Kolorowe jarmarki

To były czasy! Radość działania, zdumiewające tempo wydarzeń, wielkie marże, liczni klienci, brak pojęcia kontroli kosztów, szalone imprezy, fantastyczne pomysły, brak świadomości barier wzrostu, słowem młodość. Branży IT oczywiście. To se ne vrati, pane Hawranek - jak mawiają Czesi.

To były czasy! Radość działania, zdumiewające tempo wydarzeń, wielkie marże, liczni klienci, brak pojęcia kontroli kosztów, szalone imprezy, fantastyczne pomysły, brak świadomości barier wzrostu, słowem młodość. Branży IT oczywiście. To se ne vrati, pane Hawranek - jak mawiają Czesi.

Motto:

Kiedy patrzę hen za siebie

W tamte lata co minęły

Czasem myślę, co przegrałem

Ile diabli wzięli

Co straciłem z własnej woli

Ile przeciw sobie

Co wyliczę, to wyliczę

Ale zawsze wtedy powiem

Że najbardziej mi żal...

W połowie lat 80. na Tajwan przyleciał pewien polski biznesmen: białe skarpetki, torba-pederastka z dolarami ściśnięta pod ramieniem, włosy nazbyt potargane trzydniową podróżą. Śmiało skierował swoje kroki do dużej firmy komputerowej. Jej szefowi prostą angielszczyzną zachwalał rodzimy rynek: wielkie możliwości, ogromny popyt, pieniądze leżą na ulicy. - "To ile kupuje Pan komputerów?" - z wielką nadzieją w głosie zapytał zatem tajwański przedsiębiorca. - "Poproszę, dwa. Ten i tamten".

Kolorowych jarmarków

Właśnie z takiego walizkowego wędrownego handlu odrodził się polski kapitalizm, którego ukochanym dzieckiem jest nasz rynek informatyczny. To były czasy ogromnego entuzjazmu, burzliwego wzrostu, budowania wszystkiego tak naprawdę z niczego, sporej dawki amatorszczyzny, ale jednocześnie powszechnej umiejętności uczenia się w locie. Kto pamięta początki branży IT w Polsce z przełomu lat 80. i 90., ten wie, że był to czas zupełnie niepowtarzalny.

Tym, którzy urodzili się po roku 1980, a których dzisiaj w branży IT jest coraz więcej, wyjaśnić należy, choć i tak wielu z nich w to za bardzo nie uwierzy, że wtedy naprawdę było inaczej. Że na przykład nie było telefonów komórkowych, ba - dodzwonienie się w Warszawie z Mokotowa na Pragę Południe było nie lada wyczynem; że posiadanie jednego konta e-mail na całą firmę było oznaką nie lada nowoczesności i awangardy postępu technicznego; że sprowadzenie koprocesora numerycznego wymagało uzyskania specjalnej zgody Komitetu Koordynacyjnego ds. Wielostronnej Kontroli Eksportu (COCOM).

Nie było standardów, procedur, organizacji, zaś królowała improwizacja, wirtuozeria i niczym nieskrępowana wiara w sukces. Ba, na początku prawnoautorska ochrona oprogramowania komputerowego uważana była za amerykańską fanaberię - z pewnym rozrzewnieniem można wspominać cenniki całkiem poważnych firm (nazwy litościwie przemilczymy), w których można było znaleźć w atrakcyjnych cenach "gry, programy, użytki", czasem nawet z eleganckim ksero oryginalnego opakowania.

Blaszanych zegarków

Oczywiście informatyka polska istniała znacznie wcześniej, były ośrodki obliczeniowe ZETO, fenomenalny komputer K-202 Jacka Karpińskiego z początku lat 70., uczelnie wyższe, ale tak jak wszystko w minionych czasach, znajdowało się w ciasnym gorsecie państwowej kontroli. Aż zmienił się ustrój, wybuchnął biznes, niczym potężny wulkan tamowany przez długie lata. Polska branża IT od początku była na czele, rozwijała się w sposób zdumiewająco szybki, była na grzbiecie fali wzrostu prywatnej inicjatywy.

Pierwszorzędną rolę odgrywały te wszystkie firmy, które działalność rozpoczęły jeszcze w latach 80., zaś pamiętać należy, że wtedy nie było to takie proste, bowiem wszelkie formy indywidualnej działalności były przez Władzę Ludową traktowane z gruntu wrogo i podejrzliwie. Znane dziś spółki zaczynały więc jako przedsiębiorstwa polonijne, jednostki innowacyjno-wdrożeniowe (casus MacroSoftu) albo zakłady rzemieślnicze. Takim "rzemieślnikiem" został chociażby sam Ryszard Krauze (zaczynał w końcówce lat 80. od prostych systemów FK, informatyzacji kopalń, ale już w 1990 r. w Prokom Software pracowało 120 osób!).

