Internet z prądem

Między naszymi komputerami a zasobami Internetu znajdują się łącza należące do, często państwowych, monopolistów. Czy tak musi być zawsze? Nowe technologie telekomunikacyjne pozwalają na budowę sieci informatycznych bez oglądania się na przestarzałą infrastrukturę i nieelastyczne przepisy prawne.

Między naszymi komputerami a zasobami Internetu znajdują się łącza należące do, często państwowych, monopolistów. Czy tak musi być zawsze? Nowe technologie telekomunikacyjne pozwalają na budowę sieci informatycznych bez oglądania się na przestarzałą infrastrukturę i nieelastyczne przepisy prawne.

W gruncie rzeczy należy się dziwić, że przeszło wiek po edisonowskiej żarówce i ponad pół stulecia po pierwszych komputerach, dopiero teraz obie technologie integrują się, nie tylko w wymiarze energetycznym (zasilanie komputerów), ale i informacyjnym. A przecież i elektryczność, i informatyka bazują na podobnych zjawiskach fizycznych, związanych z ruchem elektronów. To prawda, że analiza ilościowa tych zjawisk w obu dziedzinach wskazuje na istotne różnice. Elektryk czerpie z gniazdka prąd o wartościach mogących, dosłownie, zwalić człowieka z nóg. Informatykowi zaś wystarczą ułamki woltów na nóżkach układu scalonego, aby mógł rozróżniać między logicznymi jedynkami a zerami.

Owe plastyczne porównania mają dać przedsmak trudności, jakie napotykają technicy, chcący mieszać dość toporny i analogowy ładunek energii elektrycznej z delikatnymi, cyfrowymi nośnikami informacji:

  • zmienne wartości impedancji i współczynników tłumienia sygnałów w różnych miejscach sieci i ich wpływ na jakość transmisji;

  • wszechobecność sygnałów zakłócających, pochodzących od urządzeń pracujących pod napięciem;

  • różnice w szczegółowych normach poszczególnych państw;

  • wysokie koszty specjalistycznych urządzeń do przesyłu danych.

    Z kolei u początków informatyki nie zastanawiano się nad sieciami komputerowymi. Kiedy zaczęto je tworzyć, rozwiązaniem naturalnym wydawało się specjalistyczne okablowanie. I tak zostało do dziś. Osobną kwestią jest tzw. ostatnia mila, czyli odcinek Internetu kończący się na biurku jego użytkownika. Tu postawiono na łącza telefoniczne, choć nie brakuje innych możliwości - wymieńmy choćby telewizję kablową czy łączność satelitarną. Czy Internet można łączyć z prądem?

    Napięcie rośnie

    Od dziesiątek lat świat jest opleciony fizycznie istniejącą siecią, którą znajdziemy wszędzie tam, gdzie dotarła ludzka cywilizacja - niemal w każdym budynku i każdym pomieszczeniu. Mowa, oczywiście, o sieci elektrycznej. I cóż z tego w kontekście komputerowym? Rzecz w tym, że od lat 20. ubiegłego stulecia przedsiębiorstwa energetyczne wykorzystują te sieci także do przesyłania informacji, a nie tylko prądu. Elektryk wzruszy tutaj ramionami, gdyż cała ta technologia przypomina XIX-wieczny telegraf, który zresztą nadaje w jednym kierunku prostym kodem (pojedyncze bity na sekundę) i wymaga podłączania specjalnych urządzeń do linii energetycznej.

    Faktycznie, technika modulacji niskiej częstotliwości, o której mowa, została opatentowana jeszcze w roku 1898. Trzydzieści lat później pojawiły się nowocześniejsze rozwiązania wysokiej częstotliwości. Istnieją wszakże koncepcje, które dają większą przepustowość. Według norm CENELEC (Europejski Komitet Standardów Elektrotechnicznych), możliwe są prędkości przesyłu do 2400 b/s. To o rząd wielkości mniej od wydajności współczesnych modemów. Tyle wystarczy np. dla systemów alarmowych, ale nie do multimedialnych zastosowań, chyba że interesuje nas tzw. grafika żółwia (dosłownie). Praktyka pokazuje jednak, że możliwe są też szybkości transmisji w zakresie megabitów na sekundę.

    Oczywiście, stało się to impulsem do działań na szeroką skalę dla koncernów energetycznych. Nic dziwnego. Molochy, kojarzone z tradycyjnymi, przemysłowymi technologiami, nagle stają się innowacyjne w zakresie teleinformatyki. Wizja sprzątnięcia sprzed nosa milionów internautów, dostających niestrawności na widok "kablowego spaghetti", telekomom czy telewizjom jest dla przedsiębiorstw energetycznych niezwykle kusząca. Czy realna?

    Mocna linia

    Przełomem był tu CeBIT Ő99. Wtedy to kanadyjski Nortel zaprezentował technologię o nazwie Powerline, umożliwiającą przesyłanie danych siecią zasilającą z prędkością ok. 1 Mb/s. Od tego czasu powstało wiele wariantów tej technologii. I choć to dopiero jej początki, to liczba internautów podłączonych przez sieci energetyczne liczona jest w tysiącach i szybko rośnie. Z takich rozwiązań korzystają już Brytyjczycy, Skandynawowie i Niemcy. I tak u naszych zachodnich sąsiadów w Mannheim, elektrointernetyfikacja jest wdrażana przez spółkę miejscowych firm MVV i izraelskiej [email protected] Z kolei w Zagłębiu Ruhry koncern RWE korzysta z modemów szwajcarskiego Ascomu.

