Kierunek: jedna sieć

''Obyś żył w ciekawych czasach'' - to sarkastyczne powiedzenie, wg którego życie w ciekawych czasach to synonim kłopotów, jak ulał pasuje do sytuacji, w jakiej znajdują się obecnie firmy telekomunikacyjne.

''Obyś żył w ciekawych czasach'' - to sarkastyczne powiedzenie, wg którego życie w ciekawych czasach to synonim kłopotów, jak ulał pasuje do sytuacji, w jakiej znajdują się obecnie firmy telekomunikacyjne.

Czasy teraz są rzeczywiście ciekawe. Zmienia się nie tylko otoczka prawna działalności telekomów, lecz przede wszystkim gwałtowne przyspieszenie rozwoju technologii sprawia, że możemy się komunikować na sposoby nie znane dotychczas.

Zarazem jednak nic nie jest już tak proste jak przedtem. Dawniej wszystko było jasne: gdy ktoś chciał się porozumieć z kimś na odległość, po prostu chwytał za telefon. Zarabiało się na usługach telefonicznych. Rozmowa lokalna kosztowała stosunkowo mało, międzymiastowa istotnie więcej, zaś międzynarodowa była horrendalnie droga. Gwarantowany prawnie monopol zapewniał spokojny żywot operatorom telekomunikacyjnym, którzy niezależnie od efektywności działania zawsze mieli spore dochody. Te złote czasy nieodwracalnie już się skończyły. Zmiany, które stopniowo przeniosły się praktycznie na cały świat, zapoczątkował sądowny podział koncernu AT&T w roku 1984 w Stanach Zjednoczonych.

Puste telefony

Wszystkie firmy telekomunikacyjne mają poczucie, że to, z czego żyły do tej pory, czyli świadczenie usług telefonicznych, nagle stało się dziedziną bez perspektyw wzrostu (co oczywiście nie oznacza, że telefonów nie będzie przybywać - rocznie bowiem instaluje się ich na świecie znacznie więcej niż wynosi liczba mieszkańców naszego kraju). Osławiona już "śmierć odległości" wywraca tradycyjny świat telekomów do góry nogami. Podstawowymi parametrami przestaje być dystans i czas świadczenia usług, ich miejsce zajmuje dostęp. Istotniejsze staje się różnicowanie jakości i możliwości wyboru usług.

Zmiana paradygmatu biznesu telekomunikacyjnego kończy czasy wygody działania w sprawdzonych warunkach, o przewidywalnych rezultatach. Teoretycznie wszystko jest nieporównanie tańsze (np. dzięki stosowaniu urządzeń pozwalających do maksimum wykorzystać łącza światłowodowe położenie jednej linii telefonicznej przez Pacyfik, które jeszcze ćwierć wieku temu kosztowało kilkadziesiąt tysięcy dolarów, wkrótce zmaleje do zaledwie kilku), ale i zarobić na usługach telekomunikacyjnych jest znacznie trudniej. Klienci bowiem zyskali możliwość wyboru - nie tylko operatora, lecz także metody i drogi komunikacji.

Firmom telekomunikacyjnym trudno o ucieczkę do przodu, trzyma je bowiem ogrom poniesionych do tej pory inwestycji. Mimo postępującej liberalizacji, o tym, jak jeszcze daleko telekomunikacji do gospodarki rynkowej, świadczy chociażby to, że ekonomiści powszechnie uważają już kosztowe modele cenotwórcze za przeżytek. Firmy telekomunikacyjne (zwłaszcza europejskie) lansując LRIC (długookresowe koszty przyrostowe) przy wzajemnych rozliczeniach (co jest o tyle ważne, że od tego zależy funkcjonowanie całego rynku usług telefonicznych) jako model jedynie słuszny, nie mogą się pogodzić z faktem, że poczynione wcześniej inwestycje miałyby okazać się w dużej mierze chybione, tj. zakładany czas amortyzacji infrastruktury miałby zostać gwałtownie skrócony za sprawą pojawienia się obecnie znacznie bardziej efektywnych rozwiązań. Najlepszym tego przykładem jest odejście w rozwiązaniach wykorzystujących protokoły sieciowe od powszechnej w tradycyjnej telefonii komutacji łączy. Jest to doskonale obrazowane zagrożeniem, jakie operatorom telefonicznym stwarza usługa VoIP (Voice over IP).

W wieku XIX nadanie przez ocean telegramu składającego się z kilkunastu słów kosztowało wg dzisiejszej siły nabywczej pieniądza kilka tysięcy dolarów! Dzisiaj wysłanie podobnego komunikatu przez Internet kosztuje ułamek centa, prawie nic. Zarazem jednak wartość całego rynku telekomunikacyjnego, wliczając sprzedaż usług i urządzeń, rocznie przekroczyła już bilion dolarów.