Wkrótce też pojawiły się oddziały zachodnich koncernów IT, ale często nie było to wynikiem ich strategii, planowania ekspansji terytorialnej, lecz inicjatywy poszczególnych jednostek, które były w stanie przekonać jakiegoś odpowiednio wysoko ulokowanego menedżera, że jest jakaś "Bolanda" gdzieś na globusie i że warto tam być. Sukcesy tych oddziałów zazwyczaj przerastały pierwotne oczekiwania macierzystych central. Oczywiście na naszym rynku od dawna obecny był IBM, natomiast HP do 1991 r. reprezentowany był przez Zakład Obsługi Technicznej PAN (ZOTPAN).

Pierzastych kogucików

Ktoś, kto nie pamięta tych czasów z własnego doświadczenia, zapewne nie zrozumie, w jaki sposób mitycznym przedmiotem i ikoną historii stały się drukarki igłowe firmy Star, wówczas przedmiot pożądania. To był hit eksportowy firmy (założonej w 1985 r. w Bonn przez Krzysztofa Musiała), która wkrótce wyrosła na jednego z najważniejszych na naszym rynku dystrybutorów sprzętu IT (notabene Piotr Bieliński, jeden z założycieli potężnej dzisiaj spółki Action, przyznaje, że młodzi ludzie, którzy w 1991 r. rozkręcali firmę, robili to głównie po to, by w ten sposób zdobyć pieniądze na nowe gry komputerowe...).

Dystrybutorzy w tamtych czasach to była finansowa potęga, bo inne wówczas niż dzisiaj można było stosować marże. Potentatem był legendarny już Softronik, przy czym sporą część tej legendy stworzyły tęgie popijawy organizowane przez tego niegdysiejszego tytana polskiej dystrybucji przy okazji targów komputerowych. Skoro już o targach mowa, to niewątpliwie był to również czas ich minionej świetności. Na Komputer Expo, ludzie walili drzwiami i oknami, organizatorzy z braku wolnego miejsca odprawiali potencjalnych wystawców z kwitkiem. To było centrum informatycznego życia. Z takiej perspektywy dzisiejsze imprezy targowe to już tylko herbatki w domu spokojnej starości wypełnione wspominaniem tego, co było kiedyś. W pierwszej połowie lat 90. stoisko Softronika było głównym filarem targów, osią wokół kręcił się cały informatyczny świat. Było, minęło.

Dystrybutorzy dawniej byli jakby ważniejsi, sprawiali wrażenie, jakby byli najistotniejszą częścią rynku. Dzisiaj mało który z użytkowników w ogóle wie o ich istnieniu.

Baloników na druciku

Pośród firm IT od początku wyraźny był podział na handlarzy sprzętem, zaczynających od importu walizkowego z Berlina czy Tajwanu, czasem nawet wcześniej popularnych komputerów ZX Spectrum czy Commodore (100% marży? Wówczas rzecz normalna...) oraz tych, którzy postawili na wytwarzanie oprogramowania. Oczywiście nikt nie miał gwarancji sukcesu. Kto jeszcze pamięta np. o Protechu, który swego czasu umieszczał swoje ogłoszenia gdzie się tylko dało. Wszędzie był Protech, Protech, Protech. Śladu nie ma. Na potentata software zapowiadało się Computer Studio Kajowski, ale to Prokom i ComputerLand wiedzieli jak to zrobić (o tym, jak dziwnie się losy plotą, dobrze świadczy to, że jednym ze współzałożycieli ComputerLandu i jej pierwszym prezesem był... Ryszard Krauze).

Często zaczynano ze śmiesznie małym kapitałem (nierzadko kilkuset dolarów), na początku robiąc równie małe rzeczy (początki Techmexu to instalacja niewielkiej sieci Novell, w przypadku MacroSoftu system kadrowo-płacowy dla firmy budowlanej napisany w dBase II na komputer PC XT z dyskiem 10 MB). Zaczynano w ciasnych prywatnych mieszkaniach w blokach z wielkiej płyty, strychach (Optimus) czy nawet przysłowiowych garażach (w przypadku Tety był to garaż rodziców jednego z założycieli firmy). Aleksander Lesz, nb. jedna z tych nielicznych osób, która w nowe czasy weszła z bogatym informatycznym doświadczeniem, wspomina początki Softbanku, gdy w roku 1989 namówiwszy trzech kolegów do założenia firmy, zainstalowali pożyczony komputer PC w piwnicy budynku Narodowego Banku Polskiego. Jerzy Dryndos zarobione pieniądze od niemieckiej firmy za program do obsługi numerycznej szlifierki w tym samym roku przeznaczył na zakup dwóch komputerów PC XT, co dało początek . Jako takie bieda-firmy zaczynało wiele najbardziej znanych w polskiej branży IT marek - lata 90. były dla nich okresem fenomenalnego wzrostu, o czym zadecydował splot odwagi, wiary i talentów ich właścicieli oraz szczęścia, że byli na właściwym miejscu i we właściwym czasie.

