EnFace: Luiza Warno...

... pracowała już w TVN, TP, Pepsico, nadzorując pracę działów IT. Wie doskonale, że w korporacjach może bezpiecznie zaszyć się aż do emerytury. I wie, że nie chce tego zrobić. Dziś chce być troubleshooterem, specjalistą od rozwiązywania problemów, zwłaszcza tych dotyczących wdrożeń systemów IT, pracującym dla Teradaty.

... pracowała już w TVN, TP, Pepsico, nadzorując pracę działów IT. Wie doskonale, że w korporacjach może bezpiecznie zaszyć się aż do emerytury. I wie, że nie chce tego zrobić. Dziś chce być troubleshooterem, specjalistą od rozwiązywania problemów, zwłaszcza tych dotyczących wdrożeń systemów IT, pracującym dla Teradaty.

EnFace: Luiza Warno...

Fotografował Przemysław Pokrycki

O minusach pracy w korporacji W pewnym momencie orientujesz się, że korporacyjna polityka zabiera ci więcej czasu niż faktyczna praca, ale nie chodzi tylko o korporacyjne rozgrywki i papierkową robotę. Korporacje stawiają sobie często trudno mierzalne i trudne do śledzenia cele, takie jak przejście na system SAP we wszystkich oddziałach w ciągu ośmiu lat. To bardzo odległy termin, wiele może się w tym czasie zdarzyć, łącznie z wymianą całego zarządu i fundamentalną zmianą strategii. Zaczynasz nad czymś pracować i nie masz gwarancji, że przyniesie to rezultaty. Jednocześnie nie możesz zająć się niczym innym, bo wszystkie pozostałe projekty są utrącane jako odciągające ludzi od podstawowego zadania. To frustrujące dla kogoś, kto chce szybko zobaczyć i ocenić efekty pracy. Im dłużej tam jesteś, im bardziej przyzwyczajasz się do tej pozornej pracy, służbowych samochodów i kart, tym większa szansa, że w końcu złamie ci to kręgosłup. Zawierasz tyle kompromisów z samym sobą, że w końcu przestajesz się nad tym zastanawiać.

O wolnych strzelcach i Mr. China Wydaje mi się, że tacy ludzie są korporacjom szalenie potrzebni, w momencie gdy trzeba dokonać fundamentalnego przewrotu w organizacji, a z tym często wiąże się wdrożenie systemów IT. Oni przyjdą, rozpoznają temat, podejmą decyzje, zależnie od potrzeb przyjmą funkcję przywódcy lub mediatora, wezmą na siebie wszystkie wrogie reakcje i zawiedzione nadzieje, ustawią pracę, wyegzekwują ją i odejdą po dwóch latach, zabierając ze sobą cały brud i zostawiając czystą atmosferę i wykonaną robotę. Czytałam świetną książkę o dwóch facetach, którzy postanowili zainwestować w Chinach w latach 80. Wszystko stracili, ale nie w tym rzecz. Jednym z ich problemów było poruszanie się w innej kulturze. W pewnej firmie nie umieli przez wiele miesięcy pogodzić zwaśnionych frakcji. W końcu w desperacji zaprosili na firmowy obiad kobietę, która była przez wiele lat ambasadorem w Chinach. Jej w ciągu kilku godzin udało się to, co im nie udawało się przez wiele miesięcy. Nie napisano, ile jej zapłacili... Lubię myśleć o sobie jako o kimś w tym rodzaju, żyjącym na walizkach przedstawicielu wielokulturowego świata, któremu udało się już dogadać i z Rosjanami, i z Hiszpanami, a w perspektywie ma Skandynawów i Serbów. Czasem wystarczy dobry mediator, aby zablokowany projekt ruszył z nowym impetem.

O korporacyjnym slangu Na dobrą sprawę wystarczy operować kilkudziesięcioma słowami i zwrotami, jak "zwrot z inwestycji", "powiązanie potrzeb biznesowych z potrzebami organizacji", "usprawnienie procesów biznesowych", "standardy korporacyjne", aby móc miękko, przez wiele miesięcy, a może nawet lat prześlizgiwać się po tematach i udawać, że coś się naprawdę dzieje. Problem w tym, że jeśli coś ma się naprawdę wydarzyć, to trzeba zacząć mówić prostym językiem, który będzie zrozumiały dla wszystkich i który pozwoli szybko dojść do prawdy.


TOP 200