Informatyk wojewódzki - władny czy bezwładny

Jolanta Sala jest jedyną kobietą wśród 49 osób pełniących w naszym kraju obowiązki bądź Pełnomocnika Wojewody ds. Informatyzacji, bądź Informatyka Wojewódzkiego. Uważa, że bez względu na tytuł, pod jakim występują, działają oni niestety w nieprawidłowych warunkach organizacyjno- prawnych, a skuteczność ich pracy jest bardzo ograniczona. W zamieszczonej poniżej rozmowie dziennikarz "Computerworld" stara się dociec przyczyn frustracji w tym środowisku.

Jolanta Sala jest jedyną kobietą wśród 49 osób pełniących w naszym kraju obowiązki bądź Pełnomocnika Wojewody ds. Informatyzacji, bądź Informatyka Wojewódzkiego. Uważa, że bez względu na tytuł, pod jakim występują, działają oni niestety w nieprawidłowych warunkach organizacyjno- prawnych, a skuteczność ich pracy jest bardzo ograniczona. W zamieszczonej poniżej rozmowie dziennikarz "Computerworld" stara się dociec przyczyn frustracji w tym środowisku.

- Podobne do Pani opinie prezentuje wielu ludzi, obarczonych odpowiedzialnością za prawidłowy przebieg procesów informatyzacji w Polsce. Jaka jest główna tego przyczyna?

- Brakuje nam przede wszystkim kompleksowego spojrzenia na informatyzację służb społecznych. Obowiązuje zasada - "każdy sobie rzepkę skrobie". Administracja zajmuje się - na ile może i na ile starcza jej środków - trzema zagadnieniami: ewidencją ludności, ewidencją pojazdów i ewidencją gruntów. Projekty systemów informatycznych, dotyczące tych trzech dziedzin, nie są dostatecznie zintegrowane ani w pionie (rozumiem przez to brak koordynacji zamierzeń od szczebla gminy do szczebla URM czy resortu), ani w poziomie, tzn. między poszczególnymi systemami.

Co gorsza, próbuje się je wdrażać w oderwaniu od informatycznych potrzeb w innych dziedzinach służb społecznych, czy jak kto woli, publicznych. Mam tu na myśli np. sferę sądownictwa, policji, ubezpieczeń itp.

Obawiam się, że rezultatem braku kompleksowego podejścia i koordynacji poczynań będzie ogromne marnotrawstwo pieniędzy, zwłaszcza, że w całej tzw. sferze budżetowej odczuwamy brak środków finansowych na informatyzację. Towarzyszy mu ich rozproszenie. W rezultacie nikogo nie stać na system z prawdziwego zdarzenia. Konkretne zastosowania informatyki są więc na miarę szczupłych, w skali gminy czy województwa, możliwości.

Nikt natomiast nie jest w stanie, a nawet nie próbuje sprawić, aby fundusze na informatyzację skumulować i wykorzystać na skonstruowanie jednolitego, spójnego i zintegrowanego systemu informatycznego kraju, obejmującego znacznie szerszy zakres usług publicznych. Sądzę, że z pożytkiem dla nas wszystkich i każdego z osobna.

- Pachnie mi to trochę znanym z przeszłości centralnym systemem zarządzania, od którego chyba odeszliśmy. Sądzę ponadto, że można wprawdzie różnie oceniać działalność Biura Informatyki URM, ale zrobiło ono sporo, aby zapobiec nieracjonalnemu wydawaniu pieniędzy na systemy informatyczne na wszystkich piętrach administracyjnej hierarchii...

- Nie mylmy kilku rzeczy. Narzucania systemu, jego producenta i dostawcy przez szczebel centralny, z określaniem procedur postępowania, trybu przetargów itp. oraz z przygotowaniem koncepcji zbierania, opracowywania, przekazywania i wymiany informacji między instytucjami służb publicznych.

