Kto ma płacić

Brak odporności na problem roku 2000 jest wadą oprogramowania. Czy klient powinien pogodzić się z koniecznością zapłacenia za jej usunięcie?

Brak odporności na problem roku 2000 jest wadą oprogramowania. Czy klient powinien pogodzić się z koniecznością zapłacenia za jej usunięcie?

Sprzedawcy systemów nie udzielają jasnej odpowiedzi. Zapewniają, że sprzedawane dziś oprogramowanie jest już zgodne z czterocyfrowym formatem zapisu daty. Jeśli mają do czynienia ze starszą wersją aplikacji działającą u konkretnego klienta, namawiają do zakupu upgrade'ów, które - poza nowymi funkcjami - zapewniają spokojne przetrwanie sylwestra roku 2000. Co do tego, że za aktualizację oprogramowania trzeba płacić, nikt nie ma wątpliwości.

Możliwe jest jednak, że klient nie ma zamiaru kupować kolejnej wersji. Nie interesują go nowe cechy funkcjonalne. Chodzi mu jedynie o zapewnienie zgodności z rokiem 2000. I producenci, i użytkownicy przyznają, że taka sytuacja jest kłopotliwa dla obu stron. Producent, jako dostawca rozwiązań mających działać przez lata, nie chce tracić opinii dobrego partnera. Użytkownik znajduje się na niewygodnej pozycji, wchodząc w spór z producentem, mając świadomość, że w rzeczywistości szansa na bezpłatną modernizację jest niewielka.

Tylko dla wytrwałych

Jeżeli producent nie zamierza dokonać bezpłatnej aktualizacji, a klient jest zdeterminowany, sprawa może trafić do sądu. Polskie prawo przewiduje roczny okres rękojmi za wady fizyczne i prawne towarów. Gwarancja umowna, o ile została udzielona, najczęściej również trwa rok.

Rozważając możliwość interwencji prawnej, trzeba upewnić się, że nie minął czas, kiedy można domagać się bezpłatnej naprawy wad oprogramowania względnie aktualizacji, która zapewnia jego poprawne działanie. Postępowanie użytkownika opiera się na słusznym założeniu, że niezgodność zapisu daty, mogąca spowodować nieprawidłowości działania programu po 31 grudnia 1999 r., jest wadą produktu. Odpowiednia aktualizacja nie stanowi więc upgrade'u, a usunięcie wady. "Klient może domagać się takiej aktualizacji na podstawie przepisów o rękojmi albo na podstawie przepisów o gwarancji, jeżeli wynika ona z umowy. W umowach producent często jednak ogranicza swoją odpowiedzialność poprzez zapewnienie, że program działa jedynie zgodnie z jego dokumentacją. Jeżeli w dokumentacji technicznej programu nie ma wzmianki na temat jego zgodności z rokiem 2000, producent może bronić się, że tej okoliczności nie gwarantował" - twierdzi Jerzy Skrzypowski, radca prawny w warszawskim biurze międzynarodowej kancelarii prawniczej Baker & McKenzie. Dodaje, że przy sprzedaży oprogramowania z reguły stosuje się liczne ograniczenia i wyłączenia odpowiedzialności. Według niektórych opinii, samo sformułowanie "zgodność z rokiem 2000" jest niejasne z prawnego punktu widzenia.

Zdaniem prawników, w przypadku oprogramowania o kluczowym znaczeniu dla przedsiębiorstwa szansa na pozytywne zakończenie sporu wzrasta. Awaria systemu związana z problemem roku 2000 może wyrządzić poważne szkody firmie, w skrajnych przypadkach doprowadzając ją do bankructwa. "Odpowiedzialność kontraktowa może zbiegać się z odpowiedzialnością deliktową, co oznacza, że w postępowaniu producenta doszukujemy się czynu niedozwolonego. Mimo że producent próbował w umowie wyłączyć albo ograniczyć swoją odpowiedzialność, problem jest na tyle groźny, że jego wystąpienie w aktualnie wytwarzanym i sprzedawanym oprogramowaniu może kwalifikować się do stosowania przepisów o odpowiedzialności z tytułu czynów niedozwolonych. Przy takiej odpowiedzialności mamy do czynienia nie z rocznym, a trzyletnim okresem przedawnienia" - mówi Jerzy Skrzypowski.

Ile to kosztuje

Zdesperowany klient, wchodząc w spór z producentem oprogramowania, musi rozważyć, czy płatna aktualizacja nie będzie mimo wszystko kosztowała mniej pieniędzy i wysiłku niż wniesienie sprawy na wokandę.

W tym przypadku ważniejszy od opłat sądowych i honorariów dla prawników jest jednak czas. "Przy uwzględnieniu postępowania instancyjnego trzeba się liczyć z procesem 2-3-letnim" - stwierdza Jerzy Skrzypowski. Brak odpowiednio kwalifikowanych biegłych sądowych i paraliżująca sędziów materia sprawy z pewnością wydłuży postępowanie. Szanse na rozwiązanie konfliktu przed rokiem 2000 są więc znikome.

Dla COMPUTERWORLD komentują

Jaromir Pelczarski - dyrektor departamentu informatyki Pierwszego Polsko-Amerykańskiego Banku SA w Krakowie

Dla użytkownika oczywiście najlepiej byłoby nie płacić za rok 2000. Trudno jednak wymagać, aby dostawca wymienił stary sprzęt.

Każdy przypadek należy traktować indywidualnie. W banku podjęliśmy decyzję, że najważniejszy jest czas. Łatwiej, szybciej i być może taniej jest wymienić stary sprzęt komputerowy, jeśli nie jest odporny na problem roku 2000, niż prowadzić czasochłonne negocjacje z dostawcą, opóźniające proces przystosowania systemów do pracy po 31 grudnia 1999 r.

