Entropia informacyjna a walka z wiatrakami

Czasami szukając rozpaczliwie wśród wielkiego stosu papieru, który zazwyczaj panoszy się na moim biurku, jakiejś karteczki z zapisaną na niej ważną informacją, zastanawiam się do czego właściwie służą te komputery? Mój stoi tam w kącie, patrzy na mnie pustym ekranem i ani mu w głowie podpowiedzieć mi, gdzie też ja mogłem wsadzić tę kartkę.

Czasami szukając rozpaczliwie wśród wielkiego stosu papieru, który zazwyczaj panoszy się na moim biurku, jakiejś karteczki z zapisaną na niej ważną informacją, zastanawiam się do czego właściwie służą te komputery? Mój stoi tam w kącie, patrzy na mnie pustym ekranem i ani mu w głowie podpowiedzieć mi, gdzie też ja mogłem wsadzić tę kartkę.

Przecież wydawałoby się, że zapamiętanie mnóstwa informacji, to zadanie w sam raz dla przeciętnie inteligentego PC-eta. Niestety cała bieda w tym, że komputery cały czas pozostają niezwykle prymitywne. To, z perspektywy użytkownika, wciąż tylko czarna skrzynka (w przenośni, bo na ogół jest biała lub kremowa), z którą ciężko się dogadać. Tak naprawdę to cała informatyka składa się z trzech klocków - trzeba włożyć informację, przetworzyć ją i potem wydobyć. Każdy z tych etapów to osobna epopeja zmagań człowieka z martwą (i złośliwą) naturą komputera.

Przyjrzyjmy się im. Pierwsza sprawa - wprowadzenie danych (informacji). Ja bym chciał, żeby wystarczyło coś powiedzieć (głosem, ale pod nosem), napisać (ręcznie, a komputer powinien odczytać moje bazgroły), zamachać rękami, czy zrobić cokolwiek innego, co by było daleko bardziej naturalne niż jakieś okienka, ramki, przyciski. Kiedyż wreszcie nie będą mnie przejmowały trwogą takie pojęcia jak składnia poleceń czy inne takie paskudztwa, immanentnie związane z dzisiejszymi komputerami?

Drugi etap - przetworzenie danych. Każdy, komu przyszło programować komputery wie, że jest to zajęcie niezwykle żmudne i męczące. Właściwie to niewiarygodne, że w ogóle jakieś programy powstają. Ewentualna przyjemność czerpana z programowania, wyłączywszy korzyści materialne, jest znikoma, gdy uświadomimy sobie jak małą część procesu tworzenia programu stanowi praca twórcza. Ja to bym chciał, żeby komputerowi wystarczyło powiedzieć: "Słuchaj stary, zrób to i to, a jak, to sam wykombinuj..." No cóż, to tylko marzenia, a ich realizacja posłałaby na bruk miliony programistów, ale jak na razie nie zanosi się na to.

Punkt trzeci - wydobycie informacji. Tu też nie jest dobrze. Niezwykle trudno porozumieć się z komputerem tak, by zrozumiał jaka informacja jest mi rzeczywiście potrzeba. Jak powinny być tworzone i organizowane bazy danych, by ekstrakcja zawartej w nich wiedzy mogła być równie prosta i szybka, jak pstryknięcie palcami. Wiem, czego potrzebuję, pstrykam i mam. Ot co!

Ciężko gromadzić i trudno znaleźć potrzebne dane. Nasza cywilizacja produkuje ogromne ilości wszelakiego rodzaju informacji. To stwarza spory chaos, nad którym trudno zapanować. Od dawna wiadomo, że prawie każda działalność ludzka przyczynia się do wzrostu entropii (rozproszenia informacji i zaburzenia porządku). Jeśli nie chce się utonąć w bałaganie, każdej czynności winno towarzyszyć działanie skierowane przeciw zwiększaniu się entropii. Począwszy od regularnego sprzątania biurka, poprzez pisanie notatek i tworzenie dokumentacji opisującej tok postępowania i podjęte decyzje, aż do tworzenia baz danych o terabajtowych pojemnościach. Na ile w tej walce z entropą komputery mogą być sojusznikami? Czy nie stają się one same ogniskiem "entropionośnym"?