Nie neguję osiągnięć Biura Informatyki URM w takiej dziedzinie jak porządkowanie formalnych wymogów przy zakupach systemów informatycznych dla administracji. Ważne jest to, co zrobiono, nawet jeśli do przestrzegania owych procedur "brakuje armat" czyli odpowiednich i adekwatnie do stawianych wymogów opłacanych fachowców. Trzeba bowiem przecież przygotować projekt, uzasadnienić jego celowość, skonstruować swoisty business plan.

Sprawa jest znacznie poważniejsza. Już na szczeblu informatyka wojewódzkiego jaskrawo widać, że niejednokrotnie sytuacja zmusza nas do działania na oślep. Nie wiemy bowiem np., na ile na szczeblu ogólnopolskim system ewidencji ludności i zbierane w jego ramach dane powielą się przy konstruowaniu systemu ewidencji gruntów lub ubezpieczeń? Czy i w jakim zakresie mogą, lub wręcz powinny się uzupełniać bazy danych? Jakie są styczne płaszczyzny systemów, gromadzących dane o pojazdach, z system policyjnym, na ile ten ostatni powinien być powiązany z systemami informacyjnymi prokuratury i sądownictwa!

Te przykłady tylko sygnalizują ogromny problem, jakim jest zdefiniowanie obiegu informacji. Tak więc, o brak prób podjęcia tego tematu mam pretensje do odpowiedzialnych za kształt informatyki w kraju.

Narzędzia - zwłaszcza w dobie systemów otwartych mogą być różne. Nie chcemy jednak, ani ja, ani - jak sądzę - moi koledzy, tłumaczyć się w przyszłości z tego, że na szczeblu województwa czy gminy te same informacje gromadzone są i przetwarzane w kilku różnych systemach niezależnie, że do tego przetwarzania za każdym razem kupiło się specjalnie sprzęt i oprogramowanie.

- Wybaczy Pani, ale nie sądzę, aby większość informatyków wojewódzkich widziała siebie wyłącznie jako urzędników, dbających li tylko o realizację nawet najlepiej przygotowanego kompleksowego programu informatyzacji. Myślę, że ich rola powinna być znacznie bardziej kreatywna...

- Zgadzam się. Z tym wszakże, że w przypadku przyjęcia koncepcji zdecentralizowanej, powinniśmy mieć wspólnie szansę współtworzenia wszystkiego od podstaw.

W swej codziennej pracy stajemy raz po raz w obliczu chorobliwie ukształtowanej wyobraźni informatyków o ich zawodzie. Większość sądzi, iż ich rola ogranicza się do sprawnego władania językami programowania. Równocześnie w wielu dużych i znaczących instytucjach, ich szefowie cedują na informatyków wszystkie obowiązki związane z konstrukcją i instalacją systemów, nie wyposażając ich w niezbędną do tego wiedzę, dotyczącą struktury i obiegu informacji, planów rozwojowych, pomysłów na wykorzystanie systemu itp.

Postawieni w takiej sytuacji informatycy, niekiedy z konieczności, niekiedy z wygodnictwa, częściej jednak z braku odwagi powiedzenia "nie" lub z naturalnej chęci zachowania pozycji człowieka niezastąpionego, sugerują kupno sprzętu najbardziej sobie bliskiego i znanego oraz piszą, lub zlecają napisanie programów, wyłącznie na użytek swego pracodawcy. Oficjalnie motywują taką konieczność specyfiką organizacji, choć tak naprawdę, chodzi głównie o trzymanie nici we własnych rękach.

Stąd też większość przedsięwzięć w informatyce już z samego początkowego założenia jest realizowana nieprawidłowo, bez jasno zdefiniowanych kryteriów, przypadkowo. Często stanowi rezultat zaspokajania ambicji szefów instytucji, którzy jak najszybciej chcieliby pokazać światu, że w ich firmach również stoją (podkreślam słowo "stoją") komputery. W rezultacie systemy takie, nawet jeśli działają, z reguły w większym lub mniejszym stopniu zaspokajają potrzeby informacyjne zastałe, a trudno adaptują się do nowych. Są generalnie mało efektywne, niekiedy wręcz prowizoryczne.

