Kulturowe bariery komputeryzacji

Na brak wizjonerów chyba nie możemy się uskarżać. Wprawdzie przygniatającą ich liczbę stanowią różnego autoramentu jasnowidze, roztaczający przedziwne wizje końca świata, szczęśliwie ciągle bardzo odległe od prawdy. Oprócz tychże enigmatycznych postaci istnieje typ wizjonera technologicznego, co z jasnowidztwem nic wspólnego nie ma, opierający się raczej na logicznym prognozowaniu. Tutaj rozbieżność z rzeczywistością nie jest już tak drastyczna, że wypada wspomnieć chociażby klasyka, J. Verne’a.

Na brak wizjonerów chyba nie możemy się uskarżać. Wprawdzie przygniatającą ich liczbę stanowią różnego autoramentu jasnowidze, roztaczający przedziwne wizje końca świata, szczęśliwie ciągle bardzo odległe od prawdy. Oprócz tychże enigmatycznych postaci istnieje typ wizjonera technologicznego, co z jasnowidztwem nic wspólnego nie ma, opierający się raczej na logicznym prognozowaniu. Tutaj rozbieżność z rzeczywistością nie jest już tak drastyczna, że wypada wspomnieć chociażby klasyka, J. Verne’a.

Przyglądając się bliżej naszej współczesności - erze elektroniki - zauważymy, iż rzeczywistość zdaje się coraz realniej wypełniać przepowiadane wydarzenia. Niewątpliwie palmę pierwszeństwa w tej dziedzinie dzierży Bill Gates, konsekwentnie wdrażający w życie swoje wyobrażenia o technologii informatycznej. W ślad za nim postępują niektórzy prezesi większych firm informatycznych, narzucający ton kształtującym się zastosowaniom tej dziedziny i sposobu myślenia o jej przyszłości. Ujmując w skrócie - wkraczamy w erę społeczeństwa informacji, gdzie elektronika i oprogramowanie sprzęgnięte na wspólnej płaszczyźnie staną się solą naszego życia, bez których nikt już nie będzie wyobrażał sobie funkcjonowania. Widać to zresztą dosyć wyraźnie już w tej chwili w sieciach komputerowych - stanowią wielką skarbnicę wiedzy i wymiany informacji.

Za kilkanaście lat pojawi się w życiu codziennym telewizja cyfrowa, dająca możliwości swobodnego żeglowania po jej zasobach informacyjnych. Jednym słowem: technologia ewoluuje coraz bardziej, jej stosowanie staje się coraz prostsze i tańsze, a tym samym powszechne. Obawy, czy gospodyni domowa poradzi sobie z tymi cyfrowymi nowościami, zdają się być coraz bardziej nie na miejscu. Jeżeli ktoś radzi sobie z telefonem, faksem, bankomatem - też w końcu przywyknie do okienek informacyjnych, których używanie w najbliższych latach ulegnie zapewne dalszemu uproszczeniu, a Windows 95 będzie wówczas tak anachroniczny, jak edytor „vi” w Unixie w porównaniu z Wordem.

I chyba rzeczywiście obawa przed niezrozumieniem zasad posługiwania się informatycznymi nowinkami jest płocha w kontekście obserwowanego zbliżania się ich do naturalnego sposobu percepcji. Nie osobiste preferencje i talenty stoją bowiem na przeszkodzie globalizacji ery informatyczno-informacyjnej, lecz znacznie poważniejsze przyczyny biorące swe źródło w mentalności i kulturze pewnych społeczności. O ile w państwach stanowiących awangardę technologiczną świata lub starających się za nią nadążać, problem stosowania innego sposobu wymiany i zarządzania informacją nie burzy dotychczasowych przyzwyczajeń na tyle, aby był uciążliwy dla życia codziennego, o tyle dla pewnych narodowości może stanowić on bardzo nieprzyjemną ingerencję w dotychczasowy tryb życia.

Aby dokładniej przeanalizować ten problem, spróbujmy zastanowić się na przykładzie jednego z bardziej powszechnych na co dzień zajęć, z jakim mamy do czynienia, to znaczy handlu detalicznego. W takich państwach - jak Polska - zakupy, których dokonujemy rutynowo i niejako automatycznie, związane są z pójściem do sklepu, wybraniem towaru i zapłatą. Dzieje się tak w wielu krajach. Interakcja pomiędzy sprzedawcą a klientem jest w zasadzie żadna, co wyraźnie widać w dużych magazynach z rodzaju TIP, PLUS, MAKRO itd. W zasadzie funkcje obsługi sklepowej sprowadzają się do wystawienia towaru na półki i skasowania należności przy użyciu kas elektronicznych i kodów paskowych. Nikt też nie miałby nic przeciwko temu, gdyby czynności te wykonywały tylko i wyłącznie bezduszne automaty. Nikt chyba też nie protestowałby, gdyby to samo mógł zrealizować nie wychodząc z domu, kupując towar za pomocą odpowiedniego terminala i czekając na jego dostawę. Bardziej tradycyjnie wygląda handel w drobnych sklepikach przydomowych, stanowiących enklawę tradycyjnej sztuki handlu, aczkolwiek i tam już swoje miejsce znalazły kasy fiskalne, a kontakty międzyludzkie ograniczone są przy zakupach zazwyczaj do minimum. Sklepiki te coraz częściej bywają wypierane przez konkurencyjną działalność efektywniejszych i nowocześniejszych magazynów. Młode pokolenie łatwiej poddaje się tym zmianom, starsze ustępuje lub po prostu - na ile to możliwe - korzysta z tradycyjnych punktów obsługi.

