Jak nie stracić twarzy?

Informatycy chcieliby wszystko zrobić doskonale. Tym trudniej jest im poradzić sobie w sytuacji, gdy system nie działa albo dochodzi o wycieku danych, które miały być chronione. Ale przecież z każdego zakrętu kariery można wyjść, stosując sprawdzone zasady.

O co najłatwiej w naszych czasach? – to pierwsze pytanie, od którego pewien znajomy specjalista od wizerunku zaczyna swoje szkolenia. Odpowiedź brzmi: Najłatwiej jest zrobić z siebie idiotę. Odpowiedź zawsze zaskakuje słuchaczy, ale czy w czasach wszechobecnego internetu powinna?

Kiedyś błąd, wpadka, kompromitujące wydarzenie, do którego doszło w pracy, znane było ograniczonej liczbie współpracowników i stawało się najwyżej przedmiotem rozmów podczas spotkań na papierosie czy na kawie. No, może jeszcze było rozważane przez zwierzchników, którzy podejmowali stosowne kroki. Podobna sytuacja w życiu prywatnym docierała do znajomych, krewnych i, w najgorszym przypadku, wieś się śmiała z delikwenta. W każdej sytuacji krąg odbiorców był ograniczony, więc i skutki kompromitacji były ograniczone i po jakimś czasie wypadały ze zbiorowej pamięci.

Zobacz również:

Współcześnie internet rozszerza krąg odbiorców i czas trwania do nieskończoności. Najdrobniejsza wpadka w jakiejkolwiek sferze za sprawą złośliwości otoczenia natychmiast trafia do sieci i staje się własnością publiczną. Z prawnego punktu widzenia możemy oczywiście protestować, żądać zdjęcia kompromitującego materiału ze stron internetowych, ale w praktyce mleko jest już rozlane. Jest jeszcze gorzej, wynalazek tzw. mediów społecznościowych sprawił, że każdy człowiek z najodleglejszego zakątka świata może stać się osobą publiczną, jeśli tylko zechce upowszechniać w sieci informacje ze swego życia – potrzebny jest tylko prąd i dostęp do internetu.

I wiele osób się staje, z upodobaniem nasycając konta na Facebooku, Twitterze czy Instagramie co głupszymi ilustracjami własnych kompromitujących wpadek. Wszystko z nadzieją, że np. zdjęcie ukazujące brak bielizny przy wysiadaniu z samochodu upodobni lokalną naśladowczynię do amerykańskiej celebrytki. I upodabnia, ale wyłącznie pod względem braku rozumu. A internet kocha wpadki, bo ludzie uwielbiają potknięcia innych. „Głupota ludzka nie zna granic”, „Ręce same opadają”, „Co za obciach (filmy!)” – to tylko trzy tytuły ze stron internetowych z jednego dnia, na których zamieszczone zostały zdjęcia i opisy bardzo nierozważnych, że się tak wyrażę, zachowań. Serwisy w całości poświęcone ilustrowaniu ludzkiej głupoty są najpopularniejszą częścią sieci i przynoszą największy dochód. Część materiałów tam zawartych trafia do sieci bez zgody przedstawianych postaci, wiele jednak jest wrzucanych przez samych bohaterów. O tempora, o mores!

Świadomość kryzysu

I pomyśleć, że dopiero niedawno pojawił się nowy w Polsce zawód specjalistów od sytuacji kryzysowych, którego zadaniem jest pomoc w niwelowaniu skutków różnego rodzaju negatywnych zdarzeń, jakie dostały się do strefy publicznej. Dziś ten zawód rozkwita. Żeby tylko część użytkowników internetu zdawała sobie sprawę ze skutków swojej niefrasobliwości. A powinna! Niejednokrotnie drobne na pozór wydarzenie przynosi skutki niszczące karierę, a czasami nawet życie. Kiedyś mówiło się: Słowo wylatuje skowronkiem, a wraca wołem. Teraz to raczej obraz, a nie słowo, i nie wraca wołem, ale całym stadem wołów.

