Jak wirtualizacja zmienia edukację

Wirtualizacja, czyli zastępowanie materii informacją, zmienia również oblicze sfery edukacji. Dotyczy to także szkolnictwa wyższego. Na znaczeniu zyskuje idea nauki otwartej. Jak będzie wyglądać szkoła w bliskiej przyszłości?

Nieuchronność zmian w systemie kształcenia to nie tylko efekt postulatów o charakterze finansowym. Istotna jest także presja pracodawców, żądających absolwentów z profesjonalną i zorientowaną na praktykę wiedzą. Atomy w naszym organizmie podlegają ciągłej wymianie, powodując, że w końcu, nawet w skali mikro, całkiem fizycznie, każdy z nas stopniowo staje się innym człowiekiem. Jest to proces nieustanny, podobnie jak proces ciągłego uczenia się.

Przełom jaki dokonał się w zarządzaniu produkcją po wprowadzeniu systemów „wytwarzania na czas” potrzebny jest również w dziedzinie kształcenia. Tu też system winien być tak zorganizowany aby człowiek otrzymywał "dokładnie na czas" wiedzę, która jest mu w potrzebna. Każda inna sytuacja oddala nas od optimum i powoduje, że wiemy zbyt dużo na temat problemów, których nikt przed nami nie stawia, albo też cierpimy na brak nieodzownych informacji. Rzecz jasna w przypadku systemów edukacji pojęcie „na czas” odnosi się do dłuższej perspektywy, rozumianej w kontekście ludzkiego życia.

Zobacz również:

Nie należy zatem popadać w skrajności i traktować pojęcia wiedzy tylko jako zbioru prostych danych przydatnych w praktyce. Wiedza to złożone informacje, ale i wzorce zachowań (paradygmaty) o charakterze społeczno-kulturowym, tzn. jej związki z doświadczeniami, przeżyciami, ze sferą emocjonalną, słowem z tym, co czyni nas w pełni ludźmi. Nie chodzi zatem o poszukiwanie „na siłę" elektronicznych alternatyw dla bezpośrednich czy pośrednich kontaktów człowieka z człowiekiem, ale o efektywne metody przekazywania i zdobywania wiedzy, niezbędnej dla sprawnego wykonywania ciążących na nas obowiązków, także zawodowych.

Znaczenie poszukiwania takich metod wynika choćby z faktu, że jesteśmy świadkami „wielkiego wybuchu w infosferze”, tworzącego nowe galaktyki danych, a siła tej eksplozji powoduje, że nieustannie skraca się czas połowicznego rozpadu wiedzy. Wiemy bowiem, że ilość światowych danych informatycznych rośnie wykładniczo. W roku 2025 możemy się spodziewać ok. 175 zettabajtów w skali planetarnej, wobec ok. 41 obecnie. 1 ZB to 1021 bajtów. Na wszelki wypadek warto już zapamiętać następną w kolejności jednostkę, jottabajt (1024 B).

Jednocześnie obserwujemy fenomen, który można by określić mianem eksternalizacji wiedzy.

Wiedza ludzkości staje się coraz bardziej „zewnętrzna" tzn. nieustannie przybywa jej na komputerowych nośnikach danych. Proces eksternalizacji zaczął się z chwilą wynalezienia pisma, ale obecnie mamy do czynienia z zupełnie innymi proporcjami. Poza tym biblioteka papirusów czy tradycyjnych książek jest o wiele lepiej ustrukturalizowana niż otaczający nas ocean rozproszonych w sieci informacji.

Ponadto niewystarczająca jest jeszcze pomoc wszelkiego rodzaju algorytmów szukających, mimo ich, nominalnie, dużej mocy. Są one raczej kołami ratunkowymi, pozwalającymi utrzymać się na powierzchni owego oceanu danych, podczas gdy my potrzebujemy jeszcze prawdziwych „batyskafów", umożliwiających zapuszczanie się w jego głębiny. Dość powiedzieć, że informacja ma zawsze charakter kontekstowy a ten wymyka się przecież aktualnym możliwościom nawet zaawansowanych aplikacji z obszaru sztucznej inteligencji.

