I tak znowu będzie na nas

Połowa lat 70. Kolega bierze serię zastrzyków i w tym czasie wypada mu służbowy wyjazd do Zjednoczonego Królestwa. Od lekarza w Polsce dostaje kartkę z instrukcją po łacinie, zabiera ze sobą leki i to już - wraz z polskim paszportem - wystarcza, by na miejscu, w Londynie, mógł co wieczór bezpłatnie korzystać z usługi przyszpitalnej przychodni.

Pierwsza połowa lat 80. Początek lata. Piątek. Delegacja służbowa do Gdańska. Sprawa jest prosta i krótka, ale muszę być osobiście. Zabieram więc córkę, w wieku wówczas przedszkolnym, i - już prywatnie - zostajemy tam do niedzieli.

Wczesnym piątkowym popołudniem widać, że z dzieckiem jest coś nie tak. Recepcja gdańskiego "Heweliusza" znajduje najbliższą czynną do wieczora przychodnię dziecięcą. Idziemy tam, niezbyt długo czekamy. Lekarz, diagnoza, zniżkowe recepty. Poza danymi dziecka nikt o nic nie pyta. Pielęgniarka wskazuje drogę do pobliskiej czynnej apteki. Następnego ranka po chorobie nie ma śladu. Jak to u dzieci bywa...

Początek lat 90. Dopada mnie paskudna grypa. I to prawdziwa grypa, ze znacznym osłabieniem, łamaniem w kościach i wysoką temperaturą. Nie jakiś tam bronchit czy byle przeziębienie, które ludzie potocznie i powszechnie nazywają grypą. Pamiętam ją z tego właśnie względu i dlatego, że - jak dotąd - był to ostatni mój przypadek bycia na tzw. chorobowym. Przychodnię miałem wtedy na miejscu, w pracy (i szpital z interną i chirurgią, gdyby był potrzebny, też). W budynku przychodni szpitala była też i apteka.

Do gabinetu lekarskiego jakoś się dowlokłem, ale czuję, że dojście do przystanku i potem z przystanku do domu może być ponad moją mocno nadwątloną kondycję. Mówię o tym lekarzowi, a ten bez dyskusji wypisuje mi zlecenie na samochód transportu sanitarnego. Kupuję leki, portier przy wyjściu wzywa kierowcę sanitarki, a ten odwozi mnie do domu. Żeby nie było wątpliwości, byłem wtedy zwykłym pracownikiem (kierownik niskiego szczebla) i nigdy - ani w tamtym reżimie, ani w tym po nim - nie zaliczałem się do kategorii, nawet bardzo podrzędnych, "działaczy".

No i próbuję przenieść, choćby ostatni z przytoczonych przypadków, w realia z początków roku 2012. Oczami wyobraźni widzę, jak mnie, ledwo powłóczącego nogami, apteka odsyła do lekarza, bo według jej uznania, lekarz ów wypisał receptę nie dosyć wyraźnie i jeszcze naruszył granice jakiegoś pola, przeznaczonego na wpis. Wyobrażacie sobie ten dialog?

- Panie doktorze, pani w aptece twierdzi, że nie bardzo potrafi odcyfrować tę receptę... no i pańska pieczątka jakby rogiem wykracza poza kratkę...

Co byście powiedzieli, będąc na miejscu lekarza, który ma w kolejce jeszcze iluś tam pacjentów? Kto byłby winien? Jest takie anglosaskie powiedzenie: "to blame messenger for the message". I tak pewnie by było.

Praktykowałem kiedyś krótko w brytyjskim ośrodku obliczeniowym, który dzień w dzień przetwarzał dane z wszystkich zrealizowanych w kraju recept. Wykryte przy okazji nieprawidłowości formalne wyjaśniano, ale nikomu nawet przez myśl nie przeszło, by w jakikolwiek sposób mieszać w to pacjenta.

Coś mi jednak podpowiada, że w naszym przypadku, dość zaskakujący jak na recepty akurat, wymóg wyraźnego pisma, a także nieprzekraczania wyznaczonych granic pól może wynikać tylko z jednego: ktoś chce obrabiać te dokumenty elektronicznie. I to nie tylko sam ich obraz, ale również analizować pismo ręczne i zapisywać wyniki, w celu dalszego przetwarzania. Mamy więc winnego całego zamieszania: bo kto inny, jak nie informatycy, mógł postawić takie wymogi?

Wiele mówi się o konieczności uszczelniania systemu, bez względu na koszty. Padają kolejne propozycje kwot, jakie ma pochłonąć nowy totalny system informatyczny służby zdrowia, który załatwi wszystko. Od połowy do całego miliarda złotych.

Nikt nie wspomina jednak o prostym rozwiązaniu, gdzie prawo do wszystkich świadczeń dawałoby samo posiadanie numeru systemu PESEL, czyli polskie obywatelstwo. W kilku cywilizowanych krajach takie rozwiązanie działa.


TOP 200