Ewolucja bez ustanku

Polski sektor telekomunikacyjny od lat cierpi wskutek niedomagań i słabości systemu polityki regulacyjnej. Ten stan ma wszelkie cechy choroby przewlekłej.

Polski sektor telekomunikacyjny od lat cierpi wskutek niedomagań i słabości systemu polityki regulacyjnej. Ten stan ma wszelkie cechy choroby przewlekłej.

Wydaje się, że większość dotychczas stosowanych kuracji koncentruje się na leczeniu objawów bądź na nieuzasadnionej wierze, że pacjent, czyli rynek, wyleczy się sam albo z czyjąś pomocą, dzięki zastosowaniu najlepszego nawet lekarstwa regulacyjnego, które niedawno pomogło komuś w innym kraju.

Wymazaliśmy już wprawdzie z pamięci czasy, kiedy skorzystanie z publicznie dostępnego automatu telefonicznego na stutysięcznym osiedlu w części południowej Warszawy wymagało przynajmniej półgodzinnego oczekiwania w kolejce. Jednak nawet po tylu latach, również w stolicy, nadal zdarza się, że do miejsc, gdzie buduje się domy, żaden z kilku uprawnionych operatorów tygodniami nie chce doprowadzić linii telefonicznej, zaś ceny usług w kraju o relatywnie niskich dochodach należą do najwyższych w Europie.

W okresie przełomu po 1989 r. z ogromną nadzieją poddaliśmy się w Polsce światowej modzie na liberalizację rynku usług telekomunikacyjnych. We wszystkich krajach europejskich, podobnie jak w Polsce, przyjęto w tym samym czasie za pewnik, że najlepszym sposobem zwiększenia dostępności usług, poprawy ich jakości oraz obniżenia cen będzie stopniowe wprowadzanie konkurencji zamiast dotychczasowych, naturalnych, państwowych monopoli.

Kontekst otwarcia rynku w Polsce był jednak radykalnie inny. Niedostrzeganie lub niedocenianie tych różnic w warunkach rozwoju rynku polskiego spowodowało pasmo kosztownych pomyłek i zaniechań, z których skutkami będziemy się borykać jeszcze długo.

Długodystansowa fikcja

Powszechności poglądu o wyższości konkurencji nad monopolem sprzyjało przede wszystkim pojawienie się coraz tańszych technologii cyfrowych. Szybko skruszał stary mit o dziesiątkach lat potrzebnych do zwrotu inwestycji w telekomunikacji.

Inną ważną przesłanką reformy sektora telekomunikacji były zmiany w strukturze światowego handlu, polegające na rozwoju przedsiębiorstw o rozległej strukturze terytorialnej, działających na wielu rynkach.

Menedżerowie tych przedsiębiorstw pierwsi zauważyli, że próżno szukać analogii do struktury cen usług telekomunikacyjnych w innych rodzajach kosztów działalności gospodarczej. Ukształtowane historyczną tradycją opłaty w telekomunikacji na zasadzie "im dalej, tym drożej" wyglądały jak wzięte z sufitu.

Dla przedsiębiorców działających w warunkach konkurencji musiało być podejrzane, że najdroższe jest korzystanie z usług długoterminowych, które dla operatora powinny mieć charakter usług hurtowych, czyli zdecydowanie tańszych. Powstały silne gospodarcze grupy interesów dążące do wymuszenia spadku cen poprzez najbardziej naturalny mechanizm, czyli demonopolizację i urynkowienie. Dodatkowym czynnikiem nacisku na wprowadzenie zmian było pojawienie się atrakcyjnych okazji dla inwestycji średnioterminowych w sektorze telekomunikacji (co było związane z koniecznością ewolucyjnej, rozpisanej na kilkanaście lat zmiany warunków działania tego sektora).

Formalną przyczyną rozpoczęcia prac nad otwarciem rynku usług telekomunikacyjnych w Unii Europejskiej była konieczność dostosowania warunków działania na tym rynku do fundamentalnych założeń Traktatu Rzymskiego, zakładającego stopniowe znoszenie barier w przepływie towarów i usług między krajami członkowskimi. Wprowadzanie zasad umożliwiających konkurencję w telekomunikacji w różniących się między sobą europejskich systemach prawnych należy zatem raczej postrzegać jako potwierdzenie zasady wspólnego rynku niż urzeczywistnienie ideałów liberalizmu gospodarczego.

Wprowadzenie konkurencji w sektorze telekomunikacji w Polsce zbiegło się w czasie z transformacją polityczną i gospodarczą po 1989 r. Skala wyzwań wielkiej strategii gospodarczej skutecznie przyćmiła większość problemów we wszystkich obszarach nowych technologii. Nie zastanawiano się zbyt wnikliwie nad mechanizmami kształtowania się nowych rozwiązań w innych krajach, bo rozległość polskiej transformacji dostarczała i tak wielu problemów. Ponadto nasz minister łączności, podobnie jak "za komuny", nadal należał do osób mniej ważnych. Na zdjęciu "rodzinnym" Rady Ministrów stał przeważnie z boku, ryzykując, że w gazecie nie zmieści się już w kadrze.


TOP 200