Jak wirtualizacja zmienia edukację. Potęga wirtualizacji

Klasyczne metodyki kształcenia zakładają przekazywanie wiedzy poprzez bezpośredni kontakt nauczyciela z uczniem. Ideał ten objawia się wykładami dla większych audytoriów, ćwiczeniami w mniejszych grupach czy indywidualnymi konsultacjami. Całość uzupełniana jest zajęciami o charakterze laboratoryjnym, dyskusjami bądź samodzielną lub grupową pracą nad projektem czy dyplomem. Wymienione procesy odbywają się w materialnych ramach przestrzennych, wyznaczanych przez pomieszczenia konkretnych budynków, wraz z ich wyposażeniem. Kontakty między ludźmi mają tu więc charakter bezpośredni.

Technologie informatyczne, z wirtualizacją na czele, powodują, że fizyczne i charakterystyczne dla tradycyjnych systemów kształcenia granice, mogą być przekraczane. Właśnie to zjawisko przejawia się w postaci telenauczania czyli edukacji na odległość, także bez czasowych ograniczeń (rytmu dobowego).

Dialog między uczestnikami procesu nauczania może odbywać się za pośrednictwem poczty elektronicznej bądź wideokonferencji i czatów. Multimedialne i hipertekstowe materiały dydaktyczne mogą być przesyłane tą samą drogą, a agenci softwarowi mogą zostać użyci do automatycznego zbierania i uzupełniania pożądanych informacji. Istnieje możliwość korzystania z wirtualnego forum dyskusyjnego dla wymiany poglądów, np. aplikacje typu SharePoint (współdzielenia multimedialnych treści) a oprogramowanie do grupowego przetwarzania danych i dokumentów zwiększają możliwości pracy zespołowej.

W idealnym przypadku mamy do czynienia z synchronicznymi, w czasie rzeczywistym, formami telenauczania, połączonymi z możliwością swobodnego wyboru: czasu, miejsca i tempa uczenia się. Zalety nowych rodzajów nauczania mogą być także częściowo wykorzystane przy użyciu metod asynchronicznych – kursy korespondencyjne uzupełniane pomocami na nośnikach elektronicznych.

Dobrym przykładem „szkoły bez budynków” mogą być specjalistyczne szkolenia oferowane przez renomowane firmy w trybie 1:1 tzn. jeden nauczyciel kontaktuje się wirtualnie z jednym uczniem. W ten sposób np. nauczycielka angielskiego może kształcić na wysokim poziomie studenta w Polsce, nie ruszając się ze swojego amerykańskiego domu.

Forma, zakres i czas takich lekcji, są całkowicie elastyczne i zindywidualizowane.

Jak wirtualizacja zmienia edukację. Hiperwiedza

Istotne jest przy tym stosowanie hipertekstu jako podstawy nauczania. Takie hipernauczanie koresponduje bowiem z rozproszonymi strukturami wiedzy występującej często w formie języka hipertekstowego, charakterystycznego dla mediów internetowych. Z technologicznego punktu widzenia sam hipertekst jest rodzajem bazy danych, w której informacja posiada organizację niesekwencyjną opartą, na węzłach i połączeniach między nimi. Węzły to np. wyodrębnione fragmenty tekstu.

Jak wiadomo, poruszamy się między nimi uaktywniając połączenia, na przykład przez kliknięcie myszką wyróżnionego słowa czy piktogramu. W gruncie rzeczy hipertekst nie ma ani początku ani końca. Nie istnieje też jakiś z góry ustalony porządek przyswajania sobie takiej hiperwiedzy, tak jak to się dzieje podczas czytania zwykłej książki – z lewa na prawo i od pierwszej strony do ostatniej. Uczeń sam decyduje jak długo i jakimi drogami porusza się po hipertekstowym labiryncie. W wersji multimedialnej elementami hipertekstu są również dźwięki, filmy czy grafika – informacja przestaje być statyczna a zaczyna się „ruszać i mówić”.

Hiperwiedza posiada poniekąd zdolność tworzenia samej siebie – tekst pierwotny jakby przestaje istnieć, niknąc w gąszczu indywidualnych możliwości jakie daje żeglowanie po nim. Tak więc musimy się dopiero uczyć poruszania w tym labiryncie, przyzwyczajeni do „uroków” sekwencyjnego odbioru informacji. Z pewnością jednak się opłaci. Zdobywanie nowej wiedzy jest bowiem w znacznej mierze tworzeniem nowych połączeń między już posiadanymi elementami informacyjnymi.

