Kto się boi Esther Dyson?

Klasyczna definicja określa Internet jako globalny układ sieci komputerowych, działający samorzutnie i wolny od jakiejkolwiek formy centralnej władzy, oparty jedynie na wspólnej technice przekazu i służący ułatwieniu międzyludzkiej komunikacji. Ale jeszcze w tym roku może się okazać, że internauci, posiadacze e-mailowego adresu, zadecydują o powołaniu instytucji stanowiącej swego rodzaju światowy rząd Internetu.

Klasyczna definicja określa Internet jako globalny układ sieci komputerowych, działający samorzutnie i wolny od jakiejkolwiek formy centralnej władzy, oparty jedynie na wspólnej technice przekazu i służący ułatwieniu międzyludzkiej komunikacji. Ale jeszcze w tym roku może się okazać, że internauci, posiadacze e-mailowego adresu, zadecydują o powołaniu instytucji stanowiącej swego rodzaju światowy rząd Internetu.

Powołany, oczywiście, w drodze demokratycznych wyborów i - jakże by inaczej - właśnie za pośrednictwem elektronicznej poczty. Procedura wyborcza już się nawet rozpoczęła i znany jest jej końcowy termin: 1 listopada tego roku. Co prawda zainteresowanie wyborami jest na razie dość nikłe, dotychczas bowiem zarejestrowało się zaledwie 6 tysięcy wyborców, podczas gdy liczbę użytkowników Internetu w całym świecie ocenia się na 270 milionów.

Tego przedsięwzięcia podjął się ICANN (Internet Corporation for Assigned Names and Numbers), któremu od 30 września br. będzie podlegać centralna baza techniczna tej - jak się nieraz mówi o Internecie - "sieci sieci", czyli rejestracja i zarządzanie wszystkimi adresami i tzw. numerami IP, bez których nie można dotrzeć do żadnego adresata lub strony WWW. Po długich i gorących sporach ICANN powstał przed niespełna półtora rokiem, zarejestrowany w listopadzie 1998 r. w miejscowości Marina del Rey w Kalifornii jako firma non profit. Tak zadecydowała administracja amerykańska, przełamując ostatecznie opór rządów europejskich, usiłujących powierzyć to zadanie bądź organizacji międzyrządowej, bądź Międzynarodowej Unii Telekomunikacyjnej. Podtrzymała przy tym stanowisko, że przynajmniej na razie ICANN może pokrywać swoje wydatki jedynie sponsoringiem, i odrzuciła - wobec głośnych protestów - próbę opodatkowania w wysokości 1 dolara od każdej domeny.

Kompetencje rządu amerykańskiego wynikają z faktu, że techniczne centrum Internetu znajduje się na terytorium Stanów Zjednoczonych. Sercem światowego systemu jest bowiem Root Server A ulokowany w miejscowości Herndon w Wirginii, niedaleko Waszyngtonu, i stanowiący centralną bazę danych. Dla jej odciążenia dane są dwa razy dziennie przekazywane do 12 pomocniczych serwerów, z których 9 umieszczono również w USA, a tylko 3 na innych kontynentach - w Wielkiej Brytanii, Niemczech oraz w Japonii. Odpowiada to zresztą w przybliżeniu udziałowi Amerykanów w wielkiej rodzinie internautów. Swoją drogą taka sytuacja może zapewniać amerykańskiemu rządowi istotny środek nacisku w przypadku np. konfliktu z partnerami, czyli konkurentami handlowymi zza Oceanu.

ICANN to osobliwa organizacja. Czuwa nad systemem teleinformatycznym ogarniającym całą kulę ziemską, a jednocześnie działa niemal tak jak zawieszone w wirtualnej przestrzeni grupy dyskusyjne Internetu - ma wprawdzie własne struktury i zarząd, ale jego rozsiani po różnych zakątkach świata członkowie komunikują się jedynie poprzez pocztę elektroniczną i tylko co kilka tygodni odbywają telekonferencje. Każdy z trzech zakresów działania ICANN ma charakter ściśle techniczny: pierwszy to przydzielanie nazw domen, drugi - internetowych adresów (numerów IP), trzeci - utrzymywanie jednolitych standardów przekazu, czyli internetowych protokołów. I dlatego też do zarządu ICANN desygnował swoich przedstawicieli przemysł informatyczny, po trzech dla każdego z tych zakresów. Decyzje podejmuje jednakże zarząd wspólnie, by uniknąć podejrzeń o stronniczość.

Technika techniką, ale nietrudno przewidzieć, że gdy w grę wchodzą takie problemy, jak ewentualne opodatkowanie na rzecz światowego systemu, prawa autorskie (copyright) czy ochrona danych, pole przyszłych konfliktów może być niemałe. Co więcej, już od dłuższego czasu podnoszą się głosy ostrej krytyki ze strony niekomercyjnych grup użytkowników Internetu, że nie mają oni żadnego wpływu na funkcjonowanie i rozwój tego "państwa bez terytorium i granic". Stąd idea zdemokratyzowania struktury organizacyjnej i wprowadzenia do zarządu ICANN przedstawicieli wielomilionowej armii internautów w drodze e-mailowych wyborów. Udział w nich może wziąć każdy, kto ukończył 16 lat, ma adres internetowy oraz dający się sprawdzić adres pocztowy. Celem praktycznym jest wybranie 9 dyrektorów, którzy wraz z już nie tyle zasiadającymi, co urzędującymi 9 przedstawicielami branży przemysłowej i technicznej wybiorą prezydenta zarządu czy, jak mówią niektórzy, światowego rządu Internetu.

Wszystko wskazuje na to, że pomysł przedsięwzięcia pochodzi od pani Esther Dyson, która do końca ubiegłego roku stała na czele ICANN. Wysunięta na stanowisko tymczasowego szefa przez administrację Clintona, uchodzi za niezwykle przebojowego i skutecznego menedżera. Barwnie opisał ją niemiecki magazyn "Der Spiegel" w numerze sprzed kilku tygodni: "Często robi wrażenie nie zainteresowanej obradami, ubrana w dżinsy i bawełnianą koszulkę, kiwając się na fotelu niczym uczennica, a jednocześnie bez przerwy wystukując na swoim laptopie odpowiedzi na setki e-mailów. Reaguje jednak błyskawicznie na przebieg dyskusji i swoim wystąpieniem decyduje o jej dalszym kierunku". Zdaniem cytowanego pisma nawet po odejściu z kierowniczego stanowiska w organizacji nie utraciła tam swoich wpływów. Bo nie ma z pewnością większego znaczenia, że menedżerowie Internetu, zebrani niedawno na konferencji w Kairze dla omówienia internetowych wyborów, byli nienagannie ubrani w eleganckie garnitury i krawaty z jedwabiu. Ale i tak na sali dominowały, jak gdyby wzorem pani Dyson, dżinsy i adidasy.