Ku nieznanym lądom

Ewolucja rynku w kierunku modelu Nowej Ekonomii przypomina podróż do wnętrza czarnej dziury: jedno i drugie cechują: ogromna siła przyciągania, niepewność co do celu podróży oraz istnienie horyzontu zdarzeń, spoza którego nie ma już odwrotu.

Ewolucja rynku w kierunku modelu Nowej Ekonomii przypomina podróż do wnętrza czarnej dziury: jedno i drugie cechują: ogromna siła przyciągania, niepewność co do celu podróży oraz istnienie horyzontu zdarzeń, spoza którego nie ma już odwrotu.

W fizyce horyzont zdarzeń jest granicą absolutną, po przekroczeniu której przestają obowiązywać znane prawa. Warto jednak pamiętać, iż rzeczywiste możliwości zmiany kursu kończą się znacznie wcześniej, kiedy grawitacja czarnej dziury przekroczy moc posiadanego napędu. Obserwatorzy rynku są zgodni, że od Nowej Ekonomii - mimo iż jej udział w gospodarce jest wciąż ograniczony - także nie ma już odwrotu. Pozostaje wątpliwość, kiedy przekroczymy horyzont zdarzeń i od kiedy zaczną obowiązywać nowe prawa. Ta wątpliwość przekłada się na racjonalnie uzasadnione trwanie przy tradycyjnym modelu do czasu, aż nowe prawa staną się koniecznością. Istotnym składnikiem Nowej Ekonomii są bowiem zaawansowane technologie i zmienione, oparte na Internecie, oprogramowanie. Jednak wdrażanie nowych systemów informatycznych pociąga za sobą wysokie koszty, wobec których spodziewane korzyści z ich wdrożenia wydają się niezbyt oczywiste. To zjawisko - nazywane przez Amerykanów lock-in - stanowi ogromną, lecz wcale nie największą przeszkodę w przyswajaniu przez przedsiębiorstwa modelu Nowej Ekonomii. Koszty związane z nowymi wersjami oprogramowania nie są bowiem zjawiskiem nowym i firmy nauczyły się już uwzględniać je w planowaniu własnego rozwoju (do czego zresztą walnie przyczynił się Microsoft ze swoimi licznymi wersjami: Windows i Office).

Drugim, ważniejszym powodem trwania przy starej ekonomii jest fakt, iż wdrażanie technologii internetowych nie przynosi wyraźnych korzyści jednej firmie. Takie technologie, jak rozszerzony łańcuch dostaw, łączenie systemów ERP czy internetowe giełdy, mają sens jedynie wówczas, gdy obejmują zasięgiem grupę uczestników, z których każdy odnosi wymierne korzyści z ich stosowania: dostawcy z wyeliminowania zbędnych pośredników, odbiorcy z redukcji kosztów i możliwości wybierania najkorzystniejszej oferty, a nowi pośrednicy - na przykład twórcy giełd internetowych - ze zwiększenia skali obrotu. Jednakże ogólna infrastruktura, do której mogliby dołączać kolejni gracze, dotychczas jeszcze nie powstała, zaś poszczególne firmy nie są zainteresowane ponoszeniem kosztów związanych z jej tworzeniem.

Sytuacja jest więc patowa i przypomina trochę czas, kiedy producenci proszków do prania wstrzymywali się z reklamowaniem środków piorących w płynie - uznawanych za lepsze od tradycyjnych - czekając, aż konkurencja zainwestuje w wypromowanie samej idei nowego rodzaju środków. W przypadku rozwiązań e-biznesowych atmo-sfera jest jeszcze bardziej napięta, gdyż w grze bierze udział znacznie więcej graczy. W którymś momencie to napięcie wywoła eksplozję, w jednej chwili przekroczymy horyzont zdarzeń i prawa Nowej Ekonomii zaczną obowiązywać na dobre i wszystkich. Problem w tym, że nie wszyscy będą do nich jednakowo przygotowani - pojawią się zwycięzcy i pozostaną przegrani. Goryczy porażce doda zaś fakt, iż jedyną jej przyczyną będzie kilkumiesięczna lub wręcz kilkutygodniowa zwłoka w podjęciu decyzji o uruchomieniu lub podłączeniu się do systemu e-biznesowego. Nic więc dziwnego, że firmy obserwujące uważnie rynkowe trendy stają się coraz bardziej nerwowe i zaczynają współpracować ze sobą w celu zbudowania odpowiedniej infrastruktury, by nie pozostać w tyle. Coraz częściej jest to współpraca pomiędzy firmami, które zazwyczaj ze sobą konkurują, takimi jak koncerny samochodowe (aktualnie tworzony wspólny system składania zamówień na podzespoły) czy firmy tworzące oprogramowanie (inicjatywa BizTalk i projekty konkurencyjne). Mimo że tego rodzaju współpraca jest zjawiskiem stosunkowo nowym, doczekała się już własnej nazwy - coopetition.

Na peryferiach

Z polskiego punktu widzenia niepokojące jest to, że bitwa rozgrywa się daleko od naszego rynku. Emocje związane z walką, a podsycane przez prasę, udzielają się co prawda również polskim przedsiębiorstwom, ale są to emocje kibiców oglądających mecz pomiędzy drużynami obcych państw. Udane przedsięwzięcia e-biznesowe w Polsce można policzyć na pal-cach jednej ręki. I nie zmienią tego obrazu pojawiające się jak grzyby po deszczu oferty realizacji zaawansowanych rozwiązań e-biznesowych, za którymi kryją się co najwyżej oferty tworzenia pros-tych serwisów WWW, mających pod- łączenie do istniejących w przedsiębiorstwach baz danych. Takie podejście do Nowej Ekonomii świadczy jedynie o powierzchownym zainteresowaniu zjawiskiem, objawiającym się fascynacją nowymi technologiami i marketingiem na poziomie modnych akurat haseł, lecz mającym niewiele wspólnego z istotą zagadnienia.

