Lektury prawie obowiązkowe

Scott Adams 'Zasada Dilberta', tłum. Andrzej Milcarz, Businessman Book, Warszawa, 1998.

Scott Adams 'Zasada Dilberta', tłum. Andrzej Milcarz, Businessman Book, Warszawa, 1998.

Czegoś tak złośliwego już dawno nie czytałam. Nawet słynne - u nas recenzowane i nieobecne w księgarniach - "Zera w garniturach" na temat nieudolnych, chciwych i głupich menedżerów niemieckich, zupełnie nie przebierające w słowach, nie odzwierciedlały tak wymownie patologii biznesu. Pewnie dlatego że tamtym rozważaniom towarzyszył duch świętego oburzenia. Natomiast Adams po prostu naigrawa się z absurdów, które sam poznał pracując w Pacific Bell. Nie oszczędza żadnej idei, od naszej ludzkiej inteligencji poczynając, poprzez koncepcje typu reengineering i jakość totalna, a na stadnym urządzaniu biura kończąc.

Oto drobna próba dialogu z "dymków", całość ma bowiem postać komiksów z komentarzami:

"- Odgaduję przyszłe trendy. - Jeżeli tę książkę opublikuję, moje prognozy będą warte więcej niż cudze. Każę odbiorcom słono płacić za moje "wizje".

- Dlaczego ludzie mieliby płacić za proroctwa?

- Pierwsze proroctwo mówi, że ludzie nigdy nie zmądrzeją".

I fragment komentarza do tego: "Wynalazek druku umożliwił łebskim dewiantom rozpowszechnianie genialnych pomysłów, ale walory intelektualne nie były przekazywane genetycznie. Ewolucja nie nadąża. Wiedzę i technologię dostajemy wcześniej niż inteligencję".

Niezwykle intrygujący jest rozdział pt. "Jak zdołować pracowników?" Obśmiano w nim np. pomysł pracy bez stałego biurka, co Adams nazwał złośliwie i kto wie czy nie trafnie "biurko na godziny".

Autor nie oparł się pewnym zapożyczeniom. Jedna z zasad Dilberta brzmi: "Najgorsi pracownicy są systematycznie awansowani tam, gdzie mogą najmniej zaszkodzić - do dyrekcji" i mocno przypomina zasadę Petersa, mówiącą o awansowaniu aż do osiągnięcia progu niekompetencji i pozostawania na tym stanowisku z wyraźną szkodą dla firmy.