Motyli drewnianych, Koników bujanych

Częścią historii jest oczywiście informatyka publiczna. W czasach, kiedy jeszcze nikt o reformie emerytalnej i systemie KSI ZUS nie myślał, wydano morze pieniędzy na duże centralne systemy rządowe. Przede wszystkim system Poltax, w przypadku którego słynny kontrakt z firmą Bull okazał się porażką kompletną i porażającą w głupocie i niekompetencji zawierających go decydentów (nie osiągnięto kompletnie nic i dopiero samodzielna praca informatyków Ministerstwa Finansów trwająca ponad dekadę pozwoliła w mocno ograniczonym zakresie zinformatyzować resort finansów).

Zdumiewające rzeczy działy się również w przypadku realizacji systemów Puls i Pomost, gdzie do dzisiaj nie ma zgody, czy projekt skończył się sukcesem czy całkowitą porażką. Jedni mówią, że właściwie nie wiadomo, czemu te systemy miały służyć, drudzy zaś, że systemy zostały zneutralizowane na skutek decyzji politycznych, gdy okazało się, że dane, które prezentują Puls i Pomost, dość dobrze obrazują to, o czym doskonale wiedzą zwolennicy wolnego rynku - że pomoc społeczna trafia w pierwszym rzędzie wcale nie do potrzebujących, lecz do cwanych i leniwych.

Tak czy inaczej, to co się działo z informatyką państwową z całą pewnością było przyczyną poważnego pogorszenia postrzegania przydatności IT w opinii społecznej. Niestety, administracja publiczna nie wyciągnęła żadnych praktycznych wniosków z tych wątpliwych przedsięwzięć i potrzeba było dopiero kilkunastu następnych lat, by w zauważalny sposób zmieniło się podejście władzy publicznej do realizacji przedsięwzięć informatycznych (przynajmniej istnieją przesłanki, by można mieć taką nadzieję).

Cukrowej waty

Rynek informatyczny przyciągnął różne osoby. Informatyków "informatycznych", jak chociażby Witold Staniszkis, właściciel Rodan System, było jakby mniej, większość stanowiły osoby przez przypadek związane z branżą. Umiejętność brylowania, robienia dobrego wrażenia starczyła na krótko. Czas sprawił, że dokonała się selekcja naturalna.

Rynek z tymi ludźmi obszedł się różnie. Jedni obecni są w branży również dzisiaj, z nostalgią chętnie wspominając, jak to było kiedyś. Inni, do których los się uśmiechnął, spieniężyli swój pierwotny sukces, sprzedając swoje udziały w stworzonych firmach, tak iż bez obaw mogli udać się na wczesną emeryturę, zajmując się albo prowadzeniem jakichś nowych przedsięwzięć bardziej już w hobbistycznych celach, albo też egzotycznymi podróżami po świecie, żeglarstwem, odbudową zniszczonego pałacu na Mazurach, czy innymi równie ciekawymi zajęciami. Z trzecią grupą czas obszedł się brutalnie, gdy rynek zweryfikował ich niewystarczające kompetencje i predyspozycje, gdy po latach bycia kimś - prezesem i władcą - strącił w nicość zapomnienia. Przez jakiś czas kręcili się wokół rynku, trochę siłą przyzwyczajenia, stopniowo tracąc czyjekolwiek zainteresowanie i towarzyskie koneksje. Nikt już ich nie potrzebuje, ale rozpacz tych odrzuconych niewątpliwie jest częścią historii polskiej branży informatycznej.

Trzeba pamiętać, że te burzliwe początki to również czas kształtowania się rakowatych narośli polskiej branży IT - korupcji, szczególnie w sektorze publicznym, zawodowej nierzetelności i zwykłego naciągnia klientów na niedopasowane czy niepotrzebne im produkty. Początkowy dynamizm w dużej mierze brał się wszak z tego, że wokół IT dość szybko udało się roztoczyć nimb tajemniczości i magii, dzięki czemu nawet średnio utalentowany handlowiec był w stanie w sposób zdumiewający robić w przysłowiowego konia prezesów czy dyrektorów w dużej części wówczas państwowych spółek.

I z piernika chaty

Dzisiaj wszystko się sprofesjonalizowało. Także prasa informatyczna. Gdy spojrzeć na łamy periodyków IT z początku minionej dekady, to wieje grozą. Amatorszczyzna, brak znajomości reguł rzemiosła, groch z kapustą, ale i wielki entuzjazm, pełne zaangażowanie, czasem wręcz żarliwa wiara skutecznie kryjąca braki wiedzy. Nikt tego by dzisiaj nie kupił. Ale to dobry materiał dla historyka. Taki właśnie był na początku cały rynek IT. Mówi się, że początkujący dostawca zawsze trafia na początkujących klientów. Tak było i wtedy. Wszyscyśmy się wiele przez te minione kilkanaście lat nauczyli.

Tygodnik Computerworld ma już 15 lat. Jego kolejne numery to żywe, namacalne świadectwo tego, jak rosła i jak zmieniała się nasza branża. I od jakiego miejsca zaczynała. W końcu nasz tygodnik jest trwałym elementem tego rynku. I oby tak zostało.


TOP 200