Inwestując z namysłem i odpowiedzialnością

Projekt informatyczny tak naprawdę zaczyna się nie wtedy, gdy zostaje wybrane stosowne oprogramowanie, ale wtedy, gdy w przedsiębiorstwie ujawnia się nikła dotąd potrzeba edukacji biznesowej na wszystkich szczeblach zarządzania i na wszystkich stanowiskach pracy.

Projekt informatyczny tak naprawdę zaczyna się nie wtedy, gdy zostaje wybrane stosowne oprogramowanie, ale wtedy, gdy w przedsiębiorstwie ujawnia się nikła dotąd potrzeba edukacji biznesowej na wszystkich szczeblach zarządzania i na wszystkich stanowiskach pracy.

Informatyzacja jest bowiem przede wszystkim ukoronowaniem procesu odchodzenia od tradycyjnego sposobu funkcjonowania przedsiębiorstwa i zarządzania nim oraz procesem uczenia się nowocześniejszych metod kierowania i codziennej pracy. Nawet jeśli nikt - albo prawie nikt - jeszcze nie wie, że ta menedżerska i pracownicza edukacja doprowadzi do decyzji o informatyzacji - o jak najgłębszym objęciu systemami informatycznymi procesów i funkcji - już wówczas pracownicy firmy uczą się dokładnie tego, co nieuchronnie będzie wymagało wsparcia informatycznego: rachunku ekonomicznego, planowania, komunikacji międzyludzkiej i organizacyjnej, ustalania wspólnych celów, pracy zespołowej. Tego wymaga gospodarowanie w warunkach wolnego rynku. Ten proces zmiany myślenia o przedsiębiorstwie, o biznesie, o rynku, o pracownikach dotyczy nie tylko narzędzi zarządzania czy pracy, nie tylko celów, które stawia sobie firma, nie tylko budowania strategii biznesowej, ale głównie nastawienia do siebie jako pracownika, do swojego miejsca pracy, do swoich przełożonych, podwładnych i partnerów. Jest to przede wszystkim uczenie się myślenia o przedsiębiorstwie jako o pewnej wspólnocie.

Wspólnota interesów

Ta wspólnota pracownicza nie jest szczególną nowością w naszej powojennej historii. Wielkie bunty przeciw poprzedniemu ustrojowi brały swój początek z poczucia wspólnego losu załóg wielkich zakładów przemysłowych. Sama nazwa "Solidarność" na to wskazuje. Jednak ta nowa, dzisiejsza wspólnota ma mniej wymiar społeczny i etyczny, a bardziej ekonomiczny. Już łączy pracowników nie tyle wspólny los i wyznawane wartości, ile wspólny interes, aby przedsiębiorstwo trwało i rozwijało się, aby zachowywało i tworzyło miejsca pracy, aby wypracowywało zysk, który da się podzielić. To dzięki temu "wyrachowaniu" warto dbać, aby szef podejmował trafne decyzje, aby kolega na sąsiednim stanowisku otrzymał prawidłowe dane, aby dobrze zaplanować wykorzystanie maszyn, aby wszystkie czynności procesu były zgrane itd. Warto dbać o majątek firmy i starać się, żeby wszyscy dobrze wykonywali swoje zadania. Aby tak postępować, trzeba się swojej firmy i jej reguł biznesowych dobrze nauczyć oraz nauczyć się rozumieć pracę innych ludzi. Do uczenia się nieodzowna jest nie tylko dobra wola, ale też możliwość komunikacji. A zatem potrzeba wsparcia informacyjnego - narzędziami informatycznymi - jako pierwsza zasygnalizuje, że oto firma dojrzała do nowoczesnych rozwiązań biznesowych. Jej załoga chce się uczyć, ludzie chcą się rozumieć, a więc zapewne chcą współdziałać. Kompleksowa informatyzacja pojawi się wtedy jako nieuchronny postulat, jako warunek zrealizowania tego nowego modelu biznesu, a raczej współdziałania dla biznesu.

Jest to pewien paradoks społeczny, że na rynku można dopiero wtedy dobrze konkurować z rywalami, gdy wewnątrz przedsiębiorstwa osiągnie się jak najwyższą gotowość i umiejętność współpracy. Oczywiście, taki gładki, niezachwiany i logiczny proces uczenia się tej wewnętrznej integracji i powszechna mobilizacja są rzadko spotykane, w ogóle nieczęsto występują w polskich przedsiębiorstwach. Ale występują i można je podawać za wzór, co uwidocznią prezentowane przykłady.

