Fałszywe korzyści

Warto zastanowić się nad tym, kto tak naprawdę zyskuje na nagminnie stosowanych w branży IT machinacjach związanych z wynagrodzeniami dla informatyków.

Warto zastanowić się nad tym, kto tak naprawdę zyskuje na nagminnie stosowanych w branży IT machinacjach związanych z wynagrodzeniami dla informatyków.

"Czy słyszeliście o firmie A, producencie szeroko reklamowanego pakietu zintegrowanego? Podobno chyli się on ku upadkowi, przynosi straty, tylko patrzeć, kiedy zaczną się zwolnienia grupowe. Co powiecie o B, producencie programów magazynowych i księgowych czy C, z oddziałami w wielu miastach, prowadzącej szkolenia komputerowe?" Być może właśnie takie rozmowy prowadzą panie z okienek bankowych przy porannej kawie. Na pewno nie pozwolą swoim dzieciom studiować żadnego z reklamowanych jako przyszłościowe kierunków informatycznych. Studiuje taki pięć lat, komputer trzeba mu kupić, książki, a potem przychodzi do banku po kredyt na mieszkanie i co? I pokazuje świstek z zaświadczeniem o zarobkach, a tam jakieś śmieszne 800 czy 1200 zł. Brutto!

Dobrze, żarty na bok. Wszyscy wiemy, że oprócz zarobków na umowie o pracę, większość osób z branży IT zarabia drugie, a czasem nawet trzecie albo i czwarte tyle. Problem w tym, że są to zarobki "na szaro" lub nawet zupełnie "na czarno". Jak? I dlaczego?

Zapasy z fiskusem

Odpowiedź na drugie z tych pytań jest oczywista. Państwo polskie jest tak pazerne w łupieniu swych obywateli podatkami, że do każdego 1000 zł zarobionych netto przez pracownika, pracodawca musi dopłacić ok. 750 zł podatku i składek ubezpieczeniowych. Z pewnością szefowie firm mają więc dobry powód, by starać się ominąć te obciążenia. Niestety, zazwyczaj ze stratą dla pracowników.

Odpowiedź na pytanie "jak" jest trudniejsza, gdyż trwa tu ciągła próba sił między pracodawcami, którzy wyszukują wciąż nowe furtki i luki, a ustawodawcą i urzędami skarbowymi. Z pewnością najpopularniejszą metodą jest metoda "na umowę o dzieło", wraz z mniej korzystnym, a więc rzadziej spotykanym wariantem "na umowę-zlecenie". Obok podstawowej umowy o pracę, opiewającej na symboliczną kwotę, pracownik zawiera co pewien czas jedną z powyższych umów na pewne absurdalne i trudne do zweryfikowania zadanie. Zysk polega przede wszystkim na tym, że umowy te, z pewnymi ograniczeniami, są wolne od składek na ZUS.

Jeszcze do niedawna opłacało się pracodawcy zawierać takie umowy z własnymi pracownikami. Ostatnio, po zaostrzeniu przepisów, firmy muszą wymieniać się martwymi duszami z list płac. Oczywiście, można także założyć drugą firmę albo podzielić istniejącą, jeśli ktoś woli, by wszystko pozostało w rodzinie.

Umowa o dzieło jest o tyle korzystniejsza, że dzięki większym, bo wynoszącym 50% kosztom uzyskania przychodu, można zapłacić o połowę mniejszy podatek. Idea, w zamyśle będąca uznaniem faktu, że człowiek, który tworzy coś samodzielnie, musi ponieść na to wydatki większe, niż pracownik, któremu wszystko, co do pracy potrzebne, zapewnia pracodawca, stała się tu własną karykaturą.

Jeszcze dalej idą pracodawcy, którzy wypłacają pracownikom "premie" bez żadnej podstawy prawnej, czyli po prostu płacą na czarno. Ciekawe jest pytanie, skąd biorą pieniądze, skoro komputery, programy, czy usługi integratorskie to nie pietruszka, którą można sprzedać nie wpisując do kasy fiskalnej. Towar ten sprzedaje się zazwyczaj na fakturę, z podpisem i gwarancją. Czyżby więc z własnego zysku po opodatkowaniu? Najwyższą stawką podatkową? W żaden sposób to się nie opłaca...

