Firma jak drużyna

Budowanie sprawnego i efektywnego zespołu pracowników nie polega na wspólnej zabawie, ważniejsze jest przyjęcie jasnych zasad gry wewnątrz zespołu... i ich przestrzeganie

Każdy wielbiciel futbolu wie, że nie ma nic piękniejszego niż widok swojej drużyny, która działa jak dobrze naoliwiona maszyna. Każdy zawodnik wie, gdzie ma się znaleźć we właściwym momencie, komu podać z pewnością, że piłka zostanie przyjęta i znów poddana do najlepiej ustawionego zawodnika. Obrońcy skutecznie odbierają piłkę przeciwnikom, pomocnicy przesuwają ją pod bramkę rywali, a napastnicy znajdują się w najlepszej pozycji do strzelenia gola. Nie ma piękniejszego widoku niż ten, kiedy każdy z jedenastki gra tak jakby rozumiał pozostałych dziesięciu zawodników swojej drużyny bez wypowiadania jednego słowa, bez zbędnych gestów i tajemnych znaków. Wtedy nawet zespół złożony ze średniej jakości piłkarzy jest w stanie pokonać jedenastkę gwiazd, z których każdy próbuje błyszczeć jaśniej od kolegów i stara się strzelić bramkę po indywidualnej akcji.

Ze sportu do biznesu

Firma jak drużyna

Ten piłkarski przykład nie jest przypadkowy. To sport wypracował metody budowania zespołu, dzięki którym wysiłek jednostek zamieniany jest w siłę większą niż suma indywidualnych starań. Sport pracuje nad tymi metodami od dawna i zajmują się tym sztaby profesjonalnych psychologów, a do wygrania jest najwyżej krążek pokryty cienką warstwą szlachetnego metalu. W biznesie zaczęto stosować te same metody, aby indywidualny wysiłek jednostek dawał skumulowany efekt pracy drużynowej.

Dawno temu odkryto, że kiedy pracownicy znają się, lubią i potrafią miło spędzać ze sobą czas poza firmą, efektywność ich pracy wzrasta. Działa prosty mechanizm: emocjonalna więź zadzierzgnięta podczas prywatnych spotkań ułatwia współpracę w miejscu pracy. Poznanie na płaszczyźnie prywatnej, wiedza o swoich mocniejszych i słabszych stronach, znajomość niuansów w sposobie komunikowania – wszystko to buduje poczucie wspólnoty, podobne do więzi spajających sportowców w drużynę. Wszystko to wpływa nie tylko na atmosferę w miejscu pracy, ale przede wszystkim na wyniki osiągane przez taki zespół. Stąd stary obyczaj wspólnego spędzania w gronie współpracowników różnego rodzaju świąt i rocznic na koszt pracodawcy. Trud organizacji się opłaca, a profity grubo przewyższają koszty

Paczka to jeszcze nie zespół

Artykuł został opublikowany w raporcie specjalnym Computerworld "Pracodawcy IT". Jego pełną wersję można bezpłatnie pobrać tutaj.

Te proste zależności znano nawet w czasach, kiedy obowiązywały socjalistyczne reguły antygospodarki. Kiedy przywrócono w Polsce zasady racjonalne ekonomicznie, zachłyśnięto się nowymi pomysłami na budowanie zespołowych więzi wśród pracowników. Określenie „team building” stało się bardzo popularne, a przedstawiciele zespołów HR wyruszyły w Polskę w poszukiwaniu stosownych miejsc, gdzie można by pojeździć quadami, powspinać się w małpim gaju, postrzelać kulkami z farbą – to w dzień, a wieczorem pośpiewać do podkładu muzycznego (amatorski czy profesjonalny? – pani Zosiu), upiec kiełbasę na ognisku i obowiązkowo … upić się.

O dalszych możliwościach, jakich nie przewidują oficjalne scenariusze imprez integracyjnych, nie wypada publicznie pisać, choć w każdym środowisku zawodowym krążą o nich legendy, a nawet doczekały się one kreacji filmowych. A wszystko to robione ze szczerym entuzjazmem źrebaka wypuszczonego na łąkę wraz z pierwszymi promieniami wiosennego słońca. I niechby tak było, bo i tak mało wyrafinowane sposoby dają efekt, a profity wciąż przewyższają koszty, nawet jeśli wliczyć w nie nieznaną liczbę przypadkowych ciąż i rozbitych małżeństw. Problem polega jednak na tym, że nie jest to „budowanie drużyny”, a co najwyżej drużynki, która może być dobra w podwórkowej rywalizacji w klipę albo cymbergaja, a nie o taką rywalizację chodzi w biznesie i nie o podwórkowe zwycięstwa.


TOP 200