Krzysztof Musiał

Założyciel i do 2001 r. prezes ABC Data. Wciąż ma kilka procent akcji spółki i zasiada w jej Radzie Nadzorczej. Dziś jednak głównie inwestuje w polską sztukę, m.in. dzieła Leona Tarasiewicza, Jarosława Modzelewskiego i Ryszarda Grzyba. Prowadzi też Galerię aTAK w Warszawie, a latem organizuje plenery dla polskich artystów w swoim domu w Toskanii. Na co dzień mieszka w Hiszpanii.

Jak powstał jeden z największych dystrybutorów w Polsce? W latach 80. byłem dyrektorem sprzedaży w Star Micronics (istnieje do dziś, choć raczej nie jest obecna w Polsce - przyp. red.). Jej drukarki sprzedawałem w całej Europie. W 1985 r. zacząłem myśleć o tym, aby wprowadzić je również do Polski. Nikt jednak nie wierzył, że będzie zbyt na nie. Spotkałem się nawet z przedstawicielami ówczesnej centrali handlu zagranicznego odpowiedzialnej za elektronikę - Metronex. Wszyscy jednak uważali, że Polacy są za biedni, aby kupować drukarki. Ja wierzyłem, że rynek na nie jest i będzie się szybko rozwijał.

Nie chcąc odchodzić ze Star Micronics założyłem w 1987 r. w Bonn firmę ABC Data, którą poprowadził mój kolega. Podpisaliśmy pierwsze umowy serwisowe z Techmexem i Prokomem. Ryszard Krauze właśnie zarejestrował ostatnią z tych firm w Hamburgu, a w Gdyni otworzył jej oddział. Zaczęliśmy się reklamować w pismach, takich jak Komputer i Bajtek. Sprowadziliśmy pierwsze drukarki. Wówczas kupowały je wyłącznie osoby prywatne. Oddawały do oficjalnego, państwowego skupu - najsłynniejszym był Agro Komputer - skąd odkupywały go, z 10-krotną "przebitką" polskie zakłady państwowe. Same nie mogły tego robić bezpośrednio za granicą, bo nie miały dewiz. Drukarki w Niemczech kupowało się wówczas za 400 marek, a sprzedawało w Polsce za równowartość 4000. Polacy często prosili krewnych, aby Ci przekazali na nasze konto marki, za które dostarczaliśmy im do Polski sprzęt komputerowy. To była swego rodzaju pomoc od rodaków z zagranicy, na pewno lepsza niż przysyłanie paczek z kawą.

W 1990 r. odszedłem ze Star Micronics, przejąłem firmę i przeniosłem ją do Warszawy. Lata 1987-1993 to złote czasy. Nie byliśmy w stanie zaspokoić rosnącego popytu. Biznes właściwie rozwijał się sam. Może to dziwić, ale wówczas to klienci starali się przekupić moich pracowników, aby tylko dostać potrzebny im sprzęt. Potem zaczęło się robić trudniej. Dystrybutorzy potrzebowali kapitału, aby móc kredytować partnerów. Nie sprzedawało się już za gotówkę. Brak funduszy - wówczas banki nie udzielały kredytów - zmusił mnie w 1995 r. do sprzedaży firmy ABC Data do amerykańskiego CHS. Dzięki temu podpisaliśmy nowe umowy dystrybucyjne, otrzymaliśmy spory zastrzyk gotówki oraz dostęp do linii kredytowych vendorów. Cztery lata później - właściwie w ostatnim momencie - odkupiłem firmę, aby w 2000 r. odsprzedać ją niemieckiemu Actebisowi. Rok później odszedłem. Nie podobał mi się sposób zarządzania nowego właściciela. Do tej pory jednak czuję się związany z firmą. Tym bardziej, że wiele osób, które sam zatrudniałem wciąż tam jest. Niektórzy mają nawet 20-letni staż. Wciąż pracują tam ten sam dyrektor finansowy i handlowy, szef marketingu, sprzedaży i dyrektor techniczny. Polacy często nie potrafią doprowadzić pewnych rzeczy do końca. Na szczęście nie stało się tak z ABC Data, która wkrótce powinna zadebiutować na giełdzie.

Czy chciałbym wrócić do IT? Branża już mnie tak bardzo nie pociąga. Teraz wspieram młodych artystów. To też daje mi bardzo dużą satysfakcję.