Komórkowiec dyskryminowany

Jeśli się chce iść z duchem czasu, trzeba wiedzieć, kiedy i dokąd, a to nie zawsze jest łatwe. Weźmy np. telefony komórkowe. Symbol przedsiębiorczości, bogactwa i w ogóle nowych kapitalistycznych czasów.

Jeśli się chce iść z duchem czasu, trzeba wiedzieć, kiedy i dokąd, a to nie zawsze jest łatwe. Weźmy np. telefony komórkowe. Symbol przedsiębiorczości, bogactwa i w ogóle nowych kapitalistycznych czasów.

Nie jestem wprawdzie ani sprzedawcą nieruchomości, ani brokerem i do niedawna nie odczuwałem dominującej (szczerze mówiąc, nie odczuwałem żadnej) potrzeby zakupienia własnej, przenośnej budki telefonicznej. U nas, w Ameryce, w każdym domu i biurze jest działający telefon i myślałem sobie, że te pół godziny w samochodzie, jakie zajmuje mi dojazd do pracy, mogę potraktować jako coś w rodzaju miniurlopu i delektować się w tym czasie mijanymi widokami przyrody zamiast załatwiać interesy.

Dlaczego więc w końcu zdecydowałem się na zaabonowanie komórki? Przyczyny, jakie się na to złożyły, były po części trywialne. Kiedyś, np. będąc na nartach na górze z pięcioma wyciągami, znalazłem się na jednym krzesełku z panią, która przy użyciu telefonu komórkowego odszukała swego męża, wygrzebującego się właśnie z zaspy na innym stoku. Ponieważ zawsze jeżdżąc na nartach mam skłonności do odłączania się od stada i gubienia się, ta demonstracja oczywistej przydatności nowego systemu łączności zrobiła na mnie pewne wrażenie. Poza tym często odwiedzam Polskę i poruszając się po Warszawie, trudno nie zauważyć, że telefony komórkowe stały się w naszej stolicy nowymi wyznacznikami społecznego statusu. No i wreszcie były też racjonalne powody zaopatrzenia się w mobilny telefon - długie zimy, a z nimi śliskie autostrady i ewentualna potrzeba skorzystaniu z pomocy drogowej.

Kiedy jednak - przekonany, że oto dokonałem społecznego awansu - zacząłem wszędzie ze sobą wozić mój nowo nabyty telefon komórkowy, spotkało mnie gorzkie rozczarowanie. Okazało się, że, przeciwnie, znalazłem się w grupie pogardzanych i dyskryminowanych obywateli drugiej kategorii, uważanych powszechnie za nieokrzesanych prostaków. Nie jest to, trzeba przyznać, grupa mała, dzięki czemu nie czuję się całkowitym wyrzutkiem społeczeństwa. W Ameryce telefony komórkowe ma dziś ok. 70 mln osób i przewiduje się, że liczba ta podwoi się w ciągu najbliższych pięciu lat. W tak wielkim tłumie muszą się, rzecz jasna, znaleźć czarne owce i to one psują nam opinię. Od kilku miesięcy (może po prostu od czasu, kiedy zacząłem na to zwracać uwagę), gdy tylko słyszę coś w radiu lub telewizji o telefonach komórkowych, to albo jest to historia kobiety, której telefon upadł na podłogę samochodu, gdy po niego sięgała i spowodowała w efekcie śmiertelny wypadek, albo też faceta, który siedząc na widow- ni przyjął ważny służbowy telefon w środku teatralnego spektaklu.

W siedemnastu stanach ustawodawcy usiłowali zabronić rozmów telefonicznych w czasie jazdy samochodem (a kiedy, w końcu, mamy rozmawiać?!) i to, czego im się nie udało, próbują dokonać w tej chwili radni miejscy w Brooklyn w Ohio. Podmiejskie koleje nowojorskie poważnie rozważały możliwość separacji "komórkowców" w osobnych wagonach, a co elegantsze restauracje instalują systemy elektronicznego zagłuszania. I jak tu być nowoczesnym...


TOP 200