Drugie dno trików

Wydaje się, że pracownikowi cała ta sprawa powinna być doskonale obojętna, dopóki "na rękę" dostaje tyle, ile mu obiecano. Niestety, jest to podejście właściwe dla ludzi bardzo młodych i lekkomyślnych. Dlaczego?

Po pierwsze, o ile kodeks pracy wyraźnie chroni interesy pracownika, wraz z jego prawem do wynagrodzenia, o tyle przy innych typach umów ochrona ta jest zdecydowanie słabsza. Po upływie terminu pierwszej takiej umowy pracodawca może nie zechcieć podpisać następnej, może zmienić dowolnie jej warunki, w skrajnych przypadkach może w ogóle nie wypłacić należnych pieniędzy. Wyegzekwowanie ich może być o wiele trudniejsze niż przy umowie o pracę.

Po drugie, należy pamiętać, że od wysokości składki na ZUS, od której chcą uciec pracodawcy, zależy nie tylko nasza przyszła emerytura (a o 50 zł mniejsza składka miesięczna na fundusz emerytalny może oznaczać w przyszłości emeryturę niższą o kilkaset złotych), ale także zasiłek chorobowy w razie nieszczęścia. Czy na pewno w momencie, gdy padniemy ofiarą wypadku samochodowego, chcemy sprawdzać, czy potrafimy przeżyć miesiąc za 800 zł, które mieliśmy na umowie? Czy wolimy liczyć na miłosierdzie pracodawcy, który ewentualnie zechce wspierać nieproduktywnego pracownika?

Po trzecie wreszcie, bez legalnych dochodów trudno liczyć na większy kredyt w poważnym banku. Owszem, można uzyskać niewielki, równy kilkumiesięcznym wpływom kredyt w ROR, co może wystarczy na dopłacenie do ceny używanego auta. Na pewno jednak nie ma szans na kredyt mieszkaniowy. No i oczywiście, jeśli już myślimy o mieszkaniu, to możemy zapomnieć o ulgach podatkowych, bo z czego je odliczać, jeśli nasze podatki są symboliczne.

Własna, a nie własna

Nieco innym sposobem na oszczędności dla pracodawcy jest zmuszanie pracowników do zakładania własnych, jednoosobowych firm i samodzielnego rozliczania się ze składek i podatków. Sposób ten, wydawałoby się wygodny dla pracownika (a w tym wariancie właściwie i własnego szefa w jednej osobie), jest dość popularny w USA, gdzie prawie na każdym kroku spotyka się contractors pracujących na własny rachunek. Na razie w Polsce problemem wydaje się wysokość stawek, które pracodawcy są skłonni zapłacić. Najczęściej rachunek ze strony pracodawcy wygląda następująco: "Chce pan dostawać 2000 zł na rękę, dodamy więc do tego 20% podatku, najniższą składkę na ZUS, razem 2800 zł. A poza tym wpisze pan sobie benzynę w koszty i jeszcze na tym zarobi".

Niestety, to nie takie proste. Świeżo upieczony szef własnej firmy bierze sobie w ten sposób nie tylko kłopot z własnoręcznym, comiesięcznym rozliczaniem podatków - co jeszcze jest zadaniem wykonalnym dla przeciętnego rozumu - ale także rozliczenia z ZUS-em, co po skomputeryzowaniu tej instytucji wymaga talentów mistrza zagadek umysłowych i daru jasnowidztwa godnego Nostradamusa. Nie mówiąc już o kosztach wielokrotnych przelewów czy czasie straconym na wizytach w tych instytucjach.