Całkiem inaczej ma się sprawa w przypadku oprogramowania. W przypadku dużych, strategicznych systemów podpisuje się umowy typu maintenance. Jeśli jest ona dobrze przygotowana i dostawca gwarantuje poprawne funkcjonowanie zakupionej aplikacji podczas całego czasu jej użytkowania, nie ma znaczenia, czy problem dotyczy roku 2000, czy też innej kwestii. W naszym przypadku nie musieliśmy ponosić dodatkowych kosztów związanych z dostosowaniem użytkowanego przez nas systemu bankowego.

Bogdan Pilawski - główny specjalista departamentu informatyki Wielkopolskiego Banku Kredytowego SA w Poznaniu

Płacić czy nie płacić za działania związane z problemem roku 2000? Najlepiej nie płacić, ale to tylko żart. Nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Problem roku 2000 nie jest problemem informatycznym, mimo że w informatyce ma swe źródło. Jest to problem biznesowy. Można próbować nie płacić i nawet wygrać sprawę w sądzie, gdzieś - powiedzmy - w okolicach roku 2005. Tyle, że ceną może być znalezienie się "out of business" w pierwszej połowie roku 2000. Poza tym trudno dyskutować cenę usługi ze strażą pożarną podczas gaszenia pożaru.

Wśród zajmujących się problemem roku 2000 popularny jest termin "włoski sposób załatwienia problemu". Otóż twierdzi się, że Włosi, przerażeni ogromem pracy i kosztów, zaczęli od sądowego skarżenia dostawców sprzętu i oprogramowania. Źródła amerykańskie z kolei twierdzą, że tak naprawdę na problemie roku 2000 najwięcej zarobią prawnicy, gdyż sprawy sądowe z tym związane będą tam trwały do roku 2030.

Krzysztof Heller - dyrektor departamentu informatyki Polskiej Telefonii Cyfrowej Sp. z o.o. (Era GSM)

Teoretycznie można by przyjąć, że firmy informatyczne, podobnie jak samochodowe, powinny bezpłatnie wymieniać swoje wadliwe produkty. Niestety, konkurencja w przemyśle komputerowym, a w szczególności w dziedzinie oprogramowania, jest mniejsza niż w przemyśle motoryzacyjnym.

Jest powszechnie przyjęte, że dostawca oprogramowania, obojętnie czy pisanego na zamówienie, czy "z półki", wykręca się od jakiejkolwiek odpowiedzialności za skutki złego funkcjonowania sprzedawanego systemu. Generalnie oprogramowanie przyjmuje się takie, jakie jest, i w związku z tym ten przykry dla użytkownika stan odnosi się również do roku 2000. Może kiedyś jakaś firma zdecyduje się na gwarantowanie działania oprogramowania i wtedy spowoduje przełom w branży. Na razie nic na to nie wskazuje.

Włodzimierz Golichowski - kierownik działu informatyki i procedur Elektrim SA

Tam, gdzie obowiązuje gwarancja lub rękojmia na nabyty produkt, sprawa jest oczywista - żądać bezpłatnej wymiany. W sytuacji, gdy brak jest podstaw prawnych do roszczeń, sytuacja jest trudniejsza i może być rozpatrywana w sferze uczciwości kupieckiej. To znaczy należy się domagać, szczególnie w przypadku oprogramowania, bezpłatnej aktualizacji, lecz w granicach rozsądku. Ten rozsądek wyznacza zapewne czas użytkowania czy wykonalność. Pytanie "płacić czy nie" jest raczej pytaniem nie o producentów, lecz o los użytkowników. Jeśli będą musieli zapłacić, to zapłacą w trosce o swój byt i zadowolenie klientów. Ale wystawią w końcu rachunek producentom, kierując w przyszłości swe kroki do tych, którym los użytkownika nie jest obojętny. Na długie i skazane na porażkę procesy sądowe nie zdecydują się.

Witold Kilijański - zastępca dyrektora ds. handlowych Teta SA

Można powiedzieć, że klienci płacą już za rok 2000 przy zakupach uaktualnień stosowanych przez siebie systemów, związanych z innego rodzaju poprawkami wprowadzanymi przez nas, np. zwiększaniem ich funkcjonalności. Sądzę, że sytuacja nasza nie różni się bardzo od tej, dotyczącej innych producentów. Można wprawdzie wyobrazić sobie, że klient zechce pozostać przy starej wersji systemu i jedynie zażąda do niego poprawki, która umożliwi poprawne odczytywanie daty po 31 grudnia 1999 r. Na razie nie spotkaliśmy się jeszcze z takim przypadkiem. Staramy się namawiać naszych klientów do posiadania aktualnych wersji oprogramowania.

Sławomir Trautman - prezes zarządu Intentia-VimeX Sp. z o.o.

Dostawcy, którzy sprzedali swój produkt, powinni czuć się w obowiązku, by dostarczyć klientowi bezpłatnie poprawioną wersję. W innym przypadku oznacza to niewłaściwe potraktowanie rynku. W trudnej sytuacji znajdują się zwłaszcza klienci, którzy kupowali system przed 1995 r., kiedy nie mówiło się jeszcze o tym problemie. W naszym przypadku, od 1996 r. standardowo w każdej podpisywanej umowie zawieramy rozdział poświęcony problemowi roku 2000. Prawdę mówiąc w momencie, gdy wprowadziliśmy dwa lata temu tę klauzulę, klienci byli bardzo nią zdziwieni.