Jak zostać informatykiem

Naiwni sądzą, że aby zostać informatykiem należy ukończyć odpowiedni kierunek studiów, ewentualnie studium policealne lub przyspieszony kurs obsługi komputera.

Naiwni sądzą, że aby zostać informatykiem należy ukończyć odpowiedni kierunek studiów, ewentualnie studium policealne lub przyspieszony kurs obsługi komputera.

Wielu takich absolwentów uważa się nawet za informatyków i z dyplomem w ręku oraz głębokim przekonaniem o własnej wartości udaje się na poszukiwanie pracy. Oczywiście, pracy godnej informatyka. Wysoko płatnej i o wysokim prestiżu. Mają do wyboru dwa rozwiązania. Albo zapukają do drzwi firmy typowo informatycznej, albo do dowolnej innej, odczuwającej potrzebę zatrudnienia eksperta komputerowego.

W tym drugim przypadku, kubeł zimnej wody wylewają mu na głowę już w pierwszych dniach pracy. Okazuje się bowiem, że szefowie-nieinformatycy oczekują od nich rozwiązania wszelkich problemów związanych ze wszystkim do czego używany jest sprzęt komputerowy. Taki zakładowy informatyk musi być plastykiem (projektowanie nagłówka papieru firmowego), księgowym (obsługa systemów finansowych), drukarzem (przygotowywanie ulotek)... No i oczywiście muszą mu być bliskie wszelkie zagadnienia związane z jego zawodem - od odwirusowywania komputerów, do administrowania siecią, od tworzenia dokumentów w edytorze tekstów, do zaprojektowania strukturalnych rozwiązań informatycznych. Nie wolno zapomnieć, że informatyk musi być również fachowcem od zarządzania.

Cała ta zabawa sprowadza się do prostego, i jak najbardziej banalnego, braku czasu na cokolwiek, poza bieżącym montowaniem prowizorek. Szefowie-nieinformatycy bowiem nie przyjmują do wiadomości prostego faktu specjalizacji i oczekują od informatyka cudów. Najlepiej bez wprowadzania jakichkolwiek zmian w strukturze firmy i oczywiście bez zabierania im cennego czasu. Taki młody adept wkrótce dochodzi do wniosku, że zamiast informatykiem został chłopcem do wszystkiego... Również do bicia. Nie da się bowiem zaprzeczyć, że jeśli system działa niewydolnie najwygodniej zrzucić winę na komputery, a tym samym na osobę za nie odpowiedzialną. System zaś nie może działać poprawnie bez współpracy zespołu.

Zupełnie inaczej przedstawia się ten problem w przypadku, gdy młody kandydat na informatyka udaje się do firmy komputerowej. Wówczas kubeł zimnej wody pojawia się już podczas rozmowy kwalifikacyjnej. Szefów-informatyków bowiem mniej interesuje dyplom, a bardziej rzeczywiste umiejętności poparte praktyką. Jeżeli praktyki brak, to w większości przypadków rozmowa kwalifikacyjna jest zarazem ostatnią. Taki świeżo upieczony teoretyk może co najwyżej liczyć na miejsce w magazynie sprzętu.

Można jednak wyobrazić sobie przypadek, w którym absolwent szukający pracy ma za sobą kilka lat praktyki. Wszak pracujący studenci nie są rzadkością w tej profesji. Wówczas szef-informatyk pyta o miejsca pracy, telefonuje do swoich kolegów szefów-informatyków i pyta o delikwenta.

Firmy komputerowe konkurują ze sobą w walce o klienta. Konkurują również w walce o pracownika. Zawodowa solidarność jednak istnieje i wymiana informacji o kadrze również. W tym miejscu dochodzimy do meritum. Jeżeli w poprzednich firmach ów młody informatyk zdobył sympatię szefa, to może liczyć na zatrudnienie. W przeciwnym razie, może sobie o tym pomarzyć.

Chciałem zakończyć ten felieton konkluzją, iż informatykami są ci, którzy znają odpowiednich ludzi, ale byłoby to bardzo smutne zakończenie. Może lepiej napisać, że ci, którzy zdobyli sobie uznanie. Ale jak zdobyć to uznanie, gdy nikt nie chce dać szansy nie sprawdzonej kadrze. Wydaje mi się, że należy pamiętać, iż nikt nie jest wieczny oraz sięgnąć pamięcią kilka bądź kilkanaście lat wstecz.


TOP 200