Klucz do dobrobytu

Wiele lat temu modne było hasło "Informatyka kluczem do dobrobytu". W owych czasach było to hasło zdecydowanie na wyrost; myślę że nawet obecnie ten klucz jest nie dopasowany, a czasem informatyka wręcz przeszkadza w zdążaniu do tego wymarzonego państwa powszechnego dobrobytu. Informatyzujemy się wszędzie. Wydajemy ogromne pieniądze z kasy publicznej nie sprawdzając, czy zakupione systemy są wogóle wykorzystywane. Każda firma ma już komputery i nawet jeśli są one wykorzystywane jedynie do gier, to szef firmy może dumnie powiedzieć, że zainstalował system informatyczny.

Wiele lat temu modne było hasło "Informatyka kluczem do dobrobytu". W owych czasach było to hasło zdecydowanie na wyrost; myślę że nawet obecnie ten klucz jest nie dopasowany, a czasem informatyka wręcz przeszkadza w zdążaniu do tego wymarzonego państwa powszechnego dobrobytu. Informatyzujemy się wszędzie. Wydajemy ogromne pieniądze z kasy publicznej nie sprawdzając, czy zakupione systemy są wogóle wykorzystywane. Każda firma ma już komputery i nawet jeśli są one wykorzystywane jedynie do gier, to szef firmy może dumnie powiedzieć, że zainstalował system informatyczny.

Gdyby jednak zapytać szefa firmy, jakie efekty ekonomiczne osiągnął z zastosowania tego systemu, jak system pomógł mu w zwiększeniu sprzedaży, przyspieszeniu obsługi klienta, czy choćby nawet zmniejszył stres pracowników - okaże się zapewne, że żadne takie wydarzenia nie miały miejsca. Czy więc system informatyczny był mu potrzebny?

Pomińmy prywatne firmy, które dobrze potrafią wyliczyć efekty, doceniają dobrą pracę i wiedzą, że należy kupować jedynie to co przyniesie wymierne efekty, jeśli nie natychmiast i na krótką metę, to w dalszej, ale widocznej perspektywie.

Jeżeli jednak szef jest z gatunku nawiedzonych maniaków informatyki, to pytania o potrzebę zakupu systemu informatycznego nie mają dla niego żadnego sensu. Zaniedba swą podstawową pracę poświęcając cały dzień na uczenie swej sekretarki trudnej sztuki programowania makro w Excelu, którą ćwiczy w wolne wieczory i soboty. Wprawdzie dane do arkusza bierze z sufitu, ale wyniki statystyczne ma opracowane poprawnie. Zakupi nowy pakiet oprogramowania dla całej firmy i zmusi biednych pracowników do używania go, nawet jeśli związane to będzie z koniecznością przestawienia się z dobrze opanowanego, przyjaznego choć nieco przestarzałego programu. Zakupi egzotyczny system sieciowy, który skutecznie zdezorganizuje pracę w firmie na długie godziny, bo szef zapomniał sprawdzić, czy nie gryzie się on z istniejącą infrastrukturą sieciową.

Taki szef firmy, maniak informatyki, znalazł się zdecydowanie w złym miejscu. Może powinien być szefem "działu informatyki" w jakiejś małej firmie, mającej trzy komputery i jeden program księgowy? Boję się jednak, że nikt go na takie stanowisko nie przyjmie, z powodu braku kwalifikacji informatycznych. Tymczasem jednak ma szanse zostać pełnomocnikiem ds. informatyki rejonowego urzędu, ministra turystyki egzotycznej czy urzędu ds. kangurów. Tam wykaże swą inwencję, zakupi wspaniałe systemy, wyda ogromne pieniądze na specjalistyczne analizy, których nawet on sam nigdy nie przeczyta i przejdzie na wyższe stanowisko, dające mu - wg jego własnych słów - "szersze pole do działania".

Wydaje mi się, że obecnie wspomniany klucz do dobrobytu często trafia w niewłaściwe ręce.


TOP 200