Internet z regulowaną misją

Rada Ministrów przyjęła projekt nowelizacji ustawy medialnej. To uzupełnienie unijnej dyrektywy audiowizualnej, której nie udało się wprowadzić do końca rok temu.

Wówczas skutecznie zmobilizował się front internautów protestujący przeciwko rejestracji serwisów internetowych i administracyjnego wykazu usług medialnych. Obecna wersja ustawy medialnej nie budzi już tak gorących emocji. Zrezygnowano z krytykowanych obowiązków rejestracyjnych. Natomiast niedoregulowane dotąd "świadczenie usług medialnych na żądanie", czyli wszelkich usług płatnych w internecie, np. video-on-demand, ma być objęte ustawowymi obowiązkami. Regulują one m.in. ochronę dzieci przed szkodliwymi treściami, lokowanie produktów reklamowych czy promowanie twórczości europejskiej. Wątpliwości co do zakresu podmiotowego ustawy ma rozstrzygać dopiero definicja "audiowizualnej usługi medialnej na żądanie". Ma ona dotyczyć wyłącznie świadczenia usług w ramach działalności gospodarczej.

Samoregulujące się serwisy online

Problem uregulowania - nieostrych pojęciowo - kwestii potencjalnego szkodzenia dzieciom poprzez nieodpowiednie dla nich treści powinien wspomagać mechanizm ustalania kodeksów dobrych praktyk, wprowadzony wcześniej do ustawy. To rozwiązanie z katalogu tzw. miękkich regulacji wciąż słabo zadomowione w polskiej praktyce prawnej. W polityce unijnej jest promowane od dawna w rozstrzyganiu problemów na technologicznie zmieniających się rynkach. W tym przypadku chodzi o kontrolowanie dostępu do treści, które powinny być zarezerwowane tylko dla dorosłych.

Mechanizmy samoregulacji powinny się sprawdzać także w innych rozstrzygnięciach technicznych lub organizacyjnych, bo centra kompetencji oddaliły się od urzędów. Bezpieczeństwo teleinformatyczne to ogólniejszy przykład, w którym państwo - z nierychliwym prawodawstwem - nie jest w stanie dostatecznie szybko reagować. Organ administracji właściwy w sprawach regulacji danego rynku powinien wkraczać też wtedy, gdy przedsiębiorcy nie są w stanie ustalić zadawalających rozwiązań. Projekt ustawy medialnej wprowadza w tym celu delegację do wydania stosownych rozporządzeń.

Mamy oczywiście - w kwestiach samoregulacji z pomocą kodeksów dobrych praktyk - również doświadczenia negatywne. Słynny Kodeks Haysa powstał w amerykańskiej branży filmowej w 1930 r., utrwalając na wiele lat nieco śmieszne, groteskowe z dzisiejszego punktu widzenia, reguły prewencyjnej filmowej samocenzury. Dzisiaj środowisko internautów dostaje alergicznej wysypki na samą wzmiankę o blokowaniu jakichkolwiek treści. Jednak nikt nie będzie negować, że dzieci nie powinny oglądać wszystkiego, do czego można się w internecie dogrzebać. Chodzi tu zresztą o najprostsze działania, np. obowiązek oznaczania niektórych kategorii treści czy stosowania zabezpieczeń technicznych, które utrudnią przypadkowy dostęp.

Pomijając aspekty emocjonalne różnych przekonań światopoglądowych czy mody na poprawność polityczną, skuteczność samoregulacji zależy od dojrzałości rynku i jego ważnych graczy. Operatorzy portali sami muszą tego chcieć. W kwestii walki z "mową nienawiści", do czego niedawno ponownie wezwał "Tygodnik Powszechny", wciąż niewiele udaje się zrobić, pomimo apeli autorytetów. Moderatorzy podobno wręcz boją się wycinać obraźliwe komentarze w obawie o spadek statystyk wejść na strony. Może w kwestii samoregulacji bezpieczeństwa dzieci będzie lepiej, a te ustalenia przetrą drogę dla innych postanowień kodeksów dobrych praktyk.

Samoregulacja to dla Polaków wciąż wyzwanie. Przykładowo, na rynku telekomunikacyjnym przyjęła się niefortunna praktyka zwalania na regulatora rynku postanowień administracyjnych w sprawach, które można by ustalić w uzgodnieniach biznesowych. To, że o zasadach współpracy operatorów telekomunikacyjnych prawie zawsze w końcu decyduje prezes Urzędu Komunikacji Elektronicznej, to po części bezpieczne lenistwo przedsiębiorców, którzy woleli nie brać pełnej odpowiedzialności za biznesowe negocjacje, a po części okazja do późniejszego krytykowania szczegółów urzędniczej twórczości i żądania zmian.

Misja dla urzędników

Całe szczęście, że porzucono absurdalny pomysł rejestrowania wszystkiego, co multimedialne w polskojęzycznym internecie. Czy urzędnicy będą jednak w stanie ogarnąć - w ramach innych, nabytych kompetencji - to, co się rzeczywiście dzieje w sieci z treściami multimedialnymi? Śmiem wątpić. Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji już wielokrotnie próbowała objąć swą władzą internet, tłumacząc, że używane tam środki przekazu stają się podobne do tego, co znamy z telewizji i - jak sama telewizja - zaczynają wykorzystywać doświadczenie multimedialnej interaktywności, którą daje szerokopasmowy internet.

Może jednak zamiast dopracowywać brzmienie i zakres definicji warto się zastanowić, czy KRRiT w obecnym kształcie w ogóle jest potrzebna. Powołanie Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji zapisano w art. 213 Konstytucji. Rada miała stać na straży wolności słowa oraz interesu publicznego w radiofonii i telewizji, której to wolności już właściwie nikt nie zagraża. Trudno uznać, na ile to zasługa regulatora rynku mediów. Urząd miał być niezależny od wpływu polityków. Ale to się nie udało. Zawsze był, jak mało który urząd, uwikłany w politykę, przede wszystkim w sprawach mediów publicznych. Z drugiej strony, jeżeli jest strażnikiem, to rynkowego oligopolu koncesjonowanych nadawców, strzegących interesów tego środowiska. Jeżeli ktokolwiek chce mieć prawo karcenia operatorów portali internetowych za ich działalność - do czego dąży ustawodawca w nowelizacji ustawy medialnej, planując przekazać te kompetencje KRRiT - to nie musi tego dokonywać urząd tak wysoko umocowany w strukturze państwa (czytaj: wpisany do Konstytucji).

Za obecny projekt nowelizacji ustawy medialnej odpowiada minister administracji i cyfryzacji, a nie, jak dotąd, minister kultury. To sygnalizuje zmianę podejścia, chociaż dzisiaj minister Michał Boni zapowiada, że w najbliższym czasie zmian w kwestiach publicznej radiofonii i telewizji nie będzie. Korzystając z rewolucyjnych rynkowo skutków cyfryzacji telewizji, szef resortu administracji i cyfryzacji wyraźnie zamierza jednak wyręczyć w dalszych inicjatywach kolegę z rządu, który już kilka razy pokazał, że nie rozumie skutków rozwoju technologii informacyjnych.