Koń, jaki jest każdy widzi

Wyższe przesądy

Nowe prądy myślowe, zaklasyfikowane w mało precyzyjny sposób pod zbiorczym hasłem postmodernizmu, coraz śmielej wypowiadały się na temat nauki i wiele z głoszonych przez nie idei było, mówiąc delikatnie, wysoce nieortodoksyjnych. Co nie znaczyło, że nie były one interesujące. Kiedy więc w 1994 r. znalazłem się na akademickim urlopie (zwanym sabbatical), postanowiłem nieco uważniej wysłuchać tych głosów krytycznych wobec tradycyjnej koncepcji nauki i zacząłem zagłębiać się w postmodernistyczne piśmiennictwo z myślą, że może z badań mych zrodzi się jakaś publikacja. Kiedy się trochę naczytałem i miałem już jako taką orientację w bujnym krajobrazie tych nowych, radykalnych idei, jednego dnia moje wydawnicze plany zostały jednak pokrzyżowane, okazało się bowiem, że książka, jaką ewentualnie pragnąłbym napisać, właśnie się ukazała. Autorem jej było dwóch wybitnych naukowców, matematyk Norman Levitt i biolog Paul Gross, a tytuł jej brzmiał Wyższe przesądy: akademicka lewica i jej kłótnie z nauką (Higher Superstition: The Academic Left and Its Quarrels with Science. The Johns Hopkins University Press, 1994). Tytuł ten był mutacją pojęcia "wyższej edukacji" i sugerował, że tak jak dotychczas "siły antynaukowe" miały z reguły bazę poza akademickimi instytucjami badawczymi i edukacyjnymi, tak w latach 90. zadomowiły się one na (głównie amerykańskich) uniwersytetach. Hannibal nie stał już więc pod bramą, ale wkroczył triumfalnie do Rzymu.

Co do moich planów pisarskich, to Wyższe przesądy ukazały się w samą porę, by oszczędzić mi daremnego trudu. N. Levitt i P. Gross zrobili to po prostu lepiej niż ja byłbym w stanie przy najlepszych chęciach - zarówno pod względem treści, jak i formy. Już pierwszy paragraf tej publikacji nie pozostawia żadnych wątpliwości, że jest ona deklaracją wojny. Autorzy przyznają, że kiedy po raz pierwszy zetknęli się z "postmodernistyczną" krytyką nauki, w pierwszym odruchu sądzili, że należy ją zignorować ("pozwolić osłom pobrykać"). Po zastanowieniu się zmienili jednak zdanie. "Głupota" - piszą na wstępie - "zawsze stanowiła suwerenną siłę w historii ludzkich poczynań, siłę nieporównanie potężniejszą niźli złośliwość czy szlachetność. Jest ona olejem smarującym nasze niszczycielskie i skręca w supły nasze najlepsze intencje. Zaciemnia nasze sądy, kieruje na fałszywe drogi odruchy współczucia i otacza mgłą wszelkie przebłyski zrozumienia ludzkiej kondycji, jakie udaje nam się osiągnąć. Jest ona głównym architektem niezamierzonych konsekwencji naszych poczynań, jakie tworzą ludzką historię. Krucjata przeciwko głupocie zatem jest być może najbardziej daremnym - a więc i jednym z najgłupszych - ludzkich przedsięwzięć. Taki właśnie cel przyświeca tej książce, dlatego musimy przyznać, że my sami możemy być winni tych samych grzechów, jakie zarzucamy adwersarzom. A jednak bierność jest w końcu bardziej godna potępienia niż donkiszoteria".

Żałuję, że brak tu miejsca na pobieżną nawet prezentację treści Wyższych przesądów. Może kiedyś pojawi się w polskim tłumaczeniu. Przytoczę jedynie 2 przykłady atakowanych przez jej autorów postaw czy koncepcji. Jedno z poczesnych wśród nich miejsc zajmuje radykalny feminizm, a w szczególności pogląd, iż nauka taka, jaką znamy, winna jest pierworodnego grzechu "maskulinizmu", czyli "męskiego szowinizmu". Ponieważ w języku angielskim "natura" jest pojęciem kojarzonym z rodzajem żeńskim, zaś apologeci nauki (ulubionym źródłem cytatów w poświęconej nauce literaturze feministycznej jest Francis Bacon) często mówią o "podboju natury", niektóre feministyczne autorki porównują metody współczesnej nauki do męskiego gwałtu na (kobiecej) naturze.

Innym krytykowanym przez N. Levitta i P. Grossa przedstawicielem "społecznego konstruktywizmu" jest francuski socjolog nauki Bruno Latour, który niedawno oświadczył na łamach popularnonaukowego czasopisma La Recherche, iż wbrew temu, co twierdzą uczeni badający mumię zmarłego 3000 lat temu faraona egipskiego Ramzesa II, nie mógł on umrzeć na gruźlicę, ponieważ starożytni Egipcjanie nie znali tej choroby, a zatem równie dobrze można powiedzieć, że nie istniała ona w owych czasach.

Wszystko, co napisali P. Gross i N. Levitt, wydało mi się całkowicie przekonywające. Wkrótce jednak miałem się przekonać, iż nie jest to sentyment podzielany przez większość mych kolegów z humanistycznych i społecznych wydziałów naszego college'u. Niebawem po ukazaniu się Wyższych przesądów udało mi się skłonić Skidmore College do zaproszenia Paula Grossa na tradycyjne, majowe seminarium i po prezentacji rozpętała się burzliwa dyskusja. Okazało się, że sympatie postmodernistyczne wśród mych kolegów (przepraszam, koleżanek i kolegów) są szeroko rozpowszechnione i głęboko zakorzenione. Choć nikt nie był w stanie zarzucić mu faktycznych bądź logicznych błędów, wielu prywatnie wyznało mi później, że raził ich "ton," nadmierna pewność siebie czy "brak tolerancji" Grossa wobec ludzi o odmiennych od niego poglądach...


TOP 200