Zamiast naciągacza partner

Dojrzewanie przedsiębiorstw do informatyzacji, rozumianej jako wszechstronne wsparcie komunikacji, a przez to biznesu, stanowi aspekt trwającego właśnie procesu unowocześniania polskiej gospodarki. Nie mniej ważne jest dojrzewanie branży informatycznej do sprostania temu rodzącemu się zapotrzebowaniu na partnerstwo. Jeszcze do niedawna jej oferta nie była ani poważna, ani rzetelna, ani powszechnie znana. Przedstawiciele dostawców informatycznych przybywali do fabryk, aby zrobić dobry interes na niewiedzy i źle pojętych ambicjach dyrektorów. Czasy takich praktyk w dużej mierze już minęły, ale po nich zostały pamięć i świadectwo przekazywane zarządom przedsiębiorstw wchodzącym na informatyczną ścieżkę przez menedżerów wcześniej doświadczonych nieodpowiedzialną działalnością branży informatycznej. Również dopiero od dwóch, trzech lat dostawcy mają coś konkretnego do zaoferowania przedsiębiorstwom poza komputerami, peryferiami i okablowaniem: zlokalizowane zagraniczne pakiety ERP, polskie oprogramowanie do wsparcia zarządzania, mniejsze systemy dla przedsiębiorstw, pakiety workflow, hurtownie danych, rozwiązania telekomunikacyjne, potrafią też zrobić system "na zamówienie", mają już wykształconą kadrę z praktycznym dorobkiem.

Ale najistotniejsza jest zmiana w mentalności szefów tych firm i ich podwładnych. Otóż do niedawna handlowcy oferowali drogie i skomplikowane oprogramowanie informując, że pozwoli ono przedsiębiorstwu zmniejszyć koszty i zaangażowanie kapitału obrotowego, zaoszczędzić na wydatkach na energię, surowce i materiały, a także powierzchnię magazynową itd. Sprzedawali produkt, który przedsiębiorstwo miało kupić, bo odczuwało potrzebę bardziej racjonalnego, oszczędniejszego gospodarowania, a jednocześnie sprzedawali go jak najdrożej, w jak najobszerniejszej wersji, z kosztownymi usługami i niekorzystnym rozłożeniem płatności, czyli nie licząc się z możliwościami finansowymi swojego klienta. Czyżby nie zauważali absurdu polegającego na tym, że nie można wymagać od klienta rozsądku i rachunku ekonomicznego jedynie w decyzji o stosowaniu informatyki, ale już nie przy kupowaniu konkretnego oprogramowania? Ta dysharmonia przez kilka ostatnich lat negatywnie wpłynęła na plany inwestycyjne przedsiębiorstw. Wstrzymywały się z zakupami, ponieważ nie traktowały jako partnerów dostawców informatyki. Dzisiaj zauważalny jest pewien przełom: firmy informatyczne zaczęły troszczyć się o pieniądze klienta, również te, za które kupuje on od nich licencje i usługi; proponują znacznie korzystniejsze warunki umowy, można z nimi negocjować. Ale też trzeba powiedzieć, że to są dopiero początki partnerstwa między dostawcami rozwiązań informatycznych a ich klientami.

Na dobrej drodze

Panuje przekonanie, że tylko przedsiębiorstwa, będące przynajmniej w połowie własnością kapitału zagranicznego, potrafią mądrze inwestować w informatykę, tylko one posiadają wzory pracy i zarządzania, które można z powodzeniem zinformatyzować. Otóż, to nie jest prawda. Międzynarodowe koncerny wnoszą - oprócz pieniędzy i technologii - wiele cennych i wcześniej nieobecnych wartości do naszej gospodarki, ale nie mają monopolu na rozsądek i mądrość. Są również polskie przedsiębiorstwa, które podejmują trud uczenia się i dostosowywania do światowych standardów biznesu i dobrze sobie z tym radzą. Jednak jest to przedsięwzięcie trudne, z uwagi na przepaść cywilizacyjną. Można też mieć nadzieję, że pozostanie im nawyk uczenia się, a sukces, który nie przyjdzie im łatwo, nie uśpi ich i nie wyda na pastwę konkurencji. A tym firmom, którym dobre wzory podano na tacy, może się to przydarzyć.

Obie opisywane firmy wybrały system uważany za najdroższy na rynku, ale kupiły go za takie pieniądze i w takim momencie, że zasadne jest oczekiwanie, iż inwestycja ta się zwróci. Nie kierowano się polską zasadą "zastaw się, a postaw się", tak jeszcze często pokutującą w naszej gospodarce, a zwłaszcza w zakupach informatycznych.


TOP 200