Improwizacja przed sądem

W Computerworld nr 38/2001 ukazał się artykuł "Sąd nad systemem", przedstawiający prawne aspekty wdrażania systemów komputerowych w Polsce na tle sporu pomiędzy ComArch SA a BRE Leasing SA. Trudno nie odnieść się do kilku tez w nim przedstawionych.

W Computerworld nr 38/2001 ukazał się artykuł "Sąd nad systemem", przedstawiający prawne aspekty wdrażania systemów komputerowych w Polsce na tle sporu pomiędzy ComArch SA a BRE Leasing SA. Trudno nie odnieść się do kilku tez w nim przedstawionych.

"Większości prawników trudno jest poruszać się w obszarze zagadnień ekonomicznych, nie mówiąc o sferze informatyki".

W świadomości wielu osób wciąż przewija się obraz prawników wykreowany przez kino amerykańskie, w którym zajmują się oni przede wszystkim wygłaszaniem płomiennych mów do ławy przysięgłych. Inny, dość rozpowszechniony stereotyp to prawnik - człowiek renesansu, zajmujący się wszystkim po trochu, od prawa rodzinnego, po prawo gospodarcze, chętnie doradzający w wolnych chwilach również w sprawach związanych z wdrażaniem systemów komputerowych. Nie wszyscy dostrzegli, że pewne trendy występujące w gospodarce, takie jak globalizacja i specjalizacja, nie ominęły również branży prawniczej. W efekcie model mecenasa-człowieka-orkiestry coraz bardziej ustępuje miejsca modelowi "fabryki" prawniczej, zatrudniającej - w zależności od zapotrzebowania rynku - od kilkudziesięciu do kilku tysięcy prawników. Firmy takie, dzięki swej dużej masie krytycznej, są w stanie kompleksowo obsługiwać duże projekty i oferować specjalistyczne usługi praktycznie we wszystkich dziedzinach gospodarki. Dotyczy to również prawa technologii, które notabene nie jest odrębną gałęzią prawa. Jest to oferta skrojona "na miarę" dla branży informatycznej, proponująca ekspertyzę w tej dziedzinie, obejmującą poza znajomością prawa przede wszystkim znajomość tego rynku, jego zwyczajów i stosowanych standardów i produktów. Pomoc udzielana klientom obejmuje wiele czynności, począwszy od wsparcia w czasie negocjacji i zarządzania projektem na tym etapie, po doradztwo w zakresie elementów biznesowych.

Również na rynku polskim istnieje - na razie dość wąska - grupa specjalistów, zajmujących się wyłącznie tą dziedziną.

"Sąd dysponuje więc umową, która jest dla niego w zasadzie niezrozumiała".

Rolą prawnika jest zapisanie w umowie intencji stron w taki sposób, aby było jasne, jakie są prawa i obowiązki stron oraz kto i kiedy narusza uzgodnione warunki. Umowa powinna być tworzona ze świadomością, iż może trafić do sądu, który nie zna danego projektu ani nie posiada specjalistycznej wiedzy na temat wdrożeń systemów komputerowych. Pójście do sądu nikomu się nie opłaca. Dlatego tak ważna jest umowa - im mniej wątpliwości przy interpretowaniu jej zapisów, tym mniejsza szansa, że dojdzie do sporu. Gdyby już na początku konfliktu było wiadomo, kto stoi na przegranej pozycji, trudno sobie wyobrazić, aby w ogóle mogło do niego dojść. Powinno się więc dążyć do tego, by zadaniem sądu - jako środka ostatecznego, który w praktyce nie musi być stosowany - było raczej zapewnienie przestrzegania zapisów umowy niż ich interpretacji. Jest to możliwe i powinno być standardem również przy tak kompleksowych projektach, wymagających współpracy obu stron, jak wdrożenia zintegrowanych systemów informatycznych.

"Naprawdę trudno o jednoznaczną ocenę, kto jest winny nieudanego wdrożenia. Można poddać się przy bardzo dobrym systemie i wdrożyć system całkiem słaby, wszystko zależy od tego, jak układa się współpraca stron".

Współpraca stron w trakcie wdrożenia jest na pewno kluczowym elementem powodzenia projektu. Istotnie "wszystko od niej zależy", pod warunkiem że istnieje również w tle umowa określająca jasno ramy tej współpracy i sposób postępowania, w razie gdyby nie przebiegała jak należy. Zbyt często, również przy dużych projektach, aspekt kontraktowy jest lekceważony. Negocjowanie umów jest postrzegane przez wielu jako irytująca strata czasu, a ich szczegółowe zapisy - niezbędne ze względu na brak dostatecznie precyzyjnych przepisów prawa, które mogłyby mieć zastosowanie - traktowane są przez niektórych jako oburzający wyraz braku zaufania.

"Umowy najczęściej są konstruowane przez prawników dostawcy systemu, którzy głęboko zastanowili się, w jaki sposób zabezpieczyć jego interesy".