Nasza wiedza ma też charakter „sieciowy” i forma hipertekstu jest dla jej przyswajania często bardziej odpowiednia niż media sekwencyjne. To dlatego tak ciekawe i popularne wśród uczniów i studentów stają się filmiki na portalach internetowych w plastyczny sposób tłumaczące napotkany w szkole problem. Praktycznie stają się one elektronicznymi korepetytorami a statystyczne trendy wskazują, że ich rola będzie rosła.

Jak wirtualizacja zmienia edukację. Świat bez uniwersytetów?

Czy w tej nowej sytuacji szkoły będą jeszcze potrzebne? Z całą pewnością, choć zmieniać się będzie ich rola a więc także znaczenie – paradoksalnie rosnące – nauczycieli. Społeczeństwo średniowieczne było „społeczeństwem danych” i taki też był ówczesny uniwersytet. Dziś mamy do czynienia ze „społeczeństwem informacji” (a więc informacyjnym) i stajemy się „społeczeństwem wiedzy”. W tym kontekście warto przywołać badania pokazujące kreatywność i efektywność funkcjonowania interdyscyplinarnych środowisk twórczo-technologicznych.

Nieprzypadkowo istnieje bowiem związek między ideami, które najpierw pojawiają się w dziełach artystycznych, stając się następnie natchnieniem dla inżynierów. Podczas kręcenia filmu „Raport mniejszości” w 2002 r. Steven Spielberg zatrudnił konsultanta z Massachusetts Institute of Technology, który później podjął pracę w firmie Microsoft nad projektem Surface – komputera w postaci interaktywnego stołu. Sprzęt pojawił się na rynku w roku 2008 (od roku 2012 pod nazwą PixelSense).

Z kolei „prototyp” rzeczywistości rozszerzonej, zwanej także rzeczywistością wzbogaconą, można dostrzec już w „Terminatorze” (1984 r.). Tytułowy cyborg odbiera ciągły strumień informacji z otoczenia, np. możliwe jest automatyczne skanowanie rozmiarów ubrań przechodniów. Słynne zdanie wypowiedziane przez Arnolda Schwarzeneggera, „I’ll be back“, okazało się prorocze: dziś aplikacje pokazane w filmie faktycznie wracają w postaci coraz powszechniejszych zastosowań praktycznych. Z kolei „Matrix” to już pomysł „twardej” rzeczywistości wirtualnej – tworzonej sztucznie i wyglądającej jak prawdziwa. W filmie zdecydowano się na jej najbardziej zaawansowany wariant – informacje przekazywane przez interfejs bezpośrednio do mózgu…

Pamiętajmy także, że studiować będzie coraz większa część społeczeństwa a to oznacza, że, przy koniecznym podnoszeniu się średniego poziomu studiów, mogą wzrosnąć różnice np. między „superuniwersytetami" a przeciętną szkołą wyższą, bardziej nastawioną na aktualne tendencje rynkowe. Owe różnice będą także występować między poszczególnymi kierunkami studiów czy wydziałami w ramach jednej uczelni; zjawisko to można zaobserwować już dziś. Nie do pominięcia w tym kontekście jest rola uczelni prywatnych. Jednak wszystkie uniwersytety, obok wirtualizacji, stają także przed wyzwaniami kolejnego megatrendu: nauki otwartej.

Jak wirtualizacja zmienia edukację. Otwarta nauka

Istotne zasługi dla propagowania tej idei ma organizacja Fundacje Społeczeństwa Otwartego. OSF już na początku bieżącego stulecia postulowała swobodny i bezpłatny dostęp do publikacji naukowych. W dokumencie zauważono, że propozycja darmowego korzystania z prac naukowych ze strony czytelnika nie oznacza, że naukowcy czy publicyści mają pracować „za darmo“. Wręcz przeciwnie, projekt otwartej nauki, wskazuje na konieczność godziwej zapłaty twórcom wiedzy, jednak bez obciążania tymi kosztami jej indywidualnego odbiorcy. Istotna jest tu zatem rola państwa i stosownych regulacji prawnych.