Nadal powszechną praktyką jest podejście, że kilka PC 286 lub 386 oraz sieć Novell rozwiążą sprawę, że w miesiąc można przygotować oprogramowanie i po problemie... Na takie właśnie rozwiązania na tzw. "dole" wydaje się mnóstwo pieniędzy. Efekty są znikome.

- To znowu diagnoza, a co z receptą...

Na dobrą sprawę powinniśmy przyjąć na siebie rolę nauczycieli. Urząd Informatyka Wojewódzkiego musiałby się stać swoistym forum edukacyjnym, zdolnym wykształcić i wprowadzić nie tylko do administracji, ale do wszystkich instytucji zupełnie inny typ informatyka. Człowieka nauczonego nie tylko programowania i znającego technologię sprzętu komputerowego, ale umiejącego przede wszystkim analizować obieg informacji, zarówno w danej strukturze organizacyjnej, jak i w pozostałych; osobę zdolną do określenia perspektyw danej instytucji i skorelowania go z rozwojem systemu informatycznego; umiejącą zaprojektować system, nie tylko w sensie jego wymogów technologicznych, ale również z punktu widzenia jego użyteczności i efektywności ekonomicznej.

Na to wszystko jednak informatycy wojewódzcy nie mają ani środków, ani kadry. A poza tym - jakby na sprawę nie patrzeć sami nie są wyposażeni w dostateczną wiedzę, ani nie mają odpowiednich warunków pracy.

- Czyli sytuacja bez wyjścia. Biuro Informatyki Rządu w obecnym kształcie wyraźnie stwierdza, że chce ograniczyć się do roli instytucji typu civil service, dbającej o prawidłowość procedur. Brak ciała zdolnego nie tylko do opracowania koncepcji polityki informatycznej (czytaj spójnej efektywnej struktury zbierania i obiegu informacji, niezbędnej do efektywnego funkcjonowania państwa i służb publicznych, przy zastosowaniu technik informatycznych), ale także do wdrożenia jej w życie. Informatycy wojewódzcy z kolei nie mają przysłowiowych "armat", aby racjonalizm w informatyce budować od podstaw." Tak ty i siadłszy, płacz" - jak mówili w dawnym Wilnie...

- Mimo wszystko nie sądzę, aby była to najlepsza metoda. Jeżeli niezbędna aktywność - z różnych względów, również politycznych, nie pojawia się tam, gdzie powinna lub przejawiana jest w sposób niedostateczny, należy ją sprowokować lub wymusić własną aktywnością.

Myślę - a może lepiej - chciałabym, aby okazją do pierwszego kroku w tym kierunku stały się wrześniowe gdańskie targi INFOMAN 92. Ich organizatorzy pragną nadać imprezie wyraźny profil, koncentrując się właśnie na rozwiązaniach stosowanych w szerzej rozumianym sektorze publicznym. Chodzi nie tylko o administrację, ale również o banki, czyli tych użytkowników, których klientem, czy petentem są duże grupy społeczne. Taka impreza zwłaszcza, że towarzyszyć jej mają seminaria i dyskusje panelowe, to doskonała okazja do wykazania, jak dalece systemy te mogą się wzajemnie uzupełniać i współdziałać, jak bardzo potrzebne jest dostrzeżenie takiej możliwości.

Ponieważ w tym samym czasie nastąpić ma inauguracja Centrum Informatycznego w Urzędzie Wojewódzkim w Gdańsku, mam nadzieję, że zgromadzi ona informatyków z innych województw. To dobra okazja, aby nie tylko odprawić rytualny obrządek, ale podjąć dyskusję nad tym, jak wyprowadzić polską informatykę, zwłaszcza tę służącą sprawom publicznym, ze ślepego zaułka.

- Życzę powodzenia, dziękuję za rozmowę i mam nadzieję, że w lepszym nastroju wrócimy do sprawy po Targach.


TOP 200