Gwałtowne przebudzenie

Niemal z miesiąca na miesiąc pojawiają się w sprzedaży doskonalsze i szybsze modemy. I chociaż nie tak dawno wydawało się, że niemożliwą do przekroczenia granicą prędkości jest 9600 bit./sek., to dzisiaj modemy o prędkości 28 800 bit./sek są uznawane za standardowe i to do tego stopnia, że trudno jest kupić wolniejsze. Co więcej, wszyscy obserwują próby pobicia kolejnych rekordów: 33 600 bit./sek, a już mówi się o prędkości 57 600 bit/sek. Mimo że łączność cyfrowa staje się coraz popularniejsza, wciąż jeszcze dominują systemy analogowe.

Niemal z miesiąca na miesiąc pojawiają się w sprzedaży doskonalsze i szybsze modemy. I chociaż nie tak dawno wydawało się, że niemożliwą do przekroczenia granicą prędkości jest 9600 bit./sek., to dzisiaj modemy o prędkości 28 800 bit./sek są uznawane za standardowe i to do tego stopnia, że trudno jest kupić wolniejsze. Co więcej, wszyscy obserwują próby pobicia kolejnych rekordów: 33 600 bit./sek, a już mówi się o prędkości 57 600 bit/sek. Mimo że łączność cyfrowa staje się coraz popularniejsza, wciąż jeszcze dominują systemy analogowe.

Ciągle jesteśmy zamknięci w świecie analogowym, a kolejne próby wyciskania jeszcze kilku bitów na miedzianych liniach tradycyjnych, przypominają wyciskanie wody z kamienia. Ograniczenia te wynikają z istniejącej infrastruktury telekomunikacyjnej, kłębowiska kabli miedzianych, które ciągną się pod naszymi stopami, a nawet nad naszymi głowami (choć na szczęście coraz rzadziej).

Istniejące ograniczenia prędkości transmisji dopiero od dwóch-trzech lat stały się dokuczliwe dla użytkowników, wtedy to bowiem nastała era WWW. Niektórzy czytelnicy Computerworlda pamiętają jeszcze czasy, kiedy polskie łącza międzywęzłowe Internetu oferowały przepustowości w granicach 9600 bit/sek. Prędkość 19 200 bit/sek uważana była za niezłą. Dzisiaj prawie każdy ma do dyspozycji modem niemal dwa razy szybszy, a niektórzy użytkownicy - i to nie tylko firmy - potrzebują wyższych przepustowości.

Kłótnia w rodzinie

ISDN z transferem 64 kbit/sek lub 128 kbit/sek miało być panaceum na ograniczenia przepustowości. Koncepcja, wymyślona ponad 10 lat temu, była naturalną kontynuacją procesu cyfryzacji sieci telekomunikacyjnej. Zakładała budowę cyfrowego przyłącza abonenckiego, ostatniego bastionu analogowego.

Większość usług telekomunikacyjnych - oprócz tradycyjnej telefonii - to przekaz cyfrowy: transmisja danych, telefaks i połączenie między komputerami. Eliminacja sygnałów analogowych z przyłącza abonenckiego pozwala na uzyskanie lepszej jakości połączeń, aż do samego gniazdka abonenckiego i powoduje znaczne uproszczenie przesyłania danych. Niestety, kłopoty związane ze standaryzacją ISDN i przeciągające się testy spowodowały, że technologia ta wchodzi ze znacznym opóźnieniem na rynek dojrzały już do korzystania z przepustowości, wyrażonych w megabajtach na sekundę.

Paradoksy telekomunikacyjne

Istniejące rozwiązania transmisji szerokopasmowej (począwszy od 2 Mbit/sek) są stosunkowo proste do zaoferowania przez operatorów telekomunikacyjnych w odróżnieniu od łączy transmisji wolniejszej niż 2 Mbit/sek. Ten paradoks wynika z istniejącej hierarchii transmisyjnej, znormalizowanej zaleceniami międzynarodowego związku telekomunikacyjnego (ITU) oraz ETSI.

Każda transmisja między centralami jest bowiem pewną ilością traktów 2 Mbit/sek, dostępnych w każdym punkcie przyłączenia do sieci. Mowa jest oczywiście o sieciach cyfrowych - o sieciach analogowych, wciąż powszechnych w naszym kraju, nie warto wspominać. Każda usługa telekomunikacyjna jest zamieniana za pomocą odpowiednich urządzeń w cząstkę kanału 2 Mbit/sek. W telefonii klasycznej, taką rolę spełnia centrala telefoniczna. Jeżeli chcemy przyłączyć cyfrowe łącze transmisji danych o przepustowościach do 2 Mbit/sek, trzeba postawić osobne urządzenia (multipleksery drugiego poziomu), a to jak wiadomo, kosztuje. W przypadku łączy 2 Mbit/sek niczego nie trzeba dodawać: są one dostępne w każdym miejscu, gdzie znajdują się urządzenia transmisyjne, choć niewątpliwie korzystanie z nich wymusiłoby ogromną rozbudowę urządzeń transmisyjnych.

Dlaczego więc łącze, którego budowa jest tańsza, kosztuje drożej niż linia o większych kosztach budowy? I dlaczego operatorzy telekomunikacyjni inwestują w gorsze, a droższe? Co sprawia, że operatorzy i klienci tkwią w tej niewygodnej dla wszystkich sytuacji? Przyczyn tego stanu rzeczy należy szukać w przeszłości.

Przerwany sen

Operatorzy telekomunikacyjni przespali moment, w którym popyt na usługi transmisyjne stał się znaczącą częścią zapotrzebowania na usługi telekomunikacyjne. Większość operatorów jest do dzisiaj monopolistami (de iure lub de facto) w swoich krajach, a nie jest to dobre rozwiązanie.

Nawet w krajach o wysokiej kulturze telekomunikacyjnej, operatorzy skoncentrowali się na zaspokajaniu podstawowych potrzeb klientów: zakładaniu telefonu w domu i firmie (tak jest w Polsce) lub dostarczaniu dowolnej ilości linii telefonicznych o wysokiej niezawodności (np. w Niemczech). Nie brano pod uwagę potrzeb bardziej subtelnych.


TOP 200