Jaki problem?

Problem roku 2000, a właściwie jego brak, spowodował dziwną sytuację, której nikt nie uwzględnił w harmonogramach ani w planach awaryjnych. Mimo że informatycy byli przygotowani do problemów związanych z nadejściem roku 2000, to nie wszyscy radzą sobie z wytłumaczeniem braku kłopotów z komputerami.

Problem roku 2000, a właściwie jego brak, spowodował dziwną sytuację, której nikt nie uwzględnił w harmonogramach ani w planach awaryjnych. Mimo że informatycy byli przygotowani do problemów związanych z nadejściem roku 2000, to nie wszyscy radzą sobie z wytłumaczeniem braku kłopotów z komputerami.

O tegorocznym sylwestrze informatycy nie wypowiadają się jednomyślnie. W różny sposób starają się odpowiedzieć na pytanie: "Dlaczego prawie nic się stało?" Stąd biorą się wątpliwości, czy po prostu nie było problemu roku 2000, czy też problem był, a udało się skutecznie mu zapobiec dzięki wzmożonym wysiłkom i pokaźnym inwestycjom. Specjaliści przybierają różne postawy:

Informatyk zwycięzca

To zdecydowanie najczęściej spotykana postawa. Większość informatyków, którzy od dawna intensywnie testowali i poprawiali systemy, gromko obwieszcza dziś zwycięstwo zespołowego działania. Podkreśla ogólnoświatowy charakter projektu roku 2000. Ci informatycy liczą na gratulacje od zarządu i noszą głowy wysoko. "Nic się nie stało, bo udało nam się wszystko naprawić" - mówią z dumą.

Informatyk wiedzący lepiej

Informatycy należący do tej grupy chętnie przypominają, iż od początku wiedzieli, że problem jest zbyt nagłośniony. Zajmowali się usunięciem błędów w sprzęcie i w oprogramowaniu, ale zawsze realnie oceniali zagrożenia. Do podejmowania zbędnych wysiłków zmuszała ich presja środowiska, kierownictwa, współpracowników itd. Często pytają: kto za tym wszystkim stoi i kto na tym skorzystał? Problem wymyślili konsultanci, dziennikarze, prawnicy i firmy informatyczne - sami sobie odpowiadają.

Informatyk cwaniak

Niektórym się udało. Przed zbliżającym się rokiem robili niewiele. Teraz, kiedy wiadomo, że nic się nie wydarzyło, w pierwszych dniach stycznia podbudowują swoją pozycję, wysyłają wszem i wobec oświadczenia o szczęśliwym przejściu krytycznej daty i zgrabnie omijają trzecią i czwartą fazę każdego projektu - szukanie winnych i karanie niewinnych. Przechodzą do fazy nagradzania tych, którzy z projektem nie mieli nic wspólnego.

Informatyk refleksyjny

Zdarzają się też tacy kierownicy projektów roku 2000, którzy nie wierzą w to, że brak awarii wynika wyłącznie z dobrego rozpoznania problemów. Zastanawiają się w głębi ducha, dlaczego właściwie nic się nie stało. Trochę ich martwi brak problemów u konkurentów, bo gdyby doszło do chociaż jednej spektakularnej awarii, łatwiej byłoby się wytłumaczyć przed współpracownikami, zarządem, rodziną z kosztownych i czasochłonnych przygotowań. A tak pozostały wątpliwości.

Niezrozumiały sukces

Zamilkły listy dyskusyjne, tętniące życiem jeszcze kilka godzin przed krytyczna datą, i milczą już od kilku dni w oczekiwaniu na "oficjalną wykładnię" braku katastrofy. Nie wiadomo, od kogo miałaby owa wykładnia pochodzić, bo autorytety zrezygnowały ze swej roli, składając stosowne oświadczenia na swoich stronach internetowych lub na łamach prasy. Dziennikarze na całym świecie, chyba najbardziej zdezorientowani, w pierwszy styczniowy poniedziałek przenieśli temat roku 2000 ze strony 1 na 21 i pilnie czytają teksty konkurencji, poszukując natchnienia i śladów spójnego stanowiska. Jak było naprawdę? Czy rzeczywiście wszystkie przedsiębiorstwa świata weszły w rok 2000 bezproblemowo po przeprowadzonych z sukcesem projektach dostosowawczych?

