Koń, jaki jest każdy widzi

Od kilku lat prowadzę na uczelni wykład "Wiara i rozum", którego przedmiotem jest, jak to ze stosownym intelektualnym zadęciem ujawniam w jego katalogowym opisie, "prezentacja i analiza historycznie zmiennych relacji pomiędzy religią i nauką w kulturowo-porównawczej perspektywie". Za każdym razem z niepokojem oczekuję chwili, kiedy, zwykle pod koniec semestru, któryś z moich studentów obudzi się z naiwnym pytaniem: "panie profesorze, czy mógłby nam pan powiedzieć, o czym my właściwie dyskutujemy - jak zdefiniowałby pan religię i naukę?"

Od kilku lat prowadzę na uczelni wykład "Wiara i rozum", którego przedmiotem jest, jak to ze stosownym intelektualnym zadęciem ujawniam w jego katalogowym opisie, "prezentacja i analiza historycznie zmiennych relacji pomiędzy religią i nauką w kulturowo-porównawczej perspektywie". Za każdym razem z niepokojem oczekuję chwili, kiedy, zwykle pod koniec semestru, któryś z moich studentów obudzi się z naiwnym pytaniem: "panie profesorze, czy mógłby nam pan powiedzieć, o czym my właściwie dyskutujemy - jak zdefiniowałby pan religię i naukę?"

Mniejsza o religię, bo tu mogę powołać się na autorytet Maxa Webera, który napisał pokaźną pracę na temat Etyki protestanckiej i ducha kapitalizmu i do końca przezornie powstrzymał się od zdefiniowania pojęcia religii. Z nauką jednak sprawa wydaje się inna. Nauka to wcielenie ścisłości, precyzji i jednoznaczności i powinna także posiadać precyzyjną i jednoznaczną definicję.

Powinna, ale nie ma. Kiedy więc przychodzi chwila prawdy i nie mogę dłużej grać na zwłokę, najpierw próbuję obrócić wszystko w żart (powiem wam jak mi powiecie, co to jest życie...), lecz w końcu nieuchronnie rozpoczynam rozważania definicyjne, które są bez wątpienia najnudniejszą dla mych studentów częścią wykładu.

Ostatnio miałem jednak trochę szczęścia, jedna ze studentek bowiem sama zaproponowała, by zajrzeć do encyklopedii lub słownika języka angielskiego. Podchwyciłem szybko nadarzającą się sposobność i zadałem mojej grupie do domu przeprowadzenie krytycznej analizy znalezionych przez nią formalnych definicji tego, co nazywamy nauką. Na następnym wykładzie miałem niewiele pracy, gdyż cały upłynął na debacie, po której zakończeniu żaden ze studentów nie miał jasnej koncepcji, czym jest nauka. Wiedzieli tylko, że "sprawa jest skomplikowana". Oxford English Dictionary poświęca temu hasłu mniej więcej jedną (ale za to dużą i wydrukowaną petitem) stronę, choć słownik Webstera oferuje zwodniczo prostą eksplikację, która może od biedy zadowolić mało krytyczne umysły. Według niego jest to "usystematyzowana wiedza wywiedziona z obserwacji, badań i eksperymentowania, przeprowadzonych z zamiarem określenia natury bądź zasad rządzących tym, co jest przedmiotem badania".

Gdybym na tym poprzestał i próbował mym studentom wmówić, że jest to definicja zadowalająca, byłbym oczywiście winien grzechu intelektualnej nieuczciwości. Nauka jest przecież w końcu zjawiskiem, którego definicją jest cała jej historia. Nie została ona przez nikogo "zaprojektowana" zanim przystąpiono do jej konstrukcji. Jak powiadają egzystencjaliści, "jej istnienie poprze-dzało jej istotę". A co do tej istoty

zdania mogą być podzielone. Współtwórca teorii kwantów Erwin Schroedinger twierdził np. że "nauka jest sposobem myślenia o świecie na sposób Greków", zaś zmarły niedawno anarchistyczny filozof nauki Paul Feyerabend uważał, iż nie posiada ona żadnej istoty ani reguł i gdy uprawia się naukę, "wszystko uchodzi". Setki innych myślicieli próbowało sprecyzować takie czy inne atrybuty "naukowości," które odróżniają ten rodzaj działalności od pozostałych, ale ich sukces był niewspółmierny do ich wysiłku intelektualnego.