    Siemens natomiast proponuje przesyłanie danych i prądu aż do komputera jednym kablem. Jest to oczywiście bardzo komfortowe rozwiązanie z punktu widzenia użytkownika: gniazdo elektryczne jest jednocześnie gniazdkiem internetowym. Nie trzeba dodawać, że oznacza to możliwość korzystania z Internetu w każdym pomieszczeniu mieszkania, bez dodatkowego okablowania. W rozwiązaniach modemowych należy je połączyć z przetwornikiem (terminalem) usytuowanym przy liczniku energii elektrycznej. Stamtąd droga wiedzie już do źródła danych internetowych, czyli do... elektrowni.

    Niezależnie jednak od opcji technicznych, dla każdego użytkownika głównym pozostaje jedno pytanie: ile to kosztuje? Owszem, plątanina kabli jest denerwująca, ale nigdy nie aż tak jak wysokość płaconych rachunków. W końcu w nowoczesnym budownictwie wyposaża się wiele pomieszczeń jednocześnie w gniazdka telefoniczne bądź telewizji kablowej, a rozmowa telefoniczna z wykorzystaniem aparatów podłączonych do wewnętrznej centralki jest bezpłatna. A dla tych, którzy za wszelką cenę chcą uniknąć kładzenia dodatkowych kabli, jest także możliwy bezprzewodowy przesył danych, podobnie jak w telefonach bezprzewodowych.

    Cena elektrointernetyfikacji

    Modele taryfowe elektrointernetu zasadniczo różnią się od klasycznych. W tych ostatnich płacimy za czas połączenia z Internetem niezależnie od tego, co w tym czasie robimy we wszechsieci. W szczególności, niezależnie od tego, ile danych transmitujemy. W takim modelu płacimy tym mniej, im szybsza jest sieć. W elektrointernecie czas połączeń nie ma znaczenia. Płacimy tylko za ilość transmitowanych informacji. A zatem godzina zwykłego surfowania po sieci i przeglądania serwisów giełdowych będzie znacznie tańsza niż te same "60 minut na godzinę" intensywnego ściągania megabajtowych plików MP3.

    Typowy internauta nie zastanawia się, ile danych przesyła w sieci. Z reguły jest ich o rzędy wielkości mniej na drodze "od siebie" (up-link) niż "do siebie" (down-load). Rzecz to zrozumiała. Ile danych wysyłamy do usługodawcy, inicjując sesję ze stroną internetową? Zaledwie kilka bajtów, składających się na ciąg znaków, specyfikujących jej adres. W zamian na ekranie pojawiają się rozbudowane obiekty graficzne. Szczegółowe porównywanie taryf internetowych wymaga znajomości specyfiki internauty, niemniej do zgrubnych oszacowań można przyjąć regułę: 10 MB/godz.

    Latem br. na rynku niemieckim było już kilku usługodawców oferujących "Internet z prądem" za zbliżone ceny. Pomińmy jednorazowy koszt aktywacji systemu (od darmowego przy zawarciu umowy na 2 lata, do nawet 300 euro) i przejdźmy do opłat za połączenia. Podstawowe taryfy 100 MB/miesiąc opiewały na ok. 15 euro. Za 30 euro/miesiąc można kupić ok. 1 GB transmitowanych informacji. Przy przekroczeniu limitów, w zależności od taryfy, płaci się 2-7 eurocentów za każdy dodatkowy megabajt (im droższa taryfa, tym taniej).

    Megabajty i megawaty

    Czy to dużo? Rzut oka na taryfy telefoniczne pozwala stwierdzić, że poruszamy się tu w podobnych obszarach cenowych. Najtańszy usługodawca internetowy w Niemczech: T-Online-eco pobiera 4 euro/miesiąc (w tym 2 godziny Internetu, włącznie z opłatami telefonicznymi). Zwolennicy szybszego surfowania mogą przesiąść się na xDSL, płacąc kilkadziesiąt euro/miesiąc. I właśnie w tym obszarze należy oczekiwać ekspansji elektrointernetu, nastawionego raczej na odbiorcę szerokopasmowego, tym bardziej że niemieccy energetycy zapowiadają na przyszły rok zwiększenie szybkości transferu do ok. 10 Mb/s, co umożliwiłoby korzystanie z bardziej "danożernych" usług, np. video-on-demand.

    Co na to reszta świata? Rozwiązania zza Odry korespondują z sytuacją na tamtejszym rynku usługowym (demonopolizacja energetyki). Z kolei w USA do popularnych alternatyw "turbointernetowych" należą anteny satelitarne. A jak jest w naszym kraju? Mamy nadal bardzo zmonopolizowany rynek tele- fonii stacjonarnej. Polska energetyka teoretycznie jest oligopolistyczna, ale lokalnie jesteśmy skazani na dosta- wy prądu od lokalnego oferenta. Dwa pierwsze zakłady energetyczne w Polsce - warszawski STOEN i gdańska Erga - rozpoczęły już próby z elektrointernetem.

    Nie możemy zapominać o polskich osiągnięciach w zakresie Internetu telewizyjnego, tzn. dostępu do sieci za pośrednictwem popularnej kablówki. Dostęp do Internetu za pośrednictwem telewizji kablowej jest możliwy m.in. na łódzkiej Retkini, wałbrzyskim Podzamczu czy w niektórych mieszkaniach podłączonych do warszawskiej AsterCity. Na razie nie są to duże grupy internautów, ale te pierwsze doświadczenia są obiecujące i z pewnością będą procętować w niedalekiej przyszłości.


  • TOP 200