"To, że problem nie wystąpił, jest sukcesem ogólnoświatowego projektu roku 2000" - stwierdza Jaromir Pelczarski, dyrektor Departamentu Informatyki Pierwszego Polsko-Amerykańskiego Banku w Krakowie. "Na końcowe wnioski trzeba jeszcze trochę poczekać, ale wygląda na to, że wielka akcja propagandowa zrobiła swoje, większoś-ci przedsiębiorstw udało się dobrze przygotować do roku 2000" - mówi Lech Barszczewski, główny informatyk Polskiego Koncernu Naftowego SA w Płocku. "W projekty roku 2000 zostały zainwestowane ogromne pieniądze, które w tej chwili procentują" - przyłącza się Ernest Hęciński, kierownik Działu Informatyki ABB Dolmel Ltd we Wrocławiu.

Trudno jednak uwierzyć, że dokładnie wszystkie przedsiębiorstwa na całym świecie, od Nowej Zelandii po zachodnie wybrzeże Stanów Zjednoczonych, zdołały profesjonalnie zorganizować swoje przygotowania do roku 2000.

Sukces takich przedsięwzięć nie jest wyłącznie efektem poświęcenia zasobów finansowych, ale również czasu, dostępnej wiedzy i poziomu organizacyjnego. W niektórych branżach przygotowania były wymuszane odgórnie, np. w sektorze bankowym przez komisje nadzoru bankowego, w przypadku spółek giełdowych przez komisje giełdy i papierów wartościowych, w wojsku przez NATO i resortowe sztaby antykryzysowe. Przedsiębiorstwa prywatne, zwłaszcza większe, podejmowały niezbędne działania w trosce o własny wizerunek w stosunkach z partnerami handlowymi. Nie wszędzie jednak takim naciskom podlegała choćby administracja państwowa. Nie wszędzie także, niezależnie od nacisków, zdołano znaleźć pieniądze na inwestycje. A jednak rok 2000 nie tyle wkroczył z hukiem, ile przeszedł na palcach. Cisza w elektrowniach atomowych na Wschodzie, cisza w małych i średnich firmach na Zachodzie. W Polsce administracja i energetyka działają jakby nigdy nic.

Zdaniem Borysa Czerniejewskiego, dyrektora Departamentu Informatyki Komitetu Badań Naukowych, problemy nie ujawniły się, ponieważ szczególnie na Wschodzie w warunkach częstych awarii przechodzenie na sterowanie ręczne jest na porządku dziennym i znacznie lepiej niż gdzie indziej sprawdzone są tam plany awaryjne. Większość przedsiębiorstw wolała pewnie ukryć ewentualne awarie systemów, jeśli ich skutki nie byłyby natychmiast widoczne dla odbiorców ich usług.

Temat nie zamknięty?

Szukając innych wyjaśnień, informatycy stwierdzają ostrożnie, że temat nie jest jeszcze zamknięty i wiele skutków problemu roku 2000 ujawni się najprawdopodobniej w ciągu pierwszego miesiąca, kiedy będą dokonywane pierwsze rozliczenia transakcji w bankach, na giełdzie, w obrotach handlowych, wystawiane będą rachunki za usługi telefoniczne czy komunalne, kiedy rozpędzi się cała machina biurokratyczna.

Specjaliści z firm programistycznych argumentują, że w pierwszym okresie ujawniają się głównie błędy związane ze sprzętem komputerowym i systemami operacyjnymi, które były najłatwiejsze do przetestowania i zmodyfikowania, a dodatkowo ciężar testów spoczywał na dostawcach. W tych obszarach standaryzacja jest bardzo daleko posunięta i błędy łatwo jest usunąć poprzez zakup nowego serwera czy zainstalowanie zestawu poprawek dostarczanych zazwyczaj bezpłatnie.