Istnieją jednak narody, dla których handel to sposób na życie, spędzanie czasu, pełniący oprócz funkcji zarobkowych niezwykle istotną rolę integrującą ludzi i stanowiący kulturę narodu. Wystarczy posłużyć się przykładem Azji Mniejszej czy chociażby położonej pomostem między Europą i Azją Turcji, gdzie ulice handlowe tętniące życiem stanowią swoiste punkty życia towarzyskiego. Wstępując do sklepu tureckiego, klient nie musi niczego kupić, gdyż jego właściciel zapraszający gościa, mimo że ma nadzieję na transakcję, wcale nie jest zdruzgotany, gdy nie dojdzie ona do skutku. Wystarczy mu kilka chwil rozmowy, pochwała wyglądu sklepu, towaru lub wyrażenie chęci zakupu być może w przyszłości. Tak samo jest w restauracjach i wielu innych miejscach. Narody o tej kulturze mają nieco inne poczucie wartości niż nasze europejskie przyzwyczajenia. Nie ma tam zazwyczaj ustalonych cen - w większości sklepików i dużych magazynów obowiązuje cena utargowana (czasami o połowę mniejsza od kwoty wywoławczej), co także leży w tradycji dokonywania zakupów. I nie dotyczy to tylko i wyłącznie drobnych lokalnych sklepików - te same zasady stosują firmowe magazyny Wranglera, Adidasa, Levisa.

Tak więc wielkie firmy potrafiły nagiąć zasady wywodzące się z innej kultury do zasad bliskich ludności tubylczej. Dużą rzadkością są sklepy posiadające towary z metką ze stałymi nie podlegającymi negocjowaniu cenami. Kasy fiskalne, komputery to już rzeczywiście unikat. Bo i w jakim celu? Jeżeli każdemu klientowi sprzedaje się towar po różnych cenach, to cóż w komputerze ewidencjonować? Rejestru kupujących dla celów rabatowych też nie trzeba przechowywać, tamtejsi handlowcy mają bowiem tak doskonałą pamięć do swoich klientów, że rozpoznają ich po jednokrotnej wizycie nawet po upływie roku. Tak inny jest to kraj, inna mentalność. Tam, gdzie na ulicy handlarze zaczepiają i pytają, za jaką cenę turysta sprzedałby swoje dzieci, o czym lepiej nie dyskutować, gdyż nie wiadomo czy to tylko pytania pro forma, wynikające z dawnych przyzwyczajeń, czy też rzeczywiste zainteresowanie żywym towarem. Tam, gdzie w aptece zamiast farmaceuty sprzedaje nauczyciel biegle mówiący po angielsku, tam, gdzie sprzedawca zaprasza nieznanego turystę do sklepu na pogawędkę, filiżankę herbaty lub drinka i wreszcie tam, gdzie kobiety niewiele mają jeszcze do powiedzenia - era wieku informatyki zdaje się przenikać w bardzo spowolnionym tempie. Nie znaczy to, że Turcy nie lubią lub boją się elektroniki - dużym powodzeniem cieszy się telewizja (także satelitarna) jako narzędzie umożliwiające śledzenie meczów piłki nożnej, których Turcy są ostatnio pasjonatami; w codziennym użyciu znajdują się telefony komórkowe.

Prawdopodobnie powodem dosyć miernego nasycenia środkami informatycznymi tego regionu świata jest prozaiczna przyczyna polegająca na fakcie, że z komputerem nie można nawiązać osobistego kontaktu. To nie to samo, co wspólne oglądanie meczu w przydrożnej kafejce, grupującej przejeżdżających akurat w tej chwili kibiców. Zachłystywania się komputerami jakoś nie widać - nawet w prasie codziennej ogłoszenia z tej branży stanowią rzadkość.

Wydaje się, że w pewnych regionach świata miejscowa ludność nie bardzo przejmuje się dążeniami mistyków informatycznych. Mimo że komputeryzacja tam także istnieje, to zdaje się ona postępować wolniej niż np. w Polsce i nie jest przyjmowana aż tak bezkrytycznie. Owszem, jeśli widzi się rzeczywisty pożytek z jej stosowania, czemu nie - wystarczy przejrzeć chociażby serwisy internetowe na serwerach CITY.NET, aby zauważyć, że owe kraje azjatyckie także posiadają swoje strony informacyjne dedykowane głównie zastosowaniom turystycznym, stanowiącym poważne źródło dochodu dzięki turystom europejskim, z myślą o których prawdopodobnie zostały one stworzone. Informatycznie pewnie nieźle wyposażone są większe przedsiębiorstwa, gdzie jest to podyktowane wszechogarniającymi wymogami technologicznymi i współpracą międzynarodową. Niemniej nastawienie zwykłej ludności do komputeryzacji jest obojętne i widoczne.

Tworzenie międzynarodowego społeczeństwa ery informacyjnej może wobec tego stać pod znakiem zapytania - ciągle będą w nim wysepki podlegające naturalnym i historycznym uwarunkowaniom, tworząc bariery nie do pokonania dla niektórych zdobyczy nowych technologii, a przez to zachowujących swą odrębność i atrakcyjność, w końcu przecież potrzebną.


TOP 200