Informatyka na drugą połowę życia

Informatyka to także działające od dziesięcioleci systemy i technologie, które trzeba utrzymywać. I ludzie, dla których to sposób na spokojne i dostatnie życie. Sprawdziliśmy: atrakcyjnych posad dla nich nie brakuje, a zarobić mogą więcej niż informatycy modnych specjalności.

Każdy, kto myśli, że technologie mainframe odeszły do lamusa, grubo się myli. Choć pierwsze tego typu systemy pojawiły się 50 lat temu, nadal mają sie doskonale. 96 na 100 największych firm finansowych na świecie korzysta z takich maszyn. 71% wszystkich firm z Fortune 500 przetwarza swoje dane na mainframe’ach. Procesowanie 10 mld transakcji dziennie to dla mainframe’a pestka. W 2015 r. miesięcznik „Wired” pisał o przetwarzaniu płatności dla aplikacji mobilnych, które dla Apple wykonują mainframe’y zSeries. IBM z13, nowa maszyna tej rodziny, sprzedaje się doskonale, choć IBM dawno zaprzestał produkowania pecetów, laptopów, drukarek i – całkiem niedawno – serwerów.

Druga, a może trzecia młodość informatyka

Tymczasem specjalistów od tych maszyn jest jak na lekarstwo. Siwi jak gołąbki, odliczają lata, czasami miesiące do emerytury. Zaś CIO firm, którzy z ich wiedzy korzystają, podczas bezsennych nocy zastanawiają się, kim ich zastąpić, żeby utrzymać ciągłość działania. Technologie chmurowe, owszem, są w stanie zastąpić maszynę zSeries. Ale trzeba ponieść koszt przepisania systemu na nowoczesne języki programowania i architektury. Kosztuje to sporo, wręcz bardzo dużo, a trudno znaleźć uzasadnienie, gdy dzisiaj istniejąca maszyna działa stabilnie i wymaga minimum utrzymania. Trudno więc skonstruować tzw. business case, a wyobraźnia decydentów biznesowych rzadko sięga poza dwa kwartały naprzód. Dodatkową trudnością jest fakt, że dokumentacja do systemów dawno zaginęła (albo nigdy nie istniała) i fazę rozwoju trzeba poprzedzić długotrwałą, czasem nawet roczną, analizą.

Zobacz również:

Na portalu Monster.com znajduje się kilkadziesiąt ofert pracy dla programistów COBOL-a. Według serwisu Payscale.com mediana zarobków starszego programisty COBOL-a wynosi 80–90 tys. USD. To przyzwoity poziom wynagrodzenia; dla porównania, programista Javy może zarobić 62 tys. USD. Nieomal 50% różnicy wynagrodzeń to dobra miara, aby określić, jak bardzo potrzebni są ludzie o niszowych, unikatowych, choć nie najnowocześniejszych, specjalnościach. Jeśli dodać do tego oferty dla administratorów (średnio 136 tys. USD rocznie, dla wysokiej klasy specjalisty nawet 180 tys.), można zrozumieć, dlaczego dawno, wydawałoby się, zapomniane umiejętności robią się na powrót popularne.

W Polsce takich zarobków nie ma. Nie ma również takiego mainframe’owego legacy jak w USA i krajach Europy Zachodniej. Nie ma tak wielu chodzących systemów – właściwie poza bankami oraz instytucjami państwowymi (ZUS, GUS) prawie nikt nie przetwarza na komputerach klasy mainframe. Rozwiązaniem dla specjalistów znad Wisły może być więc outsourcing – dzisiaj można zdalnie administrować systemem tej klasy bez wychodzenia z biura w Polsce, albo nawet w domu.

Stare, dobre C

Kolejna grupa doskonale radzących sobie fachowców, których kwalifikacje dawno przestały być modne, to programiści C i C++. Wydawałoby się, że w dzisiejszych czasach język zmuszający programistę do zajmowania się takimi rzeczami, jak: zarządzanie pamięcią, długość słów w bajtach, reprezentacja zmiennych zmiennoprzecinkowych itd., to anachronizm. Tymczasem większość światowego oprogramowania napisana jest w tych dwóch językach programowania, a ich względna trudność sprawia, że nie są pierwszym wyborem dla absolwentów. Na bardzo popularnych ostatnio półrocznych kursach programowania („coding bootcamp”) w ogóle nie uczy się C. Opanowanie tego języka wymaga głębokiej znajomości koncepcji komputera, elementów jego budowy, zagadnień związanych z systemem operacyjnym itd.

Kto potrzebuje C i C++? W głównej mierze ludzie, którzy tworzą rozwiązania niskopoziomowe. A więc programiści systemów operacyjnych i modułów do nich (w Polsce znajdują się duże centra badawczo-rozwojowe m.in Intela, Motoroli, Samsunga i Nokii), rozwiązań przemysłowych, systemów dla transportu, zdrowia i bezpieczeństwa. Mówiąc ogólnie, w C pisane jest całe oprogramowanie związane ze sprzętem. Jeśli ktoś buduje nowe urządzenie (nawet bardzo proste, typu przełącznik albo wyświetlacz diodowy), sterownik do niego musi napisać właśnie w tym języku. Oprogramowanie tego rodzaju najczęściej potem jest udostępniane na zasadach open source.

Wszelkie zamknięte systemy, np. oprogramowanie zegarów, sterowników automatyki, urządzeń sterujących transportem itp., stworzone zostały w C i C++. W tych językach pisze się również oprogramowanie bazowe: przeglądarki, motory baz danych, systemy operacyjne, także niektóre elementy w grach komputerowych. Według serwisu nofluffjobs.com deweloper C w Warszawie może zarobić od 13 do 19 tys. zł – jeśli tylko zgodzi się pracować na zasadach B2B. Programiści współcześniejszych języków i technologii (Java, Python, frameworki webowe) rzadko przekraczają 14 tys. zł.

