Kradnę bo muszę

Kradzione nie tuczy, ale każdy chce to sprawdzić

Kradzione nie tuczy, ale każdy chce to sprawdzić

Piractwo komputerowe jest złodziejstwem. Może innego formatu niż zuchwała kradzież z włamaniem, ale - podobnie jak ona - polega na bezprawnym zagarnięciu cudzej własności. Przyjmujemy ten fakt do wiadomości, uznajemy racjonalne argumenty i... kradniemy dalej.

Mentalność Janosika

Janosik zabierał bogatym i dawał biednym. W naszym wypadku bogate są firmy softwa-re'owe, my zaś - jesteśmy biedni. A zatem nielegalne kopiowanie programów można, przy odrobinie dobrej woli, potraktować tak jak postępowanie ludowego bohatera pozytywnego. Zwłaszcza że towarzyszy temu niekiedy powiew przygody, świadomość kosztowania zakazanego owocu, a nawet odrobina podniecenia wynikająca z posiadania - za darmo - programu wartego setki dolarów. Poza tym IBM, Borland czy Microsoft nie zbiednieją, a nas nie stać przecież na korzystanie z oprogramowania licencjonovanego.

Gdyby „zwyczajny" złodziej uzasadniał kradzież samochodu tym, że nie stać go na auto, to w najlepszym wypadku rozbawiłby sędziego. Całkiem prawdopodobne, że zostałby uniewinniony, trudno bowiem skazać kogokolwiek pękając ze śmiechu.

Niestety, sytuacja wcale nie jest zabawna.

Kradnij, kto może!

Jeżeli kradną wszyscy, kradzież przestaje być zjawiskiem wyjątkowym, nagannym. Staje się normą zwyczajową, co sprawia, że praca programisty zaczyna być traktowana jak hobby i swego rodzaju działalność filantropijna. I nawet jeżeli autor, poirytowany rozkradaniem jego własności, zabezpiecza program przed kopiowaniem, czyni to raczej symbolicznie, dla zasady. Nie istnieją przecież zabezpieczenia doskonałe. Teoretycznie jest jednak szansa, że w trakcie pokonywania utrudnień w kopiowaniu odezwie się u pirata głos rozsądku lub refleksja na temat elementarnych zasad uczciwości. Najczęściej są to jedynie pobożne życzenia, dobry zamek może zniechęcić złodzieja, ale bardziej „ambitni" nie popuszczą, w najgorszym razie użyją łomu. A na to nie ma już rady.

Pirackie ABC

Istnieją cztery zasadnicze kategorie piratów: Sprzedawcy, którzy oferują.

wraz ze sprzętem, nie licencjonowane oprogramowanie na twardym dysku. To piękny gest w stronę klienta - programy gratis. Zazwyczaj jednak możliwy tylko dzięki temu, że łatwo rozdawać cudzą własność. • Biura i inne instytucje, w których pracownicy korzystają z nielegalnych kopii. Proceder to dość powszechny. Kierownicy i dyrektorzy albo nie dostrzegają problemu, albo przymykają oko na taki stan rzeczy. Nic dziwnego - na wszystkich rysunkach pirat ma jedno oko przysłonięte.

• Handlarze-kopiści, u których za niewielką opłatą można zdobyć praktycznie wszystko. Od gier do AutoCAD-a. Klient nasz pan, paser naszym dobroczyńcą!

• Indywidualni użytkownicy PC, stanowiący prawdopodobnie najliczniejszą grupę, którą najtrudniej kontrolować. Często traktują. złodziejstwo jak nową odmianę zabawy w policjantów i złodziei. Czerpią z niej wiele satysfakcji

i rozrywki. Sforsowanie finezyjnego zabezpieczenia to powód do dumy i radości, awans w złodziejskiej hierarchii, uznanie i szacunek znajomych z towarzystwa. Tylko że towarzystwo niezbyt ciekawe.

Grochem o ścianę

Olbrzymia skala komputerowego piractwa jest prostą konsekwencją naszej siermiężnej polityki w dziedzinie informatyzacji kraju - od początku niespójnej i niekonsekwentnej. Brak perspektywicznego, zdroworozsądkowego myślenia, trywializowanie niektórych problemów w znacznym stopniu uniemożliwiło sprawny i dynamiczny rozwój rynku komputerowego. Skala wartości, jaką zastosowano, założenia (a raczej ich brak), wszystko było i jest w dużym stopniu do tej pory nie skoordynowane,' chwilami wręcz żałosne. Mamy chorą gospodarkę, trudno więc się dziwić, że i szeroko pojęta informatyka znajduje się w podobnym stanie.

W dalszym ciągu tkwimy w wypaczonym .schemacie postrzegania cudzej własności. Za prawdziwą własność uznajemy jedynie rzecz materialną, której można fizycznie dotknąć. Jak dzieci... Natomiast program komputerowy, efekt pracy intelektualnej człowieka, traktujemy jak coś danego z góry, z definicji przynależnego do sprzętu i przeznaczonego do używania przez wszystkich. W dodatku kradzież programu jest czynnością bardzo łatwą. Nie słyszy się dźwięku alarmowych syren, nikt nie goni, fizycznie - niczego nawet się nie dotyka. Po prostu: z jednego dysku na drugi, w sposób niedostrzegalny, przepływa ciąg bitów. Bezszelestne, czyste złodziejstwo.

Ubodzy krewni

Nie wierzę, abym przekonał kogokolwiek do korzystania wyłącznie z oprogramowania licencjonowanego. Ci, którzy kradli, będą to robić nadal. Znajdą wiele usprawiedliwień, argumentów. Apelowanie do rozsądku jest tyleż trudne, co bezsensowne. Zawsze odebrane będzie jako dydaktyczny smrodek. Złodziejskie nawyki, które wykształciliśmy w sobie przez ostatnich kilka lat, nie zanikną tak szybko. W konsekwencji traktowani jesteśmy jak informatyczna prowincja. Dżungla cwaniaków i złodziei. Nie trzeba wielkiej wyobraźni, żeby uzmysłowić sobie, jak wiele na tym tracimy. Ubodzy krewni Europy, którzy w dodatku kradną. Kradną, bo taki zwyczaj, przywilej i prawo biednego. Tupetu nigdy nam nie brakowało i zawsze potrafiliśmy dorobić do wszystkiego ideologię.