Telefon kolejowy

W wieku XIX, gdy koleje znajdowały się w fazie fenomenalnego wzrostu, był to jeden z najbardziej zyskownych biznesów na świecie. Inwestycje w firmy kolejowe przynosiły spore i prawie pewne zyski. Do czasu oczywiście. Pojawiła się bowiem pokraczna konstrukcja pojazdu C. Benza, wyposażona w silnik benzynowy, zwana samochodem. Później nastał wiek XX - wiek motoryzacji. Koleje fnkcjonują nadal, ale jest to działalność, której raczej trudno utrzymać się bez dotacji państwowych. Gdzie tam kolei do potężnych koncernów motoryzacyjnych. Ogólnie kolej to biznes mało ekspansywny, choć wszyscy wiedzą, że potrzebny. Do pewnego stopnia jesteśmy świadkami podobnych przemian w telekomunikacji. Wielcy operatorzy zauważyli już, że warto zainteresować się "samochodami" i porzucając zainteresowanie rozbudową "szlaków kolejowych", chcą zbudować podwaliny "przemysłu samochodowego". A tradycyjna telekomunikacja pozostanie, ale nie będzie budziła już niczyich emocji.

Trzeba znaleźć coś zupełnie nowego, a wymaga to od telekomów sporej gimnastyki, by dokonać radykalnej reorientacji strategii biznesowej. Do końca też nie wiadomo, jaki jest właściwy kierunek marszu. Wygra ten, kto będzie bardziej kreatywny i szybszy w dostarczaniu nowych usług - usług, których potrzebuje rynek. Niestety, nie jest do końca prawdą to, że podaż kreuje popyt. Świadczy o tym najlepiej coraz wyraźniej rysujące się niepowodzenie technologii WAP, której rynek najwyraźniej nie przyjął (z przyczyn dość łatwych do przewidzenia, czyli m.in. fatalnego interfejsu użytkownika).

Obecne dążenia firm telekomunikacyjnych, w tym UTMS, są więc w dużej mierze oparte na przypuszczeniach - ekstrapolacji obecnych trendów. Już dzisiaj duże firmy telekomunikacyjne kilkanaście procent swoich przychodów zyskują z działalności internetowej i transmisji danych. To obszar o największej dynamice wzrostu. Pytanie, czy ten trend się utrzyma. Ryzyko jest wielkie, o czym dobrze świadczy reakcja inwestorów giełdowych, którzy od marca ub.r. systematycznie coraz niżej wyceniają kursy akcji spółek telekomunikacyjnych (spadek ok. 50%).

Na pograniczu hazardu

"Robimy to, co uznajemy za najbardziej obiecujące. Jeśli się nie uda, skończy się to wielką klapą, ale przecież znajdziemy się wówczas w bardzo dobrym towarzystwie" - mówi Krzysztof Heller, prezes zarządu El-Net Regionalne Sieci Telekomunikacyjne. Pod tą wypowiedzią mógłby się podpisać chyba każdy prezes dużej firmy telekomunikacyjnej. Jeśli nie spełnią się prognozy o lawinowym wzroście zapotrzebowania na multimedialne usługi wymagające ogromnych przepustowości, to - z uwagi na wielkość poczynionych inwestycji (rozbudowa sieci światłowodowych, zakupy innych firm w celu koncentracji rynku czy 260 mld USD wylicytowanych do tej pory w przetargach na UMTS) - koncerny telekomunikacyjne czekają ogromne kłopoty. Już dzisiaj skala ich zadłużenia stanowi zagrożenie całej gospodarki.

Koncerny te, będąc dostawcami infrastruktury potrzebnej do realizacji różnych form biznesu elektronicznego, mogą wykorzystać swoje dwa zasadnicze atuty - możliwość dołączania do billingu klientów należności za transakcje zawierane drogą elektroniczną oraz łatwość dotarcia do klienta, z którym mają bezpośredni kontakt. Interesuje je oferowanie usług i pobieranie prowizji od usług świadczonych z wykorzystaniem ich sieci. Dlatego kluczowym zagadnieniem w rozwoju handlu elektronicznego będą umowy o współpracy zawierane między firmami telekomunikacyjnymi, świadczącymi usługi związane ściśle z infrastrukturą telekomunikacyjną, a innymi podmiotami, które te usługi będą mogły tak rozbudowywać, by przekształcać je w produkty handlowe. Produkty te to np. serwisy informacyjne, operacje bankowe i finansowe, wirtualne biura, rezerwacje miejsc i biletów, gry liczbowe, przewodniki, mapy i wszystko, co człowiek zdoła wymyślić, a inni zechcą kupić.


TOP 200