Jakiż ten Internet jest delikatny...

Internetowa sieć (w swojej wcześniejszej formie znana jako Arpanet) powstała po to, aby przerwanie łącza nie powodowało całkowitej utraty możliwości przesłania danych. Po kilkudziesięciu latach od czasu do czasu przekonujemy się, że odnośnie niezawodności nie osiągnęliśmy jeszcze stanu idealnego. Okazuje się, że wystarczy przeciąć kabel biegnący po dnie Morza Śródziemnego...

Chęć korzystania z otaczającego nas zewsząd Internetu wymaga od nas, abyśmy mieli do niego ciągły dostęp. Z tym radzimy sobie całkiem nieźle. Oczywiście, są różne miejsca na świecie, gdzie transfery mogłyby być szybsze, ale ogólnie i tak jest dobrze, a wszystkie niedociągnięcia są szybko poprawiane. Nad jednym - jako użytkownicy - wciąż nie mamy kontroli. Nigdy nie możemy mieć pewności, czy spełnione jest pierwotne kryterium, dla którego powstał Internet - czy sieć, do której jesteśmy dołączeni, rzeczywiście ma drugie, redundantne łącze, które pozwoli nam na kontynuowanie połączenia w przypadku awarii.

Jakiż ten Internet jest delikatny...

Schemat sieci Arpanet z marca 1977 r. (kliknij aby powiększyć)

Problem ten dotyczy wielu firm, ale jak się też okazało niedawno - wielu krajów. Niewiele firm korzysta z dwóch, całkowicie niezależnych od siebie łączy internetowych doprowadzonych do budynku, nie mówiąc już nawet o zdublowanych rozdzielnicach telefonicznych. Zaś te firmy, które zainwestowały w podwójne łącza, często w pewnym momencie łączą je w jedno - wewnątrz tej samej fizycznej infrastruktury. A nawet tam, gdzie zapłacono firmie telefonicznej za całkowite rozdzielenie tych dwóch internetowych infrastruktur od siebie, to i tak w najmniej odpowiednim momencie okazuje się, że zawsze ktoś wybierze drogę "na skróty", przesyłając oba sygnały tym samym przewodem.

Brak takiej redundancji w firmach, a tym samym - potencjalne zagrożenie niezawodności całego rozwiązania - wciąż zniechęca wielu ekspertów telekomunikacyjnych do potraktowania telefonii VoIP jako podstawowego rozwiązania telefonicznego w firmie. I to mimo że akurat tutaj mają zagwarantowaną pełną funkcjonalną redundancję (możliwość wykonywania rozmów telefonicznych) - w postaci telefonów komórkowych, które obecnie posiada praktycznie każdy pracownik firmy. Redundancja ta występuje w jednej z najdoskonalszych form - inne są urządzenia, kanały transmisji dźwięku i cała infrastruktura.

Jakiż ten Internet jest delikatny...

Lodówka firmy Samsung, która sama zamawia zakupy. Tu dopiero jest potrzebna redundancja...

Do jakiej refleksji o redundancji skłaniają wydarzenia z 31 stycznia, gdy przerwany kabel pod Morzem Śródziemnym całkowicie odciął od Internetu kraje Środkowego Wschodu i Południową Azję? Czy tam nie było zapewnionej redundancji? Owszem, była. Internet był dostarczany dwoma kablami, za które odpowiadali niezależni operatorzy. Problem w tym, że te kable leżały... obok siebie. Nie wiadomo co przecięło kable, niemniej dało to doskonały przykład jak zrealizowana w teorii redundancja okazała się zupełnie nieskuteczna w praktyce. We wspomnianym regionie operatorzy internetowi szybko musieli przełączać się na komunikację satelitarną.

Oczywiście to nie pierwszy i nie ostatni przypadek, gdzie łączność internetowa została naruszona przez przecięcie podwodnego kabla. Nieco ponad rok temu podwodne trzęsienie ziemi naruszyło dziewięć podwodnych kabli, odłączając na pewien czas od Internetu cały Daleki Wschód.

Oczywistym jest, że Internet jest już na tyle ważnym medium międzynarodowej komunikacji, że należy przykładać coraz większą wagę do uzyskania skutecznych redundantnych łączy - nie tylko teoretycznie, ale także praktycznie. Dawniej regulatorzy telekomunikacyjni powiedzieliby po prostu - "proszę to zrobić". Cenę takiej operacji przeniesiono by na abonentów i tyle. Ale dziś to już nie jest takie proste.


TOP 200