Jak obecnie wygląda bilans Otwartego Dostępu do prac naukowych? Statystyki są tu jednoznaczne ilościowo: już 1/3 prac naukowych jest dostępna w tym trybie a dynamiczna tendencja wzrostu pozwala oczekiwać, że w najbliższych kilku latach dotyczyć to będzie większości nauki. Precyzyjne wyliczenia są trudne choćby z uwagi na różne kryteria i klasy „otwartości“ publikacji. Również cytowalność prac otwartego obiegu jest znacznie większa niż zamkniętego. Przyjmując cytowalność wszystkich prac naukowych = 1, mamy współczynnik dla prac zamkniętych = 0,9 oraz 1,3 dla otwartych. Innymi słowy mówiąc: praca otwarta jest 44% częściej cytowana niż zamknięta. Z drugiej strony istnieje też niebezpieczeństwo komercjalizacji otwartości. Stąd inicjatywa krajowych agencji finansujących naukę pod nazwą cOALition S wspierana przez Komisję Europejską. Polskę reprezentuje w tym gremium Narodowe Centrum Nauki.

Jak wirtualizacja zmienia edukację. Plan S

Strategia wspierania otwartego dostępu do prac naukowych, powstałych ze środków publicznych, nosi nazwę „Plan S”. Litera „S” oznacza przy tym szybką i wręcz pozytywnie szokową terapię, usprawniającą dostęp do nauki (ang. science, speed, solution, shock). Główny punkt propozycji to swobodny dostęp do prac naukowych od roku 2021.

Czy to realny postulat? W środowisku naukowym zdarza się przecież słyszeć opinie typu: „napisałem książkę więc teraz zadeklaruję ją moim studentom jako lekturę obowiązkową i na tym zarobię.” Podkreślmy tu, że mówimy o pracach sfinansowanych ze środków publicznych. Czy faktycznie można zarabiać na pracach naukowych? Raczej nie. W praktyce postawa zamknięta jest mniej opłacalna niż otwarta.

Rozważmy prosty przykład. Profesor pisze książkę, dostając wynagrodzenie z publicznego grantu. Publikacja zostaje wyceniona na 100 zł za sztukę. Załóżmy dalej, że daną dziedziną interesuje się łącznie 100 profesorów. Tak więc książka zostaje kupiona przez 99 koleżanek i kolegów po fachu naszego autora. Przyjmijmy teraz, że otrzymuje on 10 złotych od każdego egzemplarza, co daje mu w sumie 990 złotych. Jednak każda z osób w profesorskim kręgu pisze podobnie wartościową, co do treści i ceny, książkę. Nasz profesor zechce te pozycje nabyć, co z kolei kosztuje go słone 9900 złotych. W efekcie jest „do tyłu“ na niemal 9 tysięcy. Podobne straty mają wszyscy w rozważanej grupie. Gdyby przykładowe osoby wzajemnie zrezygnowały z wszelkich opłat, nie poniosłyby żadnych strat z korzyścią dla upowszechniania nauki, bo znikają wówczas bariery finansowe.

Otwarta nauka to odmiana, z powodzeniem i coraz powszechniej stosowanego na świecie, pomysłu gospodarki wolnocłowej. Kiedy Stany Zjednoczone zaczęły „okładać” cłami towary jej europejskich partnerów w 1922 r., ci ostatni rewanżowali się Ameryce podobną „życzliwością”. Np. Francja podniosła cło na amerykańskie pojazdy z 45 do 100%. Obie strony na tym traciły. Te wojny celne uznawane są za jedną z istotnych przyczyn Wielkiego Kryzysu 1929-1933 i w konsekwencji II wojny światowej. Naukowy ruch otwartości, Open Access Movement, rozwija się od lat 90. XX w. a jego głównymi kanałami komunikacyjnymi upowszechniania wiedzy są czasopisma i otwarte repozytoria.

Ponadto występują w tym modelu również naukowe blogi naukowe czy internetowe laboratoria (e-laboratoria). Kompromisem między nauką „zamkniętą” a „otwartą” są wydawnictwa hybrydowe, czyli bezpłatny dostęp do treści online przy jednoczesnej, odpłatnej, ofercie w postaci papierowej. Takie rozwiązanie stosowane jest coraz częściej w Polsce np. w odniesieniu do prac monograficznych (habilitacji).

Wirtualna nauka to znaczny potencjał rozwojowy dla firm softwarowych, doradczych i menedżerów zarządzających projektami w przedmiotowej dziedzinie. Ci, którzy zaproponują tu przyjazne i efektywne standardy aplikacyjne i organizacyjne, zyskają dostęp do dużego i ciągle rosnącego rynku elektronicznych usług edukacyjnych.


TOP 200