"Problemy pojawią się w bazach danych i w warstwie aplikacyjnej. Występuje tu dużo większa różnorodność rozwiązań i producentów. Ewentualne błędy będą ujawniać się w momencie przetwarzania danych z bieżącego roku i lat poprzednich. Szczególnie niebezpiecznym źródłem problemów może być obszar integracji poszczególnych warstw systemu oraz współdziałanie aplikacji" - mówi Andrzej Walukiewicz, zastępca dyrektora pionu produkcji oprogramowania Prokom Software SA. Szczególnie producenci starszych aplikacji przyznają, że czasem sami nie do końca potrafili zdefiniować zagrożenia mogące kryć się w ich oprogramowaniu.

Bańka informatyczna

W poszukiwaniu rozwiązania tej zagadki: "Dlaczego nic się nie stało?" łatwo jest dojść do wniosku, że problem został wyolbrzymiony i w efekcie firmy poniosły zbyt wysokie koszty dostosowania swoich systemów. "Nie da się zanegować tego, że problem istniał. Pytanie brzmi, czy poprawnie została oceniona skala zagrożeń i ryzyka" - mówi Ernest Hęciński z ABB Dolmel. "Nie mogliśmy przewidzieć wszystkich skutków problemu roku 2000. W grę wchodziła jakość obsługi klientów, prestiż, który mógł zostać bardzo nadszarpnięty w przypadku pojawienia się jakichkolwiek problemów" - mówi Dariusz Adamowski, dyrektor Departamentu Informatyki i Telekomunikacji Kredyt Banku PBI w Warszawie.

Większość dyrektorów działów informatyki, szczególnie z sektora bankowości i telekomunikacji, przyznaje, że rzeczywiście decyzje o pewnych inwestycjach były podejmowane nieco na wyrost, dla świętego spokoju i całkowitej pewności lub ze względu na brak wiedzy pozwalającej szczegółowo określić zagrożenia. Nie ma chyba firm, które sprawdzały kod źródłowy linijka po linijce w każdej aplikacji. Na rynku szybko pojawiły się pakiety narzędziowe przeznaczone do testowania programów. Symulowały działanie programu w wyniku przestawienia daty. Pojawienie się błędów w jakiejś części systemu było często przyczyną decyzji o wymianie całej aplikacji. Dzisiaj niektórzy informatycy przyznają, że wiele takich narzędzi dawało błędne komunikaty, mylnie wskazując błędy, których w istocie nie było.

Nikt jednak nie uważa nawet nadmiernych inwestycji w modernizację informatyki w przedsiębiorstwie za stracone. Projekty roku 2000 umożliwiły uporządkowanie zasobów, ich inwentaryzację, ujednolicenie wersji oprogramowania i uproszczenie w ten sposób zarządzania całym systemem. Kompleksowo testowano systemy informatyczne, wykrywając przy okazji wiele błędów nie związanych z rokiem 2000, ale z bezpieczeństwem czy ustawieniem parametrów zapewniających optymalne funkcjonowanie systemu. Zdaniem większości informatyków, przejście na nową wersję aplikacji czy zakup serwera było postrzegane przez zarządy firm i działy informatyki jako przyspieszenie decyzji, które i tak powinny zostać prędzej czy później podjęte. Czasem wymiana jednego programu była impulsem do przejścia na system zintegrowany, aktualizacja wersji prowokowała do poszerzania funkcjonalności. "Było to może sztucznie wywołane, ale pozytywne ożywienie gospodarki" - mówi Borys Czerniejewski z KBN.

Cenna nauka

W prawie wszystkich dużych firmach powstały sztaby antykryzysowe, stworzone zostały od podstaw lub odświeżone procedury awaryjne, opracowano metody alternatywnej komunikacji. Z tych ostatnich i towarzyszących im zakupów sprzętu telekomunikacyjnego cieszą się wojsko, policja czy straż pożarna, które w każdym momencie mogą stanąć w obliczu innej sytuacji kryzysowej i konieczności zapewnienia sprawnej akcji ratunkowej.