Rzeczą interesującą jest to, że można z powodzeniem uprawiać naukę, nie mając właściwie pojęcia co się robi. W końcu "koń, jaki jest, każdy widzi" i czym bardziej ścisła dyscyplina nauki, tym mniej jej adepci muszą zawracać sobie głowę filozofią i metodologią. Kiedy byłem studentem fizyki, musiałem wysłuchiwać obowiązkowego wykładu z "filozofii marksistowskiej" (która w istocie była interesująca, dzięki sensownym na ogół wykładowcom, jednym z nich był Władysław Krajewski, późniejszy recenzent mojej pracy doktorskiej), były to po prostu rzetelne wykłady z historii filozofii. Nie uczono nas

natomiast w ogóle "metodologii fizyki" ani "reguł naukowego prowadzenia badań". Były to umiejętności nabywane w praktyce przez naśladownictwo. Myślę, że w dyscyplinach mniej ścisłych (takich jak historia) studenci muszą się uczyć metodologii historii, po to by móc odróżnić swą przyszłą działalność badawczą od innych łudząco podobnych do niej czynności, takich jak gawędziarstwo, kronikarstwo czy propaganda polityczna.

Tak więc "nauka, jaka jest, każdy widzi" kto się nią praktycznie zajmuje. Co prawda każdy może ją widzieć nieco inaczej, ale w końcu nie jest to takie ważne, ponieważ wyniki badań są jawnie rozpowszechniane, sprawdzane, krytykowane, rewidowane aż do znudzenia albo aż do momentu, kiedy pojawi się coś zwanego konsensusem czy racjonalną zgodnością poglądów członków naukowej społeczności. John Ziman, teoretyk ciała stałego, ale także amator filozof, zdefiniował naukę jako "wiedzę o społecznym charakterze" i miał właśnie na myśli ten nieskrępowany proces konfrontacji obserwacji i poglądów uczonych, zainteresowanych wspólnym tematem, ale rozsianych po całym świecie.

Oczywiście że lekceważąco przeze mnie powyżej potraktowana metodologia i filozofia nauki mają długą i bogatą tradycję. O tym, czym nauka jest albo powinna być, napisano niezliczoną liczbę rozpraw. Istnieją w tej dziedzinie konkurujące ze sobą szkoły i tradycje. Racjonaliści maszerujący z nazwiskiem Kartezjusza na swych sztandarach twierdzą, że obserwacje są zwodnicze i źródłem pewnej wiedzy może być tylko właściwie używany rozum (z akcentem na "właściwie"). Empirycy, konkurująca szkoła uważająca za patrona Brytyjczyka Francisa Bacona, twierdzą, że - przeciwnie - rozum jest na nic bez sumiennych i bezstronnych obserwacji, nie zmąconych uprzednio uformowanymi "prekoncepcjami". I jedni, i drudzy mają trochę słuszności, ale oba podejścia w swej radykalnej formie okazały się zawodne. Próbowano więc jednych z drugimi pogodzić, wymyślając coś zwanego metodą hipotetyczno-dedukcyjną, polegającą na tym, że najpierw próbuje się odgadnąć rozwiązanie (część hipotetyczna), następnie wywodząc z niego logiczne wnioski (część dedukcyjna) porównuje implikacje teorii z wynikami eksperymentów. Wszystko to jednak stare dzieje...

Od czasu Ludwika Wittgensteina (tak nazwanego późnego, był on bowiem człowiekiem, którego wiarygodność zwiększył fakt, że będąc już uznanym mędrcem radykalnie zmienił swe opinie w wielu zasadniczych kwestiach) wiara filozofów w skuteczność ludzkiego języka jako medium logicznego myślenia zaczęła gwałtownie korodować. Potem przyszedł Thomas Kuhn ze swoją Strukturą rewolucji naukowych, dowodząc dość przekonywająco, iż każdy system wiedzy naukowej zawiera irracjonalne, metafizyczne elementy pochodzenia społecznego, ale także Karl Popper, którego koncepcja postępu nauki kazała na zawsze zrezygnować z nadziei na osiągnięcie prawdy ostatecznej. Dobra teoria naukowa, wg K. Poppera, jest tylko chwilową propozycją, którą - przynajmniej w zasadzie - można "sfalsyfikować" (czyli obalić). I właściwa "metoda naukowa" polega właśnie nie na dążeniu do prawdy ostatecznej, lecz na usilnych staraniach sfalsyfikowania teorii będących w obiegu.


TOP 200