Lajkokracja

Wolność w internecie jest okazją dostępu do niezmierzonych zasobów informacji, ale i możliwością rozgłaszania głupstw. Podobnie myślący znajomi w serwisach społecznościowych nie gwarantują przynależności do rozsądnej większości

Coś musi być w coraz bardziej powszechnym przekonaniu, że serwisy społecznościowe i wszelkie media elektroniczne przyzwyczajają nas do myślenia nagłówkami wiadomości, kilkusekundowymi wstawkami przekazu reporterskiego w telewizji, twitterowymi impulsami, facebookowymi memami. W czasach prehistorii systemów łączności za każde słowo telegramu sporo się płaciło. Wtedy skróty i kody były uzasadniane ekonomiką. Teraz dla potrzeb cyfrowego przekazu komunikacyjnego też skraca się każdą myśl, ale według innych mechanizmów. Ma do nas trafić informacja, którą lubimy.

Doszło do tego, że przychodzą puste maile, w których cała treść zawiera się w tytule. Z drugiej strony, kiedy śledzi się wiele źródeł, wyłapanie istotnych, przydatnych czy ciekawych informacji we wpisach na Twitterze lub Facebooku byłoby trudne, zwłaszcza gdy nie poświęca się temu całej uwagi. Wytrawni uczestnicy komunikacyjnej gry nauczyli się zaczepiać uwagę innych już niekoniecznie ciekawym sformułowaniem zdania, ale choćby skojarzeniowym równoważnikiem, który często wystarczy, żeby rozpocząć nowy wątek "rozmowy", zajmującej, choć nie zawsze wypełnionej treścią.

Politycy do lubienia

Łatwość kliknięcia przycisku "lubię" na Faceboku czy przekazania dalej tweetu stała się atrakcyjna dla polityków, bo trafia w istotę ich misji. Pozwala testować na żywo narrację prowadzoną przez politykę, a przede wszystkim zabiegać o popularność wśród wyborców. Wymaga to inteligencji, talentu do bon motów, ale w szerszym kontekście i nadawca, i odbiorca mogą ograniczyć zrozumienie przekazu wyłącznie do haseł. Z jednej strony, to niebywała okazja do błyskawicznego poszerzania pola odziaływania wiadomości przekazywanej w czasie rzeczywistym, ale z drugiej strony ryzyko powierzchownej interpretacji myśli rzuconej pod wpływem nastroju chwili.

Od dłuższego czasu hasłowo interpretuje się w mediach także dłuższe wypowiedzi. Drastycznego przykładu dostarczył niedawno były prezydent. Znany z wieloznacznych tylko sobie właściwych konstrukcji stylistycznych, rzucił w wywiadzie telewizyjnym homofobiczną myśl, gdzie kto powinien siedzieć w parlamencie. W formułowanych na gorąco opiniach nikt już się nie zgłębiał, co chciał wyrazić, wypowiadając się o aktywności politycznej zdeklarowanych gejów. Komentatorom wystarczył fragment hasła, które wypowiedział. Zwycięża poprawność, a nie wolność ekspresji kontrowersyjnych poglądów.

Dążenie do skrótu cechuje styl ewolucji przekazów informacyjnych w telewizji. Ich producentom już nie przeszkadza, że przedstawiciel opozycji parlamentarnej jest gotów skrytykować z kwiecistym przekonaniem każde posunięcie rządu, nawet jeżeli nie bardzo wie, o czym mówi, a pytający go reporter też nie usiłuje wiedzieć. Często to zbyt skomplikowane dla telewizji, by w odpowiednim czasie przeczytać i analizować przystępnie projekt nowej ustawy.

Ulotna mądrość większości

Rząd próbuje wykorzystać cyfrowe narzędzia, by lepiej skomunikować się, a co najcenniejsze skonsultować ze społeczeństwem. To wymóg nowoczesnej demokracji, spełnienie oczekiwania tych, którzy przywykli do technologii informacyjnych. Pokoleniowo to imperatyw, skuteczniejsze sięgnięcie do kapitału społecznego, zasobów wiedzy i doświadczeń wszelkich grup interesów.

Swoistym efektem ubocznym demokratyzującej terapii są wciąż nie do końca rozpoznane problemy w określeniu wspólnego języka debaty publicznej. Media społecznościowe i profesjonalne zdążyły ludzi przyzwyczaić do myślenia skrótowym przekazem informacyjnym. Ułatwiamy sobie analizowanie informacji, zawierzając znajomym serwisów społecznościowych i odnalezionym tam autorytetom. Wystarczy rozpoznane nazwisko podpisane pod opinią lub petycją, by pociągnąć łańcuszek również własnym autorytetem. W zwykłych warunkach wymagałoby to przeczytania i zrozumienia dokumentu źródłowego. Wtedy najczęściej to zajęcie dla ekspertów.

W kulturze fejsbookowych lajków opinie rozprzestrzeniają się błyskawicznie. Czasem wystarczy ślad przekonania, że rządzący mogą tylko udawać otwartość, anonsując internetowe konsultacje, a tak naprawdę chcą za pomocą szumu informacyjnego ograniczać nasze prawa. Czyli są niekompetentni, co się zdarza, opcjonalnie działają w interesie jakiegoś wrogiego nam lobby, co się też się może zdarzyć. W takich warunkach debata publiczna może zdryfować na pola, których autorzy projektu nie przewidzieli. Wcale nie z powodu braku kompetencji lub złej woli.

Doświadczył tego ostatnio kilka razy minister Michał Boni, odpowiadający za rozwój cyfrowych narzędzi informacyjnych w pracy rządu. Minister najbardziej wyczulony na głos organizacji pozarządowych, czasem może narzekać na brak wzajemności. Poddając publicznym konsultacjom projekt założeń ustawy o otwartych zasobach, ministerstwo wyraźnie nie doceniło potencjału oporu środowisk zainteresowanych utrzymaniem status quo ochrony praw własności do informacji w zasobach, jak się okazuje tylko teoretycznie publicznych. Powstał spontaniczny front krytyki, na którą zasługiwałby gotowy projekt, a nie założenia, będące zaledwie zaproszeniem do dyskusji. W drugim podejściu urzędnicy ministra muszą zaplanować konsultacje uważniej. Trzeba użyć narzędzi konsultacyjnych, neutralizujących skróty myślowe.

Jeszcze bardziej spektakularnym przykładem nieporozumień w procesie konsultacji publicznych było sprowokowanie powszechnego oporu przeciw likwidacji szkolnych bibliotek na wsi. Protest "obywatelski i niepolityczny", tylko na Faceobooku wsparło ponad 17 tys. osób. Dziesiątki uznanych autorytetów zamanifestowało dodatkowo oburzenie w listach, petycjach, wypowiedziach telewizyjnych. Ilu z nich kliknęło, sprawdzając, o co rzeczywiście chodzi w konsultowanym rządowym projekcie założeń? Ale czy wypada komuś zwrócić uwagę: obywatelu, przeczytaj ze zrozumieniem i sprawdź, zanim złożysz podpis?


TOP 200