozostaje nieco oskarowy styl - musi w końcu być coś stałego, co zaświadcza, że to jednak ciągle ten sam Konkurs.

A propos komedii "Dinner for one", gdy dostałem ją dobrze ponad 20 lat temu, na kasecie VHS, wprost z archiwów BBC, biła ona rekordy powodzenia pośród znajomych i ich znajomych. Szczególną popularnością cieszy się ona do dziś w Niemczech, gdzie jest masowo oglądana w Sylwestra. Jak się można domyślać, by ją znaleźć, wystarczy zajrzeć do serwisu Youtube, ale uwaga! Oprócz jedynego oryginału o tytule "Dinner for one oder der 90. Geburtstag", jest tam mnóstwo skrótów i przeróbek. Ostatnio nawet takich, w których w rolę bohaterki-jubilatki - miss Sophie - wpisano kanclerz Angelę Merkel.

Wracając do naszych rozważań o Konkursie Lidera, wyróżnia go wiele już wspomnianych cech, ale jedna w szczególności. Buduje otóż ów Konkurs przykłady ze wszech miar pozytywne, i za to właśnie wyróżnia i nagradza. Zupełnie odwrotnie niż uprawiana u nas polityka, której jedyną specjalnością zdaje się poszukiwanie haków i haczyków na oponentów, krytykanctwo dla zasady, składanie donosów i mnożenie czarnych scenariuszy.

Dla porównania, zaiste, piękny byłby to konkurs, polegający nie na tym, by się chwalić dokonaniami, lecz by jak najbardziej obsmarować i poniżyć konkurentów. Z takimi kategoriami jak: "Największa informatyczna wpadka roku", "Najgorzej zrealizowana umowa SLA" i "Najbardziej nieudane wdrożenie".


TOP 200