Wydaje się, że sytuacja dla "firm współpracujących" stanie się do zaakceptowania, gdy pracodawcy zrozumieją, iż stawki takich współpracowników powinny obejmować zarówno uczciwą składkę na ZUS, jak i opłaty dla firmy prowadzącej rozliczenia podatkowe, ceny szkoleń, w których trzeba uczestniczyć, aby zachować swoją wartość na rynku pracy, i kilka innych składników. Może to oznaczać, że w miesięcznym rozliczeniu współpracownik "niezależny" będzie kosztował pracodawcę więcej niż zwykły, nawet po dodaniu wszystkich obciążeń podatkowo-ubezpieczeniowych.

Na razie często mamy do czynienia z parodią, gdy trzej pracownicy w jednym pokoju robią to samo, tak samo i za podobne pieniądze, z tym że jeden jest pełnoprawnym pracownikiem, drugi pracuje na umowę o dzieło, a trzeci reprezentuje własną firmę.

Prawdziwy rachunek strat i zysków

Wbrew deklaracjom wielu pracodawców, na tym układzie zyskują przede wszystkim oni. Tracimy zaś my, zmuszeni do wchodzenia w podobne układy. Jeśli, przyjmując się do pracy, spróbujemy zaprotestować, usłyszymy dwa argumenty: "Nie będę wyrzucał pieniędzy w błoto" (to o składkach na ZUS) i "Wszyscy tak robią".

Pomijając pierwszy argument, nad którym można długo dyskutować, najsmutniejsze jest to, iż drugi argument jest najwyraźniej słuszny. Rzeczywiś-cie, zaraza płacenia pieniędzy "na szaro" rozpleniła się w branży informatycznej niemiłosiernie. Co ciekawe - nie mają tego problemu informatycy zatrudnieni "w przemyśle", a więc jako administratorzy lub nawet programiści w firmach, które żyją z czego innego. Tam jest jasne, że informatyk jest pracownikiem, jak każdy inny - czasem zarabia więcej, czasem mniej, ale nikt nie próbuje żadnych sztuczek. Wystarczy jednak poszukać pracy w branży IT, by natknąć się na ten problem niemal na każdym kroku. Może trochę rzadziej w Warszawie, gdzie informatyk dyktuje warunki pracodawcom. Niestety, poza stolicą jest to zjawisko nagminne.

Opamiętanie

Nawyk płacenia "na boku" jest przypuszczalnie reliktem czasów, gdy firmy były małe, na dorobku. W gronie przyjaciół nie wypadało rozmawiać o umowach o pracę. Gdy były pieniądze, to się je dzieliło, kredyty w banku dostawało się po znajomości, a składki na ZUS nie były w żaden sposób związane z przyszłą emeryturą. Do pracy przychodzili ludzie młodzi, często studenci, których nie interesowały takie szczegóły, jak podstawa prawna, dzięki której otrzymują pieniądze.

Firmy rosły, ale mentalność szefów pozostała ta sama. W ten sposób powstały kilkusetosobowe, wielooddziałowe firmy, w których nikt nigdy nie wpadł na to, żeby powiedzieć: dość i zacząć zachowywać się odpowiedzialnie.

Dlatego warto, aby obie strony zastanowiły się, po co dalej tkwić w tym przestarzałym modelu rodem z epoki wczesnego kapitalizmu. Pracodawcy powinni wreszcie zauważyć, że ich pracownicy nie są zadowoleni z tych kombinacji i coraz częściej nad te kilkaset złotych "ekstra" przedkładają pewną sytuację zawodową, zdolność kredytową i dobrą emeryturę. Pora przestać zgrywać biedaków na skraju bankructwa i uczciwie dać zarobić pracownikom.

Pracownicy powinni zauważyć, kto jest jedynym wygranym w tej grze o sumie zerowej. Powinni jasno dać pracodawcom do zrozumienia, że oczekują od nich klarownej sytuacji. Jeśli nie potrafimy powiedzieć tego obecnym szefom, powiedzmy przyszłym, gdy będziemy negocjowali nowe warunki płacowe. Mamy prawo do uczciwej pensji i musimy tego nauczyć naszych pracodawców. Nikt nas w tym nie wyręczy, jeśli nie zaprotestujemy sami, wybierając tych, którzy nie kombinują.


TOP 200