Jest to o tyle niebezpieczne, że e-biznesowy wyścig nabiera tempa i dystans pomiędzy liderami a outsiderami szybko się pogłębia. Co więcej, wobec perspektywy rychłego włączenia Polski w struktury Unii Europejskiej ochronny parasol państwa będzie powoli redukowany i egzystencja wielu przedsiębiorstw, które nie przygotują się wcześniej do integracji z rynkiem europejskim, może zostać poważnie zagrożona.

Przyczyną takiego stanu rzeczy - i prawdopodobnie największym nieporozumieniem związanym z Nową Ekonomią - jest przekonanie, iż doświadczamy po prostu kolejnej, po mikrokomputerowym boomie sprzed dwudziestu lat, rewolucji technologicznej. Wykorzystanie Internetu do celów biznesowych stanowi dalszy ciąg procesu, który rozpoczął się na początku lat 80. Można by tu zaryzykować stwierdzenie, iż Nowa Ekonomia narodziła się w tym samym czasie, co dominacja Microsoftu na rynku systemów operacyjnych dla komputerów osobistych. Obecna, związana z Internetem, rewolucja technologiczna nadała procesowi rozwoju Nowej Ekonomii nowy i tak ogromy napęd, iż oba te trendy zaczęto ze sobą utożsamiać. I nie byłoby w tym nic niewłaściwego, gdyby nie pułapka uproszczonego myślenia, redukująca rozwój e-biznesu do rozwoju technologii.

Aktualna rewolucja jest znacznie głębsza i dotyka samej istoty biznesu, tego, jak się w ogóle prowadzi działalność gospodarczą. Dlatego nie wystarczy już przyjmowanie z opóźnieniem nowinek technicznych, które zdążyły się przyjąć za oceanem i za Odrą. Mówiąc obrazowo, jest to sytuacja podobna do rewolucji, jaka miała miejsce w sporcie. Kiedyś o wyniku w biegach, oprócz oczywiście predyspozycji zawodnika, decydowała marka obuwia, która była łatwa do "podpatrzenia" i wykorzystania przez inne reprezentacje. Rozwój technologii w spor-cie trwa i dzisiaj, ale o wygranej zaczęły w pewnym momencie decydować zupełnie inne czynniki, związane raczej z techniką i filozofią treningu niż technologią obuwia, czynniki na pierwszy rzut oka niewidoczne i przez to trudniejsze do skopiowania.

Podobna zmiana dokonuje się dzisiaj w biznesie. Nie sposób oczywiście przecenić korzyści, jakie wniosły do kultury biznesu komputery osobiste i ich oprogramowanie, jednakże zasady współpracy pomiędzy przedsiębiorstwami - działania marketingowe, składanie ofert, negocjacje, zawieranie umów, wymiana dokumentów - pozostawały praktycznie bez zmian. Rozwój Internetu pozwolił usprawnić wymienione procesy; dzisiaj w marketingu wykorzystuje się massmailing, oferty dostępne są na stronach WWW, a negocjacje, zawieranie umów i wymiana dokumentów odbywają się coraz częściej za pośrednictwem poczty elektronicznej. Internet otworzył jednak również nowe perspektywy. Oto niektóre z nich:

Bezpośredni dostęp do wirtualnych społeczności, powiązanych nie położeniem geograficznym, wiekiem, rasą czy w jakikolwiek inny demograficzny sposób, lecz na podstawie osobistych preferencji, ujawnianych spontanicznie lub stymulowanych podczas wędrówek ich uczestników po sieci.

Połączenie wielu lokalnych rynków w jeden rynek globalny, dzięki czemu uproszczeniu ulegają prawa rządzące handlem i - po raz pierwszy w historii ekonomii - teoria gier ma szansę przestać być jedynie akademicką zabawą (termin coopetition wywodzi się z teorii gier).

Możliwość zautomatyzowania działań handlowych, na przykład składania zamówień i wyboru najlepszych ofert przez programy komputerowe, na podstawie kryteriów, takich jak oferowana cena, wolumen sprzedaży, czas realizacji czy historia dotychczasowej współpracy.

Łączenie niezależnych systemów MRP II/ERP w celu poszerzenia ich regulacyjnej funkcji na grupę współpracujących ze sobą przedsiębiorstw i zwiększenie w ten sposób efektywności działania grupy (namiastką tego są rozszerzone łańcuchy dostaw - extended supply chains).

Nowa rewolucja dopiero się rozpoczęła i nie wiadomo dokąd nas zaprowadzi. Wszelkie przewidywania w tej dziedzinie są równie bezwartościowe, co prognoza pogody na najbliższych dziesięć lat. Ale nawet tylko wymienione możliwości i zapoczątkowane przez nie procesy, a przede wszystkim skala zainteresowania nimi na świecie dowodzą, że Nowa Ekonomia nie jest iluzją, lecz faktem.

--------------------------------------------------------------------------------

Leszek Buczkowski jest dyrektorem ds. e-business w firmie Kom-Pakt sp. z o.o.


TOP 200