Zazwyczaj stosuje się, jako punkt wyjściowy negocjacji, projekt umowy używany przez dostawcę systemu, który ma zwykle więcej doświadczeń w tym zakresie niż jego klienci. Jest to zrozumiałe z punktu widzenia optymalizacji nakładów związanych z procesem negocjacji, a w szczególności poświęconego na nie czasu obu stron, a tym samym kosztów zewnętrznych prawników. Truizmem będzie stwierdzenie, że projekt taki, przygotowany przez prawników dostawcy systemu, rzeczywiście w pełni zabezpiecza jego interesy. Trudno się spodziewać, aby było inaczej, i nie ma w tym nic złego. Oczywiście niektóre umowy są bardziej wyważone, inne mniej. Zdarzają się też przypadki projektów umów skrajnie niekorzystnych dla klientów, wręcz groteskowe - w jednej z nich klient miał prawo do odstąpienia od umowy dopiero po siedmiokrotnym (!) bezskutecznym wezwaniu dostawcy do usunięcia naruszeń. Co ciekawe, umowa ta, o niebagatelnej wartości, została w tym kształcie podpisana. Jest to oczywiście przypadek ekstremalny i można zżymać się na podstępnego dostawcę, choć wydaje się, że właściwszą reakcją byłoby w tym przypadku zadanie pytania, dlaczego tak niekorzystny zapis nie został wychwycony przez drugą stronę? Inną skrajnością dość często spotykaną na rynku jest prawnik drugiej strony, który brak doświadczenia próbuje nadrabiać nadmierną podejrzliwością. Jest to często przyczyną znacznego opóźnienia rozpoczęcia projektu.

"Przede wszystkim (umowy wdrożeniowe) nie są to umowy o dzieło, a więc rezultatu, lecz umowy o profesjonalne świadczenie usług".

Oczywiście, to drugie rozwiązanie jest korzystniejsze dla każdego dostawcy usług. Zapewnia luksus świadczenia usług, spełniając jedynie kryterium należytej staranności bez obowiązku osiągnięcia konkretnego rezultatu w określonym czasie i za stałe, z góry uzgodnione wynagrodzenie. Mimo powyższej praktyki stosowanej przez niektórych dostawców, zasadniczą większość projektów wdrożeniowych należy jednak uznać za umowy rezultatu, do których i tak mają zastosowanie przepisy dotyczące umów o dzieło, niezależnie od przyjętej nazwy umowy oraz faktu, że takie umowy często zawierają elementy innych umów nazwanych (np. licencja lub depozyt kodów źródłowych). Kwestia ta nie była jeszcze testowana przed polskimi sądami.

"Niejasne określenie w umowie samego przedmiotu umowy utrudnia sędziemu jej rozpoznanie".

Każde wdrożenie systemu informatycznego powinno być poprzedzone analizą, mającą na celu określenie potrzeb klienta, a co za tym idzie, zdefiniowanie dokładnego zakresu prac. Bez tej wstępnej fazy rzeczywiście nie jest możliwe - w dniu podpisania umowy - dokładne określenie jej przedmiotu. Mimo to zdarza się, że klienci decydują się na taki tryb. Powody bywają różne: brak czasu i doświadczenia lub zlekceważenie umowy, opierając się wyłącznie na renomie dostawcy systemu. Należy to jednoznacznie ocenić jako błąd.

"Zazwyczaj w pewnym akapicie stwierdza się, że (...) w zasadzie (dostawca) za nic nie ponosi odpowiedzialności i niczego nie gwarantuje".

Trudno uwierzyć, żeby ktokolwiek zgodził się na taki zapis. Jeszcze trudniej, że po podpisaniu takiej umowy mógłby mieć do kogokolwiek pretensje o brak roszczeń wobec dostawcy w przypadku niepowodzenia projektu.

"Większość firm wdrożeniowych zastrzega w umowie ograniczenie odpowiedzialności do pewnej kwoty, nie przekraczającej zazwyczaj 100% wartości kontraktu".

Od kwestii opisanej wyżej, mającej charakter skrajny i nie do przyjęcia, należy odróżnić praktykę ograniczania odpowiedzialności dostawców systemów. To standard funkcjonujący na rynku informatycznym, wynikający z charakteru oprogramowania, w którym stuprocentowe wykluczenie możliwości powstania błędu jest praktycznie niemożliwe. Oczywiście wysokość tego limitu jest przedmiotem negocjacji pomiędzy stronami. Jest to zwykle dobry test, pokazujący czy po drugiej stronie mamy do czynienia ze specjalistami z tej dziedziny. Brak znajomości tej branży powoduje najczęściej usztywnienie stanowiska i próbę pryncypialnego zanegowania jakiejkolwiek możliwości ograniczenia odpowiedzialności.

Zanim zacznie się narzekać na drapieżnych dostawców i ich aroganckich prawników, warto być może, aby sami narzekający zadali sobie pytanie, czy rzeczywiście uczynili wszystko, aby zawarta umowa odzwierciedlała ustalenia stron i należycie zabezpieczała ich interesy. Czy dokonano analizy przedwdrożeniowej, umożliwiającej precyzyjne określenie zakresu umowy? Czy skorzystano z pomocy prawników, mających doświadczenie w tej dziedzinie? Czy wewnętrzny dział informatyczny posiada dostateczną wiedzę, aby wybrać najkorzystniejszą ofertę wdrożeniową, wykonywać pracę w sposób określony w harmonogramie i kontrolować przebieg wdrożenia? Czy nie należy skorzystać z pomocy zewnętrznych konsultantów przy wyborze dostawcy systemu i w procesie wdrożenia...?

To dobrze, że spory związane z wdrażaniem systemów komputerowych zaczynają trafiać do polskich sądów. Być może w efekcie przejrzysty profesjonalizm zacznie coraz bardziej wypierać pełną emocji improwizację, która nieuchronnie prowadzi do narzekania. Narzekania, na które - na szczęście - nie wszyscy dają się nabierać.

Marek Rosiński jest partnerem kierującym działem prawa technologii w kancelarii Cameron McKenn.


TOP 200