Fabryka pracuje

Trudno porównać odlewnię żeliwa z rafinerią ropy albo fabryką płytek czy chipsów. Generalnie, to przemysł. Co je zatem łączy? Teleinformatyka.

Wizyta w fabryce, przy taśmie produkcyjnej, znakomicie poprawia moje samopoczucie. Tu nareszcie widzę konkretną pracę, ożywają wspomnienia z lektur i filmów o dawnym przemyśle. Słowem, ach! jakaż to miła odmiana po wieloletnich wędrówkach od urzędu do urzędu. Ale pomimo charakterystycznych stuków-puków, żurawi ciągnących tony materiału albo żaru wydobywającego się z pieca, coraz częściej odczuwam niepokój. Gdzie się podziali robotnicy?

W wielkiej hali fabrycznej Ceramiki Paradyż SA na zmianie pracuje kilkanaście osób. Częściej zresztą widać samojezdne roboty w akcji przy przenoszeniu regałów z płytkami niźli pracowników. Znowuż kłębowisko rur w Grupie Lotos nadzoruje pięciu pracowników. W OSM Piątnica serek wiejski wytwarza kilku robotników. Notabene, nie są to firmy o małych obrotach. Wręcz przeciwnie - zarabiają nieźle. Jak to się dzieje? W odpowiednim czasie postawili na automatyzację procesu produkcji i informatyzację. Odpowiednie maszyny zastąpiły człowieka, zaś temu powierzono funkcje nadzorcze i kontrolne. Już przestał mnie dziwić widok komputera w hali produkcyjnej, obsługiwanego przez majstra w roboczym drelichu. Chociaż, jak zobaczyłem specjalne terminale w chłodni Polskiego Koncernu Mięsnego Duda SA, które sprawnie działają w temperaturze -30 stopni i trzeba je obsługiwać w ogromnych rękawicach, uznałem, że są jednak rzeczy, o których nie śniło się filozofom.

Jeszcze 20 lat temu praca ręczna była codziennością. O modelu pracy just in time, rodem z zakładów Toyoty, nikt właściwie nie wiedział. A jakby nawet wiedział, to jak można by było ją zastosować, gdy rozmowę międzynarodową zamawiało się z dwudniowym wyprzedzeniem, zaś części przyjeżdżały według widzimisię kontrahenta i jego kierowcy?

Ówczesna informatyka obracała się wokół systemów mainframe i zakładowych centrów obliczeniowych. Często firmy nawet nie miały u siebie żadnych maszyn liczących i przekazywały papierowe zestawienia na zewnątrz, do obliczenia np. pensji i premii (pierwsza forma outsourcingu!). Jak się zaczęły pojawiać komputery PC, to raczej stały gdzieś na biurkach nielicznych inżynierów-pasjonatów w charakterze silniejszego kalkulatora i maszyny do pisania. O innych zastosowaniach nie było mowy.

Prymat biznesu nad produkcją

Właściwie trudno dzisiaj rozmawiać z informatykiem z fabryki o systemach informatycznych, komputerach czy protokołach transmisji. To strata czasu. Szefowie działów IT mówią wprost: my się nie na znamy na rozwiązaniach inżynierskich, my wiemy, jak obniżyć koszty i skrócić czas produkcji. Kim zatem są? "Nazywam siebie informatykiem biznesowym lub, jak kto woli, analitykiem biznesowym" - przedstawia siebie Dorota Kubiak, kierownik działu IT GK Kęty, finalisty konkursu Lider Informatyki 2009. To w jej gestii pozostaje, jak zapewnić właściwy obieg informacji w holdingu i poprowadzić projekty wynikające z potrzeb biznesu. "Pomysły rodzą się podczas wspólnych rozmów. Czasami są zgłaszane przez biznes bezpośrednio do odpowiedniego opiekuna IT, rekrutującego się z danego działu biznesowego lub inicjowane przez samego opiekuna" - tłumaczy.