"To była prawdziwa akcja antykryzysowa, generalna mobilizacja. Doświadczenia te bardzo przydadzą się w przyszłości" - mówi Lech Barszczewski. Przeprowadzenie projektów informatycznych na tak dużą skalę przyczyni się zapewne do szerszego upowszechnienia metodyki prowadzenia projektów, powstania nawyków systematycznego myślenia i pracy. Być może użytkownicy nie będą już z taką beztroską podchodzili do problematyki zarządzania zmianami w oprogramowaniu, kodem źródłowym, tworzenia dokumentacji umożliwiającej prześledzenie kolejnych przemian standardowego pakietu.

Panuje opinia, że projekty przysłużyły się informatyce, tworząc dla niej zdecydowanie lepszy klimat w przedsiębiorstwach. "Teraz trzeba iść za ciosem, pokazywać kolejne obszary, w które należałoby zainwestować" - mówi Zbigniew Chwaliński, dyrektor Biura Informatyki Komendy Głównej Policji. Niestety, niektóre przedsiębiorstwa czują się w tej chwili zwolnione z inwestowania w informatykę przez następnych kilka lat. Inne czekały jednak z inwestycjami do chwili, w której problem milenijny będzie już za nami. Dotyczy to szczególnie najnowszych technologii internetowych w firmach, które na informatykę tradycyjnie przeznaczają wysokie budżety.

Jak Kuba Bogu...

Projekty roku 2000 pokazały, jak bardzo użytkownicy systemów informatycznych uzależnieni są od ich producentów i dostawców. Zdaniem jednego z szefów działów informatyki, większość przedsiębiorstw nie była w stanie własnymi siłami przetestować systemów pod względem bezpieczeństwa, poprawności działania, zgodności z rokiem 2000, ponieważ nie zna ich wystarczająco dobrze. Tym samym lepiej było oddać się w ręce dostawcy lub firmy konsultingowej, którzy - wyczuwając koniunkturę - wystawiali słony rachunek za audyt. Czas naglił, trudniejsze więc i mniej korzystne dla użytkownika były negocjacje z firmą informatyczną. Zagrożenie chyba minęło, powinno to wpłynąć na zmianę zasad współpracy dostawców z użytkownikami.

Niektóre firmy uważnie obserwowały zachowania swoich dostawców. Ci, którzy usiłowali na problemie roku 2000 ewidentnie zarobić, nie poczuwając się do odpowiedzialności za prawidłowe działanie swoich produktów, nierzadko trafiali na czarną listę.

Co z informatykiem?

Powstaje pytanie, jak brak znaczących skutków problemu roku 2000 odbije się na wizerunku zawodu informatyka. Za oceanem już słychać głosy krytyki, że to informatycy są winni całemu zamieszaniu, rozsiewaniu paniki, napędzaniu inwestycji we własny dział pod pozorem korygowania wcześniejszych błędów. W Polsce informatycy są jednak zdania, że brak poważnych awarii przyczyni się do zwiększenia prestiżu zawodu. "Na początku wszyscy obwiniali nas, że nie mamy pojęcia o dziedzinie, którą się zajmujemy, skoro dopuściliś-my do możliwości powstania takich komplikacji. Skoro wszystko zakończyło się pomyślnie, to dowód, że jednak jesteśmy coś warci" - śmieje się jeden z informatyków.

W polskim oddziale zagranicznego koncernu z branży FMCG informatycy celowo zostawili małą wydzieloną sieć komputerową, w której działał stary system operacyjny i nie zmodyfikowana aplikacja. Po przejściu przez krytyczną datę system się zawiesił i po próbach uruchomienia uniemożliwiał wprowadzenie dat z roku 2000. Informatycy w tej firmie mają teraz namacalny dowód: "Patrzcie, co by było, gdybyśmy nic nie zrobili".