Kustosze cyfrowych skamieniałości

Dzisiejszych informatyków nie się kształci kompleksowo, od samego „dołu” techniki cyfrowej, raczej od razu przechodzi się do wysokopoziomowych zastosowań. Tam, gdzie potrzebna jest znajomość „dolnych warstw” systemu, pięćdziesięciolatkowie będą niezastąpieni.

O ile można powiedzieć, że wiadomości o śmierci architektury mainframe i języka C są znacznie przesadzone, o tyle jest wiele systemów, które dożywają swoich dni. Takim systemem jest np. OS/400 firmy IBM. U zarania polskiej informatyki architektura AS/400 wraz z tym systemem stanowiła niemal podstawową platformę digitalizacji procesów i dokumentacji przedsiębiorstwa.

Rozwiązanie, które integruje bazę danych, motor procesów biznesowych, system operacyjny oraz raportowanie w jednym, na swoje czasy było odkryciem na miarę odkrycia Ameryki. Choć lata świetności AS/400 minęły, złota jesień także, to nadal tu i ówdzie spotyka się realizujące jakieś zadania „lodówki” IBM-a, obecnie występującej pod nazwą iSeries. W Łodzi i Poznaniu można znaleźć oferty pracy. Oczekiwania: administracja systemem, znajomość RPG oraz BPCS. Praca dla „analityka AS/400” (cokolwiek to znaczy) jest także w londyńskim City (90 tys. funtów rocznie!), Dublinie oraz za oceanem. Czy na pewno warto było się przekwalifikowywać?

W Honolulu czeka praca administratora następcy legendarnego systemu DEC, na którym wychowały się pokolenia informatyków. Wśród dźwięków hawajskich gitar i w rytmie tańca hula można zarobić 70 tys. USD rocznie. Nie jest to może majątek, ale na deskę surfingową i long drinka na plaży Waikiki powinno wystarczyć.

Podobnie tu i ówdzie spotyka się jeszcze systemy Open VMS i architekturę Alpha. Jeśli ktoś ma ochotę zamieszkać na Hawajach, w Honolulu czeka praca administratora następcy legendarnego systemu produkcji Digital Equipment Corporation, na którym wychowały się pokolenia informatyków. Wśród dźwięków hawajskich gitar i w rytmie tańca hula można zarobić 70 tys. USD rocznie. Nie jest to może majątek, ale na deskę surfingową i long drinka na plaży Waikiki powinno wystarczyć. Aloha!

Z nieco bardziej specyficznych zastosowań świat szuka także specjalistów od zaawansowanej matematyki i statystyki potrafiących się posługiwać środowiskiem MATLAB oraz językiem R. Głównym klientem jest przemysł oraz inżynieria lotnicza i morska – modelowane są opływy cieczy, powietrza (które, notabene, według fizyków też jest cieczą). Zastosowania z dziedziny zaawansowanej matematyki przeżywają dziś drugą młodość za sprawą data science. Modelowanie wiedzy i ekstrakcja cech czasami wymaga długotrwałych i optymalnych obliczeń, a świetnie radzą z tym sobie właśnie pakiety MATLAB i Statistica.

Obliczenia naukowe i matematyczne to także nieśmiertelny Fortran. Istnieje nadspodziewanie wiele, bo aż kilkanaście, środowisk tego języka programowania, w większości darmowych. Rzut oka na wspomniany już serwis Monster.com pozwala określić potencjał Fortrana w USA i Europie Zachodniej jako nieduży, choć stabilny – na ok. 90 tys. USD rocznie. Niestety, pracodawcą jest rząd oraz firmy zbrojeniowe, a te niechętnie zatrudniają obywateli obcych państw.

Dla kogo nisza?

Żarty na bok. Informatyka to nie tylko pęd ku lepszemu i nowocześniejszemu. Dzisiejsi pięćdziesięciolatkowie, „złote pokolenie” polskiej informatyki; ludzie, którzy zbudowali ją od zera w pierwszej połowie lat 90. niestety za chwilę znajdą się w wieku przedemerytalnym. Powinni przyjrzeć się zupełnie serio niszowym technologiom i sobie samym.

Powiedzmy sobie wyraźnie kilka bolesnych prawd. Po pierwsze, w tej branży nie da się na dłuższą metę konkurować z 20–30-latkami. Po drugie, nie każdy zostanie top menedżerem czy wziętym konsultantem, tym bardziej że nie każdego to interesuje. Po trzecie, im bliżej wieku emerytalnego, tym mniejsza szansa na zaangażowanie w ciekawe, rozwojowe projekty, które pomogą odświeżyć kwalifikacje. Po czwarte, dla wszystkich chyba jasne jest, że godziwych (a być może żadnych) emerytur nie będzie, więc pracować trzeba będzie także i w wieku emerytalnym. Po piąte i najważniejsze, dzisiejszych informatyków nie kształci się już tak kompleksowo, od samego „dołu” techniki cyfrowej, systemów operacyjnych; raczej od razu przechodzi się do wysokopoziomowych zastosowań. Tam, gdzie potrzebna jest znajomość „dolnych warstw” systemu, pięćdziesięciolatkowie będą niezastąpieni.

Nisza może być najlepszą strategią obrony przed znalezieniem się na zawodowym i finansowym aucie. Dogłębna znajomość niegdysiejszych technologii może stać się atutem do wykorzystania. Dobrze jest być niszowcem dziś, a jutro jeszcze bardziej.


TOP 200