Każdemu, kto miał okazję zetknąć się z komputerami pracującymi w sieci (nie lokalnej, ale globalnej, takiej jak Internet), towarzyszyć mogło uczucie zagubienia. Jak oceniają specjaliści, Internet rozrasta się z prędkością bliską 10% na miesiąc (!). Ilość krążącej i zgromadzonej w węzłach sieci informacji może przyprawić o zawrót głowy. Wystarczy wpisać się na listę dyskusyjną z kilkuset aktywnymi uczestnikami, by zrozumieć co oznacza przeładowanie informacją. Można zaryzykować postawienie hipotezy, że aczkolwiek technologie informatyczne pozwalają ludziom na utrzymywanie i wykorzystanie ogromnych zbiorów informacji, to jednak niedostatki metod programowania i prymitywizm sposobów komunikacji maszyny z człowiekiem sprawiają, że summa summarum entropia wzrasta. Informacja, do której nie potrafimy dotrzeć, nie jest wiele warta.

A przyszłość? O tak - panowanie nad entropią informacyjną wydaje się być ogromnym wyzwaniem jakie stoi przed informatyką. Jest to ciągle nie rozwiązane zadanie. Mówił o tym profesor Hopcroft, jeden z najwybitniejszych na świecie naukowców parających się informatyką, w czasie wykładu wygłoszonego pod koniec maja w PAN-ie w Warszawie. Jest to problem, do rozwikłania którego muszą połączyć swe siły specjaliści z różnych dziedzin: baz danych, sztucznej inteligencji, systemów eksperckich, lingwistyki komputerowej, systemów rozproszonych, interfejsu użytkownika, czy też rzeczy nieco od informatyki odległych, takich jak systemy złożone, układy dynamiczne oraz teoria chaosu. Coraz większego znaczenia będą nabierały tekstowe i graficzne bazy danych (przechowywaną informacją będzie tekst i obraz). Doskonalone będą metody interakcji z użytkownikiem, generalną tendencją powinno być dopasowanie komputera do człowieka, a nie na odwrót, jak to się usiłuje czynić ze zmiennym powodzeniem do dnia dzisiejszego. Prawdopodobne wydaje się być powstanie interakcyjnych gazet i interakcyjnej telewizji (której treść i program jest kształtowany przez odbiorcę). Świat zmienić mogą wchodzące na rynek urządzenia zwane Personal Intelligent Assistant (Inteligentny Osobisty Asystent), ułatwiające ludziom operowanie informacją. Bałagan jest na ogół bezpośrednim skutkiem lenistwa człowieka. Aby komputery mogły pomóc, posługiwanie się nimi powinno sprawiać minimum wysiłku i kłopotu.

Pojawił się już na rynku (w USA) Newton (patrz str. 14), ostatni hit Appla, osobisty inteligentny komunikator i asystent. Hasłem, reklamującym go jest pytanie: "Do you suffer from life entropy?" (czy dokucza ci entropia dnia codziennego?). No cóż - "I do" (tak - owszem, dokucza). Przydałoby się mieć w ręku takie małe inteligentne bydlątko, będące realizacją idei dynamicznego notatnika coraz bliższą wizji Alana Kay'a. Powinien to być mały komputerek (na tyle cwany, by można było zapomnieć, że jest komputerem), do którego mógłbym w dogodny sposób (bez użycia klawiatury) na bieżąco wprowadzać wszelkie ulotne informacje typu: numer telefonu, miejsce odłożenia książki czy pomysł, który przyjdzie do głowy w środku nocy. Jednym słowem, taka elektroniczna proteza dla naszego, biednego i skołatanego szumem informacyjnym dnia codziennego, umysłu.

Boję się tylko, że jak już kupię tego Newtona, to po bliższym przyjrzeniu okaże się, że to jest niezupełnie to, o co chodzi. No cóż - pożyjemy, zobaczymy.

A tymczasem posprzątam biurko, może znajdę tę kartkę.