Każdy chyba widział zdjęcia z konferencji prasowych, na których sportowiec, aktor, polityk, biznesmen czy inna znana osoba w nienagannym garniturze (w takich sytuacjach zawsze musi być garnitur) czyta starannie zredagowany komunikat: „Przepraszam wszystkich … nie chciałem wyrządzić szkody … zadośćuczynię … nie wiem, jak to się stało … jest mi przykro”. Pierwszym uczuciem, kiedy ogląda się taką scenę, jest ulga, że „nie mnie to dotyczy”. Tym razem. A jeśli następny przypadek będzie twój? Jeśli twój błąd, wpadka, kompromitujące wydarzenie będzie przekładać się na wizerunek firmy, w której pracujesz, i konsekwencje będą liczone w miliardach?

Mój ulubiony przykład to przypadek Amerykanki wspinającej się ku szczytom kariery zawodowej, która na prywatnym profilu na Twitterze opublikowała dowcipną – jej zdaniem – uwagę: „Lecę do Afryki. Mam nadzieję, że nie złapię AIDS. Żartuję, przecież jestem biała!”. Potem wyłączyła smartfon i wsiadła do samolotu. Jedenaście godzin później jej życie było zrujnowane. Została zwolniona z pracy i żadnej nie mogła znaleźć przez bardzo długi czas, a jej nazwisko stało się symbolem zakłamania białej Ameryki. Jeden z użytkowników Twittera napisał: „Sorry, Justin! Twoje ‘ćwierknięcie’ będzie żyło wiecznie”.

Wychodzimy z zakrętu

Ten przykład i setki innych pokazują, że nie trzeba być osobą publiczną, żeby nieistotna pozornie sprawa, drobny błąd zmieniły się w kompromitującą wpadkę, może niekoniecznie o skali tsunami, ale zawsze upokarzającą. Jak przeżyć upokorzenie i, co ważniejsze, jak zminimalizować skutki błędu?

1. Przygotuj plan działania. Odczekaj chwilę, spróbuj popatrzeć na wszystko z dystansem, wtedy pomyśl o planie rozwiązania problemu. Zaplanuj wszystkie możliwe kroki zanim podejmiesz działania. Kiedy już wydarzyło się coś złego czy kompromitującego i stało się to sprawą publiczną, pierwszym odruchem jest zaprzeczyć. Kłamstwo to zły pomysł. Sieć aż roi się od memów o politykach, którzy zaprzeczali, a internauci znaleźli dowody ich kłamstw. Nie warto zwlekać z przyznaniem się do winy. To najszybszy i najlepszy początek na drodze odzyskiwania reputacji i zaufania wobec ciebie. Niech odpowiedź pojawi się w tym samym medium, w którym kompromitujący materiał się ukazał. Niech będą też inne, jeśli sprawa zatoczyła już szerszy krąg. Jeśli to nie wystarczy, trzeba przygotować się na publiczne spotkanie z dziennikarzami czy w sieci, czy w realu.

2. Przygotuj swoją wersję tego, co się wydarzyło. Lepiej być tym, kto opowiada historię, niż tylko jej (negatywnym) bohaterem. Jeśli sam opowiadasz swoją historię, masz nad nią kontrolę (teraz mówi się: kontrola narracji). Jeśli robią to inni, historia zaczyna żyć swoim życiem i nie masz na nią wpływu. To opowiadający kształtuje przekaz, zacznij więc kontrolować swoją historię najszybciej, jak się da.

3. Weź odpowiedzialność. Odważne przyjęcie odpowiedzialności zawsze się opłaca. Jeśli popełniłeś błąd, nie wypieraj się go. Nikt nie oczekuje doskonałości, natomiast wszyscy cenią szczerość. Najgorszą rzeczą jest obwinianie innych za własne błędy. To jedynie eskaluje problem, który staje się coraz trudniejszy do rozwiązania. „To nie ja, to ona/on”. Po takim donosie mamy właściwie gwarancję, że opinia publiczna odwróci się od nas.

4. Każda sytuację kryzysową trzeba kiedyś zamknąć. Im dłużej ciągniesz historię, tym szersze kręgi zatacza. Kiedy wszystko jest już uczciwie powiedziane i zrobione, nadchodzi czas, żeby zamknąć problem.

5. Ucz się na własnym przykładzie. Przeanalizuj, co się stało, i pomyśl, jak uniknąć podobnych wpadek w przyszłości. Nie rozpamiętuj wiecznie swojego błędu, wszyscy je popełniają. Przychodzi czas, żeby sobie wybaczyć i